| |
OFIARA DLA POKOJU
- Dobra, chłopaki, nie lenić się, idziemy! - po raz kolejny w hełmofonie rozbrzmiał głos dowódcy.
Mam tego dość. Mam tego całkiem dość - myślał John. Cały mundur mam przesiąknięty wodą. Bez przerwy słyszę rozkazy albo strzały.
- Zatrzymać się! Jesteśmy u celu!
Walka o pokój, cholera... Tylko dlaczego inni siedzą sobie w domach i wieczorem obejrzą sobie wiadomości, po czym o nich zapomnąś Nie będą sobie nawet zdawać sprawy z tego, co my tutaj przeżywamy.
Strzał...
Kolejny strzał...
- Aaaa!...Moja noga!...
Następny strzał...
Dźwięk upadającego ciała...
- O kurwa! Zdjęli trójkę... Uważajcie, chyba są za tym murkiem... Na trzy ostrożnie przechodzimy za drzewami. Raz... Dwa... Trzy!
Pieprzony los żołnierza... Ramirez był moim najlepszym kumplem, teraz leży w błocie i kałuży własnej krwi. I pewnie patrzy na nas z góry, jak biegniemy za drzewami, modląc się w myślach o życie... Modląc się w myślach, aby Bóg pomógł nam, aby rozstąpiło się przed nami morze tak jak przed Izraelitami... Czy to w ogóle ma jakikolwiek sensś Niesiemy gdzieś jakąś walizkę, wiedząc tylko, że walczymy o pokój na świecie.
- Oho... Widzę dom, do którego mamy zanieść tę pieprzoną walizkę.
- Wie pan w ogóle jaki sens ma ta misja?
- Nie wiem. Wiem tylko, że w tym domu jest jakaś ważna persona. Mamy ją uwolnić i dać jej walizkę. Tak brzmiał rozkaz.
Rozkazy, rozkazy, rozkazy... dlaczego teraz nie cieszymy się życiem, nie pijemy rumu i nie palimy cygar w towarzystwie pięknych pańś Wykonujemy cholernie ciężkie misje, i dostajemy za nie pieniądze, które ledwo starczą na wyżywienie i parę paczek papierosów.
Strzał...
Strzał...
Strzał...
- Tam są! Strzelają do nas, skurczybyki!
- O cholera!
Na niebie pojawił się mały, ciemnozielony przedmiot. Wszyscy już wiedzieli, co to jest...
- Granat!
Mały przedmiot, który wywołał takie zamieszanie, upadł na ziemię.
- Ucieeekać!
Dwójka podniósł granat i rzucił nim jak najmocniej potrafił. Niestety, granat wybuchnął w pierwszej sekundzie lotu.
- Eeeeghh... - rozległ się tylko cichy jęk bohaterskiego żołnierza.
Obraz afrykańskiego buszu migał w wielkim monitorze. Dookoła stało mnóstwo ludzi.
- Odpalać? - zapytał jeden z nich, siedzący przy małej konsolecie.
- Zaczekaj jeszcze chwilę, popatrzymy - odpowiedział ubrany w żołnierski mundur sędziwy człowiek.
Szóstka wybiegł zza muru, za którym byli schronieni.
- Na pohybel - zdążył tylko krzyknąć, bowiem jego ciało przedziurawiło kilka małych ołowianych pocisków.
- Nie panikujcie... Szóstka spanikował i widzicie, co się z nim stało. Nie działajcie pochopnie - powiedział drżącym głosem jedynka, dowódca.
Zostało ich trzech. Trzech małych, bezbronnych chłopców, których los zależy od karabinów złych ludzi.
- Odpalać?
- Dobrze, odpalaj, skoro ci tak spieszno.
Człowiek siedzący przy konsolecie nacisnął jeden ze znajdujących się na niej przycisków.
- Muszę przyznać, generale, że to był genialny pomysł. Zamiast marnować rakiety, wysłać garstkę ludzi w okolice magazynu wroga i dać im walizkę z zdalnie detonowaną bombą.
Wszyscy spojrzeli na niego w dziwny sposób.
- Tam jest - krzyknął John, oznaczony numerem pięć żołnierz nienawidzący swojego losu. - Tam się schował, skurnol jeden!
To były jego ostatnie słowa. Walizka pękła. Rozbłysło białe światło, aby za chwilę zmienić się w ogień. Rozległ się dźwięk, który słychać było parę setek mil stąd.
Wszystko ucichło. Jedynie wiatr zdawał się szemrać: to jest ofiara dla pokoju na świecie...
Fido [filko@poczta.onet.pl]
|