Bóle
czyli opis szkoły i życia ucznia Technikum Mechanicznego
Doszedłem do wniosku. Polska to wolny kraj (odkrywcze prawda? :), więc każdy może mówić co chce. Gimnazjalista wyrzeka na gimnazjum, student na studia, więc ja ponarzekam na moją szkołę.
Jest nią Technikum Mechaniczne. Brzmi dumnie jak bąk w senacie :).
Uczę się w specjalizacji obróbka skrawaniem. Część z was nie wie na czym to polega, więc wytłumaczę mniej obeznanym. Obróbka skrawaniem polega na skrawaniu :). A skrawanie to nic innego jak usuwanie zbędnej warstwy materiału za pomocą tokarki, szlifierki, pilnika lub podobnych jednak tego ostatniego w szczególności :)
Sprawa pierwsza budynek szkoły.
A więc technikum
mieści się w Zespole Szkół Zawodowych (ZSZ), co za tym idzie mamy pod ręką
ekonomik, handlówkę i zawodówkę. Budynki są trzy jednakowo obdrapane, zakurzone
i zaśmiecone Mamy nawet małą salę. olbrzymia jak kurnik
:(
Kurnik ma to do siebie, że mieści dwie klasy, a często przesiaduje w nim po sto osób (cztery klasy po 25 osób). Aura jest wręcz powalająca! :). Wszyscy ściśnięci na drewnianych ławkach, niewygodnych, że aż boli. Rozczuliłem się nad salą, ale jeszcze zostały same budynki.
Budynki jak budynki. :). Korytarze są nieco za ciasne, a gdy gniotą się w nich na przeciw siebie dwie klasy, bark w bark jest wręcz znakomicie. Jeszcze można wytrzymać przy dziewczynach. z wiadomych przyczyn :). Toalety? Nie rozpisuję się na ich temat, ale wiem tylko, że zawa ma na nie zbawienny wpływ. Służą jako palarnie (jak w każdej szkole rzecz jasna). Wchodząc do nich zatyka się nos bo zapaszki są bojowe i ostre niczym naboje w Afganistanie :). Tumany dymy papierosowego zalegają przez całe lekcje, pomimo otwartego okna, fioletowy smog uparcie zostaje trzymając się podrapanych i porysowanych ścian. Swoimi pazurami wyrywa drzwi z kabin, zapycha pisuary i urywa krany. Wierzcie u dziewczyn jest nie lepiej. Nie żebym tam przebywał :) w każdym razie nie często :).
Zostawmy już kibelki i pisuary. Teraz klasy. Ławki są
porysowane, często ozdabiają je rysunki, które powalają kunsztem i wykonaniem.
Możemy na nich znaleźć standardowe teksty. Jednak spotkałem się z jednym
wyjątkowym:
"Jeśli się nudzisz dorysuj wagonik" a obok piękna
lokomotywa. Widocznie ktoś czytał NoName :). Krzesła też są, najwygodniejsze są
sportowe modele bez oparć, i z obniżonym podwoziem. Fajnie też prezentują się
powykręcane nogi. Oczywiście w każdej klasie jest kosz, jednak nasza rogacizna
nie wie do czego on służy i wszystko rzuca sobie pod nogi. Czyż to nie jest
piękne?
Lekcje -sprawa najważniejsza. W szkole spędzam 4 dni. Piąty na warsztatach szkolnych (o nich dalej). Są prowadzone nie równie. Raz ten sam nauczyciel potrafi cię diablo zainteresować, a drugi zanudzić na śmierć. Lekcje w większości dłużą się. nie miłosiernie jak kauczuk :)
Na oddzielną uwagę zasługuje informatyka. Szkoła ma oczywiście dostęp do Internetu, ale jej uczniowie oczywiście nie. Czyż to nie jest piękne? Sprzęt to stare Pentiumy, nie wspomnę o wczytywaniu się programów tak oczywistych jak exsel i word. Nauczyciel jest nawet w porządku, bo wie więcej ode mnie. Szczerze szanuję go najbardziej z całej hordy gnębicieli.
Jako przed ostatnią lekcję przedstawię wychowanie fizyczne. Nauczyciel jest po prostu powalający! Można się z nim dogadać tak łatwo, że strach wdawać się z nim w rozmowę. Pomimo jego pięćdziesiątki nie czuć jego wieku. Lekcje w-f mam na siłowni, gdzie koledzy z zapałem wyciskają kolejną setkę ;), inni jęczą po wykonaniu 40 brzuszków pod kątem 45*. Co innego jest na sali, gdzie każdy z chęcią się nie przebiera aby pograć w kosza. Ale OSiR ,tam zaczynają się prawdziwe emocje! Halowa i hej!
A teraz jedna z bardziej (nie) lubianej lekcji. Rysunek Techniczny. Nauczyciel to zwyczajny luzak. Wchodzi pyta się o "ilość sztuk" i idzie. Co innego jeżeli mamy zadany rysunek do wykonania, przychodzi i: "macie dla mnie prezenty?" Oczywiście prezenty są, rożnej jakości oczywiście. Jednak szlag jasny może trafić, jak podrze twój wychuchany rysunek, nad którym siedziałeś wczoraj dobre trzy godziny! Zwłaszcza, że rysunki oddajemy na kalkach, a rysujemy rapidografami, które cholernie łatwo potrafią się rozlać, złamać i zakleić. Po prostu piękne. :). Całe szczęście ci, którzy mają kompy mogą to robić przy użyciu Corela albo AutoCada (osobiście polecam ten drugi -jest bardziej profesjonalny ;). Ja nie wiem co on wpisuje w dzienniku, bo przecież coś musi być jak nie ma lekcji?
Wreszcie dotarliśmy do warsztatów
szkolnych.
Uprzedzam, że troszeczkę się rozpiszę. Wstając w każdy
poniedziałek mam świadomość, że idę pracować dla jakiegoś
obiboka. Obibokami nazywamy "nauczycieli, pracujących" na warsztatach.
Normalnie mówią: "zrobiłem ci ten podnośnik. Jak pomalowany?" Piękne jest
to, że nawet palca nie przyłożył do tego podnośnika. A malowałem go akurat ja.
Oczywiście praca nasza jest wykorzystywana przez nich i ich kolegów. Uczą nas
różnie. Tego samego dnia od tego samego "nauczyciela" usłyszałem: "masz prawo do
błędów, jeszcze się uczysz", po 2 godz.: "mały problem? Ty to nazywasz
małym problemem? Ja uważam, że to duży problem ty..." {i kilka wyzwisk w moim
kierunku}. Oczywiście czym by był Splatch milczący? Nikim, więc odciąłem się
pierwszym cytatem. Wywiązała się mała dyskusja, za którą wykładowca skazał mnie
na truję na koniec półrocza. Pomimo, iż pracowałem jak wół o wiele lepiej niż
jego pupilek miałem trzy. Z moich pięknych ocen 4+ 4+ 4+ 3+ u pierwszego
wykładowcy wyszło jeszcze 3+ 3- 3 3 3. Zapomniałem wam wspomnieć o zasadzie na
jakiej działają te całe "warsztaty szkolne". Siłą roboczą są uczniowie. Pilnują
ich "nauczyciele" na stałe zatrudnieni do tego celu. Ich rola ogranicz się do
przedyktowania strony z książki i ochranianiu wszystkich za wszystko. Uczniowie
pracują po 5 godz. tygodniowo. Mają w sumie 4 przejścia. Dwa w pierwszym i dwa w
drugim półroczu.
Trafiamy więc do działu pana kierownika, pana Nagórskiego
(tutaj ciepłe podziękowania za 3 na półrocze :PPP), na kuźnię i na tokarki. Dwa
pierwsze przejścia to obróbka ręczna. Inaczej cały czas pilnik i raz wiercenie,
i to nie zawsze. Kuźnia to ciągłe latanie tu i tam. Raz pomagasz temu, raz
tamtemu. W końcu tokarki, gdzie się na prawdę uczymy obróbki skrawaniem.
Mamy
na warsztatach też dużo narzędzi leżących w narzędziowni. Są tam suwmiarki
elektroniczne i wiele innych podobnych cudeniek. jakość narzędzi na warsztatach
budzi wielkie zastrzeżenia. Nie chce mi się opisywać ich po kolei, bo ten
tekst przedłużyłby się do rozmiarów Amazonki.
I pod koniec magazyn. Piękny
magazyn. Jest w nim wszystko. Po prostu jest to stary garaż sporych rozmiarów
7x10x4 (dł. szer. wys.) Są w nim regały na których przewalają się rurki
płaskowniki, kształtowniki, teowniki i inne. Całość jest pokryta sporą
warstwą rdzy. Nie zapomniany, rażący wręcz widok magazynu jarzy mi się po
nocach. :).
Teraz zmienili nazwę z "Warsztatów szkolnych" na "Centrum
kształcenia zawodowego i ustawicznego", tylko po co? Wszyscy wiedzą, że są to te
same stare, zabrudzone smarem, olejem i chłodziwem hale, wychłodzone do granic
możliwości gdzie panuje "przyjazna" atmosfera. Zakłócona jedynie wrzaskami i
krzykami uczniów. Na prawdę BHP istnieje! Teoretycznie tak, praktycznie nie.
Przypomniało się wszystkim dopiero kiedy dwóch uczniów omal nie straciło wzroku
przez nie dopilnowanie opiekunów. A przecież za to im płacą. Nie dostali
okularów ochronnych (w których nic nie widać).
Szkoda mi tylko spawacza,
tylko on się stara za co go wszyscy krytykują. No i palacza. Dzięki niemu mamy
chwile ciepła. Bo hale nic aa nic nie trzymają ciepła. Wiatr wlatuje jednym
oknem, mija wszystkich i wylatuje oknem, przez które wpada światło dzienne z
góry.
Tym oto sposobem prawie zakończyłem mój wywód. Zaraz kończę. Pozostała tylko klasa. Jest w niej dwudziestu czterech absolwentów. Ich poziom to normalnie szczyt szczytów. Nic a nic się nie uczą! W głowie im tylko picie palenie i chędożenie, o którym nic nie wiedzą. Jej stan jest tragiczny. Oprócz kilku osób z jakimi można porozmawiać, reszta to tępe debile nie pojmujące nic poza przeklinaniem i siły. Jestem zastępcą przewodniczącego klasy. Moja rola ogranicza się do przekładania sprawdzianów i zwalniania z lekcji. A ponieważ mam gadanie nie kryję swoich opinii. Ktoś mnie może nazwa zasranym realistą jednak ja potrafię uzasadnić swoje argumenty. Moja klasa to bydło (oczywiście poza kilkoma osobami). Jest w niej jeden gościu mający kolegów. Rzuca się do wszystkich i wszystkiego, ma się za niewiadomo kogo a, biję o zakład że ten zarozumiały okularnik nie zrobi tylu pompek co ja. Dobrze biega, ale to mu się wyrobiło w podstawówce, gdzie uciekał przed "przyjaciółmi". Nie zapomnę, gdy wdałem się z nim w dyskusję, a ponieważ dostawał po tym siwym łbie jak po koszu chciał przejść do aspektów siłowych. Jednak klasa go powstrzymała, biorąc moją stronę. Oczywiście słusznie! Na drugi dzień czuł jeszcze do mnie "sympatię", ale przeszło mu. Jeneczki co to za gbur to świat nie wie. Ale czym by było życie bez takich jak on?
Tym oto sposobem dotarłem do końca mojego wylewnego przedstawienia mojej szkoły i po części klasy. Ich po prostu nie da się nie lubi. Ich praktycznie się nienawidzi. Z kolei drugą cześć klasy (tą mniejszą) mogę brać za wzór. Potrafią się zachowa jak przystoi, ale ich nie będę opisywał obok inteligentów z poprzedniego akapitu.
Pozdrawia Splatch
Masz coś do napisania? Pisz! Pod adres: (najedź na link)