No i zaczęła się wyczekiwana przez wielu, a krytykowana przez resztę trzecia
edycja Big Brother'a. Już we wcześniejszych numerach AM ukazywały się
apokaliptyczne wizje tego, czym może stać się BB. Moje osobiste przemyślenia
zgadzały się z tymi przewidywaniami. I nie pomylili się ani oni ani ja, ale
zacznijmy od początku...
A na tym początku chciałbym napisać coś o moim stosunku do poprzednich części
BB. Otóż przyznam bez bicia, że I edycję oglądałem całkowicie z własnej woli
i to w miarę regularnie (mea culpa), drugą już dużo, dużo rzadziej, a jak
już, to ze względu na maniakalną walkę moich sióstr o telewizor i faktu, że
jeden z telewizorów, niestety ten okupowany przez moje siostry, stoi w
bezpośrednim sąsiedztwie komputera, co czyni mnie mimowolnym świadkiem tych
"wyczynów". Trzecią część oglądałem na razie (minęło chyba z 6 dni) ze trzy
razy z czystej ciekawości. I o ile dwie poprzednie części były głupie, to ta
ich głupota cechowała się pewną sympatycznością. A BB:Bitwa to jest
absolutny rekord Guinessa. Sam tytuł sugeruje desperackie działania
prowadzące do przyciągnięcia naszej spragnionej "ostrej jazdy"
społeczności, bo któż nie chce popatrzeć, jak tam leją się po mordzie
lub zabierają ser biednym myszkom. Ale miało być o głupocie, wtajemniczę
więc tych, którzy nie oglądają, a czytają. Pierwszy dzień: wchodzą do domu;
oczywiście musiała być jakaś wielka baba, patrzę dalej. Przedstawiają
zainteresowania jakiejś 21-latki, taki krótki filmik. I tu o zgrozo:
ulubione zajęcie to zbieranie... nie słoników, pluszaków... jeno
Pokemonów. Boże widzisz, a nie grzmisz. Ja zagrzmiałem i wyłączyłem
telewizor. {Joanna: ja też. I już długo, dłuuugo nie włączyłam. ;)}
Stan ten niestety nie trwał zbyt długo, a to ze względu na
błyskawiczną akcję odwetową moich sióstr. Dzień drugi: zwycięzcy
(zasad nie będę tłumaczył) świętują w jacuzzi, wszystko w porządku.
Ale impreza się kończy, a w wanience zostają Ken i Frytka. Kto może
powstrzymać hormony? Tak otóż mamy konsumpcję związku trwającego 24
godziny. Ach, ta młodzież... Dzień trzeci: panna Frytka robi masaż
Kenowi (ksywa wynika z jego miłości do dbania o własny wygląd i
wszechwiedzy o kosmetykach wszelkiej maści) i w czasie tegoż masażu
okazuje się, że mister Ken nie pamięta, jak się jego oblubienica
nazywa. Com się nie uśmiał, jak zobaczyłem jej minę, choć może
powiniem zapłakać. Na tym zakończe wychwalanie walorów
intelektualnych BB.
Teraz kilka przemyśleń. Najgorsze jest to, że Ci skubańce zdają sobie w 100%
sprawę ze wszystkiego. I to tak po prostu ma być, oni wiedzą, że i tak
wystarczająca ilość ludzi zadzwoni i im się to wszystko zwróci (nawet pan
Michalczewski). I tu nasuwa się jedna myśl: czy Polaków do telewizorów można
przyciągnąc już tylko bezdenną głupotą? Tym złowróżbnym pytaniem zakończę ten art.
Qbuś
elbereth_githoniel@hoga.pl
jnqbus@poczta.onet.pl
P.S. W czasie pisania słuchałem:
Fever, Fever, Fever ( "telewizja kłamie, telewizja nigdy mnie nie złamie" )
Komu Bije Dzwon
Czarne Słońca
Polska
Wódka
Zgadnijcie, czyje to utwory.