Wiosenna refleksja


Słoneczko, lekki, nawet ciepły wiaterek, dzień coraz dłuższy. Czuć, że zbliża się prawdziwa wiosna. Coraz więcej ludzi na ulicach, niektórzy nawet uśmiechnięci. Pojawiają się stoiska z okularami przeciwsłonecznymi, z których przynajmniej połowa nosi na szkłach napis Matrix. Chociaż, może w tym roku co innego będzie "na topie"?
Jak by nie patrzeć, tak zawsze wyjdzie, że warunki atmosferyczne robią się coraz bardziej przyjazne dla ludzi i otoczenia. I bardzo dobrze, bo ludzkie, przemarznięte po ostatniej zimie samopoczucia bedą potrzebowały trochę słonecznych promieni, zielonej trawki i zimnego piwka w jakimś ogródku, gdzieś na starym mieście albo w parku z sadzawką.
Cóż, przyznam się szczerze, że i ja z coraz bardziej uśmiechniętą miną na dominację ciepłego słońca nad chłodem patrzę. I tak sobie wtedy myślę, że życie jest piękne. Wszystko zaczyna na nowo rozkwitać. Ludzie się cieszą. Dziewczyny zaczynają coraz skąpiej się ubierać. Bez obawy przed odmrożeniem uszu, rąk, stóp - co kto woli - można wybierać się na długie zakupy gdzieś w centrum miasta. Nadchodzi czas długich spacerów i tak zwanego wypoczynku na świeżym powietrzu.

No i tu się zaczyna cała groza sytuacji.

Ludzie, którzy mieszkają na wsi, w małych miasteczkach lub daleko poza granicami wielkich, miejskich molochów mają jeszcze trochę szczęścia i mogą liczyć na to, że wdychane przez nich powietrze może być nazwane świeżym.
Gorzej z mieszkańcami szarych, brudnych miast, w których na głównych ulicach robią się kilometrowe korki a poziom ołowiu w powietrzu przekracza wszelkie dopuszczalne normy zdrowego rozsądku. Dla tych jedynym ratunkiem zazwyczaj jest ucieczka do największego, ale też najbardziej znanego i najbardziej obleganego w mieście parku.
A tu już zaczyna się prawdziwa tragedia.

Ale najpierw spacer po mieście.

O ile wiosenna radość obejmuje wszystkie wychodzące spod ziemi, młodziutkie kwiatki, rosnące na drzewach świeże, zielone pączki i coraz bardziej zieloną trawkę, o tyle przemija, gdy na ulicach widać również inne objawy nadchodzących, ciepłych dni.
Niestety, tak się składa, że wraz z wszelkimi przyrodniczymi objawami wiosny, pojawiają się również inne, mniej radosne.
Człowiek w pośpiechu nie wszystko i nie zawsze zauważa. Ale weźmy na przykład takie sobotnie zakupy w centrum miasta. Bez pośpiechu, spokojnie, żadnych ograniczeń czasowych poza wieczornymi godzinami zamykania domów towarowych i sklepów, przechadzamy się zrelaksowanym krokiem po mieście, wdychamy wiosenne powietrze a oczom naszym... ukazuje się wielki śmietnik. Brudne chodniki, przepełnione, śmierdzące kosze na śmieci. Sterty papierów przetaczające się z jednego kąta w inny. Butelki, puste i wszechobecne. Smród odpadków wynoszonych z budek, w których kulinarni mistrzowie z dalekiego wschodu przygotowują swoje specjały (zazwyczaj na starym oleju). No i sam zapach ulatniający się przez okienka i drzwi wspomnianych jadłodajni typu "eastern fast-food" - ten jest w stanie odebrać człowiekowi apetyt na długi, długi czas.
Obszarpani, śmierdzący alkoholicy i bezdomni grzebiący w śmietnikach. Żule popijający tanie wino. Ponad wszelką miarę głośni i bluzgający bez umiaru taksówkarze, którzy - nudząc się na postojach - swoimi niewybrednymi i zazwyczaj obleśnymi żartami próbują zwrócić na siebie uwagę przechodzących obok, skąpo ubranych panienek. Sama radość i szczęście.

Ale przecież dzień się nie skończył i można uciec gdzieś w bardziej ustronne miejsce. Czyli na przykład do największego, ale też jednocześnie najbardziej obleganego parku w mieście.
A tam?
Stada zapijaczonej, ledwo trzymającej się na nogach młodzieży licealnej a nawet młodszej. Bandy zachlanych, rozkrzyczanych, szukających przygód "chłopców z miasta". Jeszcze większa sterta śmieci i pustych, plastikowych kubków po piwie. Butelki, butelki i jeszcze raz butelki. Przepełnione ławki. Matki karcące niegrzeczne dzieci, wykorzystujące w tym celu cały potencjał drzemiący w ich gardłach.
Smród przypalanych przysmaków z grilla. Gwar i bajzel jak na wiejskim targu.
Nie wspominając już o znalezieniu pustego, spokojnego miejsca, w którym można trochę posiedzieć z dziewczyną lub znajomymi, bo to graniczy z cudem.

I co w takiej sytuacji może zrobić zabiegany człowiek, który w wolnym dniu chce oczy i serce urokami ciepłej wiosny nacieszyć?
Najlepsze wyjście z takiej zatłoczonej I śmierdzącej sytuacji, to zabrać dziewczynę lub znajomych do kina. Obiekt co prawda zamknięty i na słońce człowiek nie popatrzy, ale śmieci mniej, hałasu tyle, co z kinowych ekranów, czyli w ramach dopuszczalnej, kinowej normy. I smrodem się człowiek martwić nie musi, że o wolnym miejscu nie wspomnę, bo to się zawsze znajdzie. A przy odrobinie szczęścia, może w repertuarze będzie akurat film, którego akcja toczy się nie wiosną, a latem i nie w mieście czy na jego obrzeżach, a na słonecznych plażach ciepłych krajów.

Nie o to jednak w tym wszystkim chodzi - chciałbym powiedzieć władzom swojego miasta. Chodzi o to, że patrząc na to miasto, chciałbym, żeby moje wrażenia były bardziej przyjazne I dalekie od obrzydzenia, które ogarnia mnie w chwili obecnej. Po prostu, nie podoba mi się widok przepełnionych śmietników I śmierdzących żuli wciągających tanie wino na ławeczkach w centrum miasta. Szlag mnie trafia, gdy widzę nietrzeźwych, ledwo stojących na nogach małolatów, zaczepnych cwaniaczków I przeświadczonych o swojej bezkarności kanarów!!!


Eddie

eddi@GO2.pl