| |
Niespodzianka
Było ciemno, późny wieczór. O szyby samochodu bębniły krople deszczu. Mój szofer z wysiłkiem starał się dojrzeć drogę poprzez potoki wody zmywanej przez wycieraczki. Zastanawiałem się, co ja tu robię w taką pogodę. Tak... sprawa niestety nie mogła czekać. A była poważna - mogła od niej zależeć moja kariera, a nawet - życie. Czekała mnie bowiem poważna rozmowa z Salcesonem. Przez telefon mówił, że wszystko wie i chce forsę za milczenie. Muszę od niego jak najwięcej wyciągnąć: co dokładnie wie, od kogo, komu powiedział i co planuje. Wtedy przystąpię do działania.
Dojechaliśmy na miejsce. Szofer otworzył drzwi. Zanim wysiadłem, podałem mu mój czarny parasol. Doskonale chronił przed deszczem, ale nie tylko. Był również kuloodporny. Facet, który mi go zrobił, twierdził, że to idiotyzm i zboczenie zawodowe - parasol był ciężki i niewygodny - gość miał rację. Ale właściwie użyty mógł mi uratować życie. Mógł - bo jak na razie jedynym efektem jego używania było to, że szofer przeklinał go za każdym razem, gdy myślał, że go nie słyszę. Czasem naprawdę długo musiał nade mną nosić to ciężkie paskudztwo.
Wysiadłem z samochodu i z ulgą stwierdziłem, że pomimo praktycznie zerowej widoczności szofer trafił bezbłędnie - przede mną wznosiła się rezydencja Salcesona. Okropność. Te jasno różowe dachy, czarne ściany i jaskrawo zielone zasłony w oknach - ohyda. Zawsze twierdziłem, że Salceson nie ma gustu, ale dopiero, gdy się tu wprowadził, pojąłem do jakiego stopnia. Ale i tak prawdziwy koszmar czekał mnie dopiero wewnątrz.
Chwilę później byłem już w jego biurze. Siedział za obleśnym, wściekle pomarańczowym biurkiem, a za jego plecami okropne, różowe regały zawalone tandetnymi ozdobami kontrastowały paskudnie z czarnymi ścianami. Gdy wszedłem, nie przeszedł od razu do rzeczy. Pokazał mi wypchaną głowę jelenia wiszącą na ścianie. Miała dziurę wielkości orzecha między oczami. Usiłował mi wmówić, że sam ustrzelił zwierzaka. Zapomniał jednak, że znam się na broni i na tym, jak wyglądają efekty jej działania. Od razu zauważyłem, że zastrzelił samą głowę, już po wypchaniu, z odległości około dwóch centymetrów. Nie myliłem się - gdy zajrzałem w głąb dziury, zauważyłem, że w ścianie za nią wciąż tkwi kula.
- No, no, no, co, nie robią na tobie wrażenia moje trofea? - Zapytał widząc, że nie podziwiam jego celności. - Cóż, widzę, że nasz Zimny Schab nie jest w nastroju, co? A może to dlatego, że taki z ciebie Zimny Schab?
Zimny Schab - nienawidzę tej ksywy. Co za idiota ją wymyśliłś! Salcesonowi najwyraźniej się ona podobała, co więcej, sprawiał wrażenie jakby go bawiła. Frajer zgrywał twardziela. Normalnie tego po prostu nienawidzę, ale teraz to nawet ułatwia sprawę - będzie łatwiej wszystko od niego wyciągnąć.
- Do rzeczy, Salceson. Nie mam czasu.
- Co, nie możesz zbyt długo przebywać poza lodówką? Oczywiście, już przechodzę do rzeczy - nie chcemy przecież, żeby z Zimnego Schaba zrobił się Ciepły Schab, prawda?
W tym momencie coraz silniej odczuwałem niejasne przeczucie, że jeśli tak dalej pójdzie, zamiast Salcesona będzie zimny Salceson.
- Nie jest dobrze, Schabuniu. To znaczy dla mnie jest bardzo dobrze, ale nie dla ciebie...
- To się jeszcze okaże. To, że się czegoś domyślasz jeszcze niczego nie dowodzi.
- Czegoś się domyślam? Nie, Schabuniu, ja się nie domyślam, ja wiem. To ty za wszystkim stoisz. To nie Wujcio Klozet zleca pracę tobie, tylko ty jemu. Skoro on ma tyle kasy, to ile ty musisz mieć? Dziesięć, sto razy więcej?
- Nie boisz się rozmawiać ze mną sam na sam, bez ochrony?
- Ależ Schabuniu, naprawdę myślisz, że się nie zabezpieczyłem? W razie mojej śmierci zostaje jeszcze Baranina, który mi powiedział, i Majonez, któremu powiedziałem ja. Co to za czarny notesik? A, pewnie książeczka czekowa! Masz rację, pora przejść do spraw finansowych. Chcę piętnastu milionów. Rozumiesz?
Nacisnął jakiś przycisk na biurku, pochylił się do mikrofonu i powiedział:
- Zofio, dwie kawy proszę!
- Nie dam więcej niż pół miliona.
- Co?! Pół miliona?! Nie rozśmieszaj mnie!
Przez dalsze piętnaście minut nie ustąpiłem nawet dolara. Sekretarka Salcesona, Zofia, przyniosła kawę, a sam Salceson zaczął się denerwować i chodzić w tę i z powrotem coraz bardziej zaniżając cenę. Sięgając do kieszeni pomyślałem, że i tak nigdy go nie lubiłem. Gdy tylko się odwrócił, wyjąłem strzykawkę z trucizną i wstrzyknąłem mu do kawy. Następnie zgodziłem się na proponowaną przez niego cenę nie zwracając nawet uwagi na jej wysokość - gość praktycznie był już trupem.
Gdy tylko wyszedłem, zacząłem zastanawiać się, co zrobić z dwoma nowymi nazwiskami w notesie. Majoneza mogę załatwić - przestępcą był kiepskim, uważał się za nie wiadomo kogo i działał wszystkim na nerwy. Zaś Baranina...on naprawdę się w tej branży liczył. Dobrze by go było mieć w garści. Na przekupstwo był odporny - miał dużo pieniędzy. Ale można go szantażować. Okazja miała się niedługo nadarzyć. Baranina miał romans z żoną siostrzeńca szefa mafii niemieckiej. Mają spotkać się jutro wieczorem w opuszczonej willi za miastem. Tymczasem zajechałem już do domu. Gdy wszedłem, czekała już na mnie moja dziewczyna.
- Cześć - Powiedziała. Z jej tonu wywnioskowałem, że nie jest w zbyt dobrym nastroju.
- Cześć, Anka.
- Jak było w pracy? Ilu ludzi dzisiaj zabiłeś?
- Jednego. Miałem ciężki dzień.
- I tak spokojnie o tym mówiszś! Zabiłeś człowieka!
- Nie pierwszy raz. Wcześniej ci to jakoś nie przeszkadzało.
- Bo cię kochałam. Nadal cię kocham, ale jeśli się nie zmienisz, to odejdę.
- I co wtedy? Nawet jeśli zainwestuje pieniądze w jakiś legalny interes, i tak będę musiał mieć dobre stosunki z mafią. Poza tym oni nie pozwolą mi być uczciwym człowiekiem. Za dużo wiem. Trudno wyskoczyć z pędzącego pociągu. Można przy tym wszystko stracić, nie wyłączając życia. O pieniądzach już nie wspominając.
- Nie podoba mi się, że zabijasz uczciwych ludzi.
- Tylko nie uczciwych. Salceson gotów był zabić za jedno krzywe spojrzenie lub negatywną uwagę o jego guście. Mordował, zlecał morderstwa... nie wspominając już o jego życiu prywatnym, o którym można by opowiadać wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że miały na nie wpływ jakiekolwiek zasady moralne. Nie zabiłbym człowieka, który nie miałby czegoś poważnego na sumieniu. Problem w tym, że takich nie ma.
- Nie?! To co takiego na sumieniu ma Wojtek Piernik, ten mechanik samochodowy?
- Nie dostaję zleceń na mechaników samochodowych.
Nazajutrz rano szofer czekał już przed domem. Wyprowadził mój ulubiony samochód.
- Dzień dobry panu. Dokąd?
- Cześć, Tadek. Do szefa.
- Tak jest. Mogę o coś spytać?
- Wal śmiało.
- Ten szef... dlaczego wybrał sobie taką głupią ksywę?
- Bo ja mu kazałem, Tadek. Poza tym jemu się to bardzo podoba.
- Jakiś kretyn?
- Dokładnie.
Przy wejściu strażnik odebrał mi pistolet. Bardzo tego nie lubię, dlatego wycelowałem w niego drugim, odebrałem własny i jego służbowy. Później ochrona omijała mnie szerokim łukiem i wszedłem do biura szefa bez żadnych przeszkód. Ten wpatrywał się we mnie kamiennym wzrokiem i nieudolnie naśladując głos jakiegoś aktora powiedział:
- Jestem Wujcio Klozet...
- Wiem.
- ...a to moja spłuczka. - dokończył wyciągając pistolet. - Niezłe, co?! Sam to wymyśliłem! Wujcio Klozet, że niby to miły staruszek lubiący dzieci, a później wyciągam spłuczkę! Kazałem sobie nawet wygrawerować złotymi literami SPŁUCZKA! Genialne, nie?!
- No, pewnie, kup jeszcze brązowy granat ze złotym napisem G****.
- To jest myśl! To jest myśl!
- Dobra, przejdźmy do rzeczy.
- Nie takim tonem do szefa! - Powiedział celując we mnie spłuczką. - Jeden mój ruch i byłbyś trupem.
- Być może. - Powiedziałem znudzonym tonem. - Gdyby nie był zabezpieczony i gdybym nie miał własnego. - Powiedziałem wyciągając broń.
- Jak to?! Jak ominąłeś strażników?
- Strażników? Tu są strażnicy? Jak tu szedłem, nikt mnie nie zaczepił. A, byłbym zapomniał. To leżało przy wejściu. - Powiedziałem, wręczając mu broń służbową strażnika. - A teraz do rzeczy. Tu masz zlecenia, aha, było coś dla mnie?
- Tak. W mieście niedługo zjawi się pewien angielski biznesmen. Tu masz wszystkie dane i zdjęcie.
- Co to za jeden?
- Ma sieć nielegalnych fabryk w południowej Afryce. Wykorzystuje robotników przymusowych, których trzyma na terenie zakładu nie płacąc im. Dostają żywność ledwo wystarczającą do przeżycia. Ma konkurencyjne produkty, minimalne koszty produkcji i milionowe zyski. Załatwisz go, to wszystko przejmiemy. Co ty na to?
- Dobra, zgadzam się. Ale jak przejmiesz te fabryki, to wypuszczaj robotników na niedziele, zwiększ racje żywnościowe i zacznij im płacić. Niewiele, ale wystarczająco, żeby należeli do miejscowej elity.
- Starzejesz się chyba. Wiesz, ile na tym stracimy?
- Niewiele. Gdy to zrobimy, zyskamy ludzi, którzy będą w stanie zrobić dla nas wszystko. Będą też tak wdzięczni, że produkcja zwiększy się co najmniej o 27%. No i pozwalnia się znienawidzonych dozorców.
- Ty to masz łeb, stary! Aha, później masz załatwić jednego gościa pod Warszawą... tu masz adres. Wypłata 1000%.
- Załatwione. - Powiedziałem, chociaż czułem w tym jakiś podstęp.
Pół godziny później mój szofer śledził już angielskiego biznesmena. Gdy zaparkował on w przestronnym garażu hotelowym, my stanęliśmy naprzeciwko. Postanowiłem przyjrzeć się jego środkowi lokomocji. Nawet ładny. Z grillem... tak, to ułatwiało sprawę. Wyjąłem z walizki niewielkie urządzenie i podłączyłem do prędkościomierza. Z grilla wystawała jedynie niepozorna rurka. Teraz, gdy tylko przekroczy 100 km/h, mikroładunki wybuchowe wysadzą hamulce, a z grilla zacznie się wydobywać gęsty dym, który uniemożliwi zobaczenie czegokolwiek: drzew, przepaści, czy co tam będzie po drodze. Żeby się upewnić, że zadziała, postanowiłem go śledzić. Niepotrzebnie - mój plan okazał się niezawodny.
- Ma pan wspaniały talent do niszczenia samochodów. Całe szczęście, że to ja prowadzę.
- Masz rację, Tadek. Teraz to drugie zlecenie.
- Proszę się nie gniewać, ale czy nie widzi pan, że to pułapka?
- Oczywiście, że tak, ale chcę się dowiedzieć, kto ją zastawił. Jedź w stronę Warszawy. Wewnętrznym pasem.
- Właśnie to robię, proszę pana. Przed nami są dwie ciężarówki. Wyminąć?
- Nie. Za nami też są dwie. Pewnie tylko na to czekają.
- Sądzi pan, że to pułapka?
- Zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że nie.
Nie zdziwiłem się. Jedna z ciężarówek nieznacznie zwolniła, tak że znaleźliśmy się w potrzasku: ciężarówka za nami, przed nami i z boku. Z drugiej zaś strony był pas dla jadących w przeciwną stronę, oczywiście przepełniony.
- Proszę pana, jesteśmy w pułapce. Co zrobićś Uruchomić zasłonę dymną?
- Nie. Oślepilibyśmy tylko tego z tyłu, a on pewnie by nas staranował.
- Ma pan rację. To w takim razie co robić?
- Tadek, posłuchaj mnie uważnie. Na mój sygnał wjedziesz na lewy pas i...
- Nie wyprzedzę takiego bydlaka! To przecież samobójstwo!
- Nie masz go wyprzedzać, masz się tam włączyć do ruchu.
- Ryzykowne... ale genialne! Spróbuję, gdy tylko nadarzy się okazja!
Okazja nadarzyła się chwilę później. Za nami próbował zrobić to samo kierowca ciężarówki, ale udało mu się jedynie zatrzymać ruch i zderzyć się z kilkoma pojazdami.
- Nadal chce się pan dowiedzieć, kto zastawił pułapkę?
- Już to wiem. Kierowcą jednej z ciężarówek był człowiek Baraniny.
- Złoży pan Baraninie wizytę?
- Nie w tej chwili. Za godzinę muszę być koło pewnej willi pod miastem. Na razie jedźmy coś zjeść.
Godzinę później było już ciemno. Szofer zjeżdżając z autostrady zgasił wszystkie światła. Niepostrzeżenie zbliżyliśmy się do starej willi. Wysiadłem z wozu, zrobiłem parę zdjęć samowywołującym aparatem, po czym poszedłem do samochodu Baraniny. Wybrałem trzy najmniej udane, po czym bez litości przybiłem je do nowiutkiego samochodu sztyletem z trupią czaszką na końcu. Sztylet ten był moją wizytówką. W samochodzie z satysfakcją pomyślałem, że mam Baraninę w garści. Teraz wstąpię na chwilę do domu, odbiorę towar z magazynu "Niespodzianka", i będę mógł wreszcie odpocząć. Niestety, gdy tylko przyjechałem do domu, perspektywa odpoczynku znacznie się oddaliła. Anka była bardzo zdenerwowana.
- Nie jest dobrze, Zbigniew. Był tu facet ubrany na żółto. Mówił, że w magazynie "Niespodzianka" zastawili na ciebie pułapkę. To był Piotrek, prawda?
- Tak, człowiek od podsłuchów. Muszę iść do "Niespodzianki". Mam do odebrania towar.
- To tylko towar! Stawką jest tutaj twoje życie. Rozumiesz?!
- Rozumiem. Ale od tego towaru zależy nasza przyszłość. Tym razem to nie tylko pieniądze. Będzie dobrze. Zobaczysz.
- Dobra, Majonez, powtórz plan.
- Facet wchodzi w korytarz, widzimy to na kamerze, później z korytarza wchodzi do środka i robimy z niego miazgę. Baranina, jak możesz mnie tak obrażać?! Przecież nawet dziecko zapamiętałoby taki plan!
- Cicho bądź! Dlaczego jeszcze go nie ma?! Wie...?
- Zatrzymaj się tutaj. Ja wejdę tam sam, a ty idź wykonać plan B. Rozumiesz?! Plan B.
- Dobrze, już jadę.
- Nie. Samochód zostaw tutaj, Tadek. Weź parasol.
- Nie, pan chyba wie, że ja go... nie lubię.
- Jest kuloodporny. Zasłoń się nim od strony "Niespodzianki".
- Kuloodporny... a pan? Chyba pan nie zamierza...
- Ja sobie poradzę. Idź już.
- E! Baranina! Idzie!
- Sam?
- Nie! Jest z nim szofer. Nie! Czekaj! Rozdzielają się. On tu idzie, a szofer w przeciwną stronę! Zdjąć go?!
- Dopiero, jak Schab wejdzie!
- Wszedł! Szofer dostał!
Nastąpiła cisza. Cisza... cisza... cisza... cisza... cisza...
- Co jest?! Wszedł pięć minut temu! Ile można iść przez trzymetrowy korytarz?!
Były to ostatnie słowa Majoneza. Chwilę później miastem wstrząsnął potężny huk eksplozji, a magazyn "Niespodzianka" zamienił się w rozszalałe morze płomieni. Długo trwało gaszenie zgliszczy, jeszcze dłużej odgruzowywanie i badanie przyczyn katastrofy. Powstało wiele hipotez, ale nigdy ostatecznie nie udowodniono żadnej z nich.
GAZETA WYBORCZA
KONIEC SUPERMAFII
Połowa polskiej mafii zginęła w wyniku eksplozji w podmiejskim magazynie. Do wybuchu doszło prawdopodobnie w wyniku kłótni między gangsterami, gdy podczas strzelaniny uszkodzono detonatory całego transportu bomb. Zginęły tam takie osobistości świata przestępczego jak Waldemar S. zwany Baraniną, Marian P. zwany Majonezem, Krzysztof H. zwany Smalcem, Ireneusz D. zwany Szynką oraz tajemniczy Zimny Schab, który...
O, nie. Nawet gazety muszą mnie tak nazywać. Co my tu jeszcze mamy? O, na przykład to:
KLOZETOWI GROZI KIBEL
Szef największej do niedawna mafii w Polsce został aresztowany wraz z niedobitkami swojej mafii. Wszyscy będą "kiblować", czyli odsiadywać wyrok, jednak szef o ksywie Wujcio Klozet swój wyrok odsiadywać będzie w nietypowym miejscu. Nasi reporterzy dowiedzieli się, że jest on... zbiegiem ze szpitala psychiatrycznego. Przy aresztowaniu znaleziono przy nim pistolet ze złotym napisem SPŁUCZKA oraz brązowy granat ze złotym napisem G****...
- Zbigniew?
- Co, Anka?
- Jesteśmy nad Morzem Śródziemnym od tygodnia, a jeszcze ani razu nie byliśmy na plaży.
- Wobec tego chodźmy nadrobić te zaległości. Tadek!
- Tak, proszę pana?
- Szykuj samochód!
Prof. Ogóra$
Przewodniczący
Związku Demonicznych
Warzyw
|