| |
Zaufanie
Rankiem siedząc na plaży wdychałam zimne mroźne powietrze. Woda w morzu delikatnie falowała, próbowałam zebrać myśli po piątkowej nocy. Jedyne co uparcie przychodziło mi do głowy to Sen... byłam zmęczona.
Przyjechaliśmy wczoraj. Gdy wysiadłam z samochodu czułam radość w serduchu, że nareszcie spędzę trochę wolnego czasu z moim ukochanym. Było już późno, przed domkiem naszego znajomego paliło się jeszcze światło... Niewielka chatka z drewna, blisko morza, plaża, iglaki obsypane śniegiem... niebo rozgwieżdżone no - bardziej cudownie być nie może. Uśmiechnęłam się do Roberta. To miał być cudowny weekend. W domu Jacek zaparzył herbatę i miał już ułożone plany dla nas na te noc. Wykąpani i przebrani w czyste ciuchy pojechaliśmy na imprezkę do najbliższego miasta. W knajpie, jak to w piątkową noc sporo ludzi, co drugi facet w krawacie, kobiety też nienagannie odszykowane. Było na co popatrzeć. Usiedliśmy przy zarezerwowanym stoliku. Panowie dwie setki a dla mnie drink z likieru owocowego "passoa" . Rozmawialiśmy o minionych dwóch tygodniach, o zakupionym samochodzie, o tysiącach rzeczy które przerobiliśmy przez ten czas. Śmialiśmy się z naszych potyczek i głupot innych. Po wypitych paru kolejkach zachciało się panom tańczyć. Ja jakoś nie miałam ochoty szaleć na parkiecie. Robert tylko posłał mi uśmiech, pocałował w czoło i poszedł...zostałam sama. Patrzyłam jak się bawi z innymi kobietami, miałam do niego zupełne zaufanie. Zaczęłam się zastanawiać jak to będzie w przyszłości... nie trzymałam nigdy Roberta przy sobie, dałam mu czas... bo to było najważniejsze, do niczego się nie spieszyłam. Jakby miał odejść i tak odszedł by z inną...wiec nie miało sensu trzymać kogoś na uwięzi, bo to by tylko pogorszyło sytuację. Związek to czyste partnerstwo i przyjaźń, nie może ono być więzieniem. Są pewne zasady, których trzeba pilnować ale pilnować ich samemu... nikt tego nie może narzucić. Myśli przerwał mi jakiś facet... wydawał się dużo starszy ode mnie. Pytając się czy może się dosiąść odsunął krzesło i przysiadł się nie czekając na odpowiedź.
- Zaufanie to rzecz święta i nie można jaj naruszać - powiedział.
Nie odezwałam się, patrzyłam na niego. Miał piękny, szelmowski uśmiech. Głośno westchnęłam. Spojrzał na mnie i zmarszczył czoło... czułam jakby chciał poznać moje myśli, moje obawy. Odwróciłam wzrok... spojrzałam na rozbawionego Roberta, który właśnie szalał z jakąś laską po parkiecie i na Jacka obściskującego się z młodziutka panienką...
- Boli ten widok? - zapytał nieznajomy.
Pokręciłam przecząco głową. Uśmiechnął się. Odgarnął mi włosy z twarzy. Tym bardziej się odsunęłam. Chciałam zawołać Roberta, ale nieznajomy właśnie w tej chwili zakrył mi dłonią oczy... i przez ułamek sekundy zobaczyłam siebie jakiś miesiąc temu na imprezie u naszej znajomej... gdzie patrzyłam jak Rob szaleje z koleżanką. Nachodziły mnie wtedy podobne myśli o zaufaniu. Wzięłam głębszy oddech i wstałam z krzesła... najwyraźniej zrobiłam się blada, bo nieznajomy kazał mi oddychać powoli i spokojnie usiąść. Położył palec na ustach bym o nic nie pytała. Patrzyłam na niego wystraszona, i pełna obaw po tym co zobaczyłam.
Niby nic...a jednak.
- Zaufanie - szepnął - to szczerość drugiej osoby, to jej wnętrze.
Patrzył w stronę Roberta... uśmiechał się pod nosem. A ja siedziałam w osłupieniu i nawet gdybym chciała to nie byłabym w stanie zapytać o nic.
- Chcesz zobaczyć zaufanie? - zapytał - jego zaufanie?
Poczułam, że tracę grunt pod nogami, że coś się wali pode mną... tak jakby miało wszystko legnąć w gruzach. Patrzyłam na Rob'a, który rozbawiony i skaczący po parkiecie nawet nie zauważył, że ktoś dosiadł się do naszego stolika. Jacka nie było. Pomyślałam, że pewnie gdzieś polazł z tą młodą, bo jemu to zawsze było spieszno do takich bzdetów. Potępiałam go za to co robił... miał fajną dziewczynę, niestety tego weekendu nie mogła przyjechać - pracowała. Dlatego Jacek zabawiał się z kimś innym. Okropne!, a ja na to jeszcze patrzyłam i mało tego kryłam go przed Dorotą i udawałam, że wszystko jest w porządku. A wszystko ze względu na długoletnią przyjaźń jego i mojego ukochanego. Spojrzałam na nieznajomego. Patrzył... ale nie na mnie tylko na Rob'a i czekał na moją decyzję.
- Czasem się widzi między ułamkami sekund - jego głos ciepły i spokojny troszkę mnie denerwował - chcesz się napić czegoś mocniejszego?
Czułam się jak niemowa, ale nie byłam w stanie wydukać ani jednego słówka. Wzięłam go za rękę i wstałam od stołu. Przeszliśmy przez drugą salę gdzie były same stoliki i bardziej tłoczno. Wyszliśmy na werandę. Zimno od razu dało się we znaki. Trzęsłam się jak galaretka. Nieznajomy wskazał mi wolną ławkę, gdy usiadłam okrył mnie swą kurtką... dreszcz przeszedł mi po plecach. Bałam się tego co robię, bałam się tego co zobaczę... ale taka była moja decyzja.
Położył mi dłoń na oczach... zamknęłam je... i w tej samej sekundzie zobaczyłam chatkę Jacka... ale nie zimą - latem. Poczułam zapach kwiatów i wiatr we włosach, letni ciepły wiatr, który tak bardzo kochałam. Stałam przed drzwiami, były otwarte... ze środka słyszałam rozbawione głosy. Rozróżniłam dwa. Jeden Jacka drugi Roberta. Weszłam do środka. Przechodząc przez kuchnie zauważyłam całą stertę psutych butelek po alkoholu. Zrobiło mi się gorąco i słabo. Weszłam do salonu, zobaczyłam dwie rozebrane kobiety tańczące bez muzyki na ławie... Robert siedział na kanapie gwiżdżąc jakaś beznadziejną melodię. Jacek czegoś szukał... nie widzieli mnie. Usiadłam na wolnym krześle... nie wierzyłam w to co widzę... wtem zadzwoniła komórka Robiego. Widziałam jak się podrywa... jak przykłada palec do ust i jak wszyscy milkną...
- No cześć skarbie...
Czułam jak łzy płyną mi po policzku, dokładnie pamiętam te rozmowę z Robertem, pytałam wtedy jak się czuje Jacek, bo podobno jest chory. Usłyszałam, że leży w łóżku i odpoczywa a On teraz będzie miał co robić bo wszystko na jego głowie. Czysta ściema... patrzyłam jak się wije po pokoju... kłamiąc mi przez słuchawkę. Schowałam twarz w dłonie... nie chciałam tego oglądać, już nie.
Poczułam mroźne powietrze nocy... siedziałam na werandzie. Patrzyłam na nieznajomego zapłakanymi oczami. Bałam się co mogłabym jeszcze zobaczyć. Trzęsłam się z zimna. To jakiś koszmar... jakiś zły sen pomyślałam, przecież nie może mnie aż tak okłamywać... to niemożliwe. Poderwałam się z ławki... chciałam krzyczeć, chciałam by to były jakieś bzdury wyssane z palca... zanim doszłam do drzwi knajpy rozpłakałam się. Przeszłam przez ten cały tłok do swojego stolika, wzrokiem poszukałam Robiego... nie było go. Spojrzałam na zegarek, była 5.30. Jakoś czas mi za szybko zleciał. Otarłam łzy i wyszłam z knajpy, nie było naszego samochodu... rozejrzałam się raz jeszcze, żadnej znajomej twarzy... tylko ten nieznajomy gość w progu przyglądał mi się. Stałam tak na mrozie jakieś dobre piętnaście minut wpatrzona w jeden punkt bez ruchu, gdy usłyszałam głos za sobą.
- Ich nie ma... podwiozę Cię - nieznajomy sprzedał mi jeden ze swych uśmiechów.
Skinęłam głową. Jechaliśmy w zupełnym milczeniu. Nawet nie podziękowałam i nie pożegnałam go. Wysiadłam na rozstaju dróg, miałam jeszcze kawałek do domu ale chciałam się przejść. Nic mi już nie mogło się stać. Idąc płakałam... nie mogłam znieść tego co zobaczyłam. Ból w klatce piersiowej, że co jakiś czas musiałam się zatrzymać i nabrać spokojnie powietrza do płuc. Nie wiedziała m co mam myśleć... nie znałam prawdy... czułam się potwornie jak nigdy. Przez łzy zobaczyłam samochód na podwórzu. Jakiś mnie dreszcz przeszedł po plecach. Poczułam obrzydzenie do tego miejsca. Drzwi domu były otwarte... w salonie na kanapie, śmierdzący alkoholem na kanapie leżał Rob. Z góry dobiegały do mych uszu dziwne głosy... kobiety. Zrobiłam sobie herbatę, usiadłam w salonie w tym samym miejscu... krześle co siedziałam w nocy oglądając rozbawionego Roberta i tańczące panienki. Zrobiło mi się nie dobrze. Musiałam wyjść. Naciągnęłam czapką na uszy i wybiegłam... bolał mnie brzuch...panicznie bałam się wszystkiego... myśli jakie teraz mną targały, uczuć których teraz było mi brak...
Zatrzymałam się na plaży. Widziałam jak wstaje słońce. Jak ta ohydna zakłamana noc odchodzi... jak zaczyna się nowy może lepszy dzień. Siedziałam tak w bezruchu. Sen... to jedna dobra myśl.
=IstotaTheEndAbith=
|