JakBym
Choć było wielu w tym dymie
Ale żaden z nich nie śmiał wypić przy JakBymie
(JakBym cichaczem na odwyku, przez całą zimę nie bawił
Teraz się nagle w tym tłumie pojawił).
Wiedzą wszyscy, że mu nikt w tym momencie
Nie dorówna w biegłości, w guście i w talencie.
Proszą, aby wypił, podają kielicha;
Jakbym wzbrania się, mówi, że on kicha,
Odwykł od picia, nie śmie i trochę się wstydzi;
Cofając się ucieka. Gdy to Kuniu widzi,
podbiega i w swej nie małej podaje mu dłoni
Szkalnice w którą to mistrz zwykle dzwoni;
Drugą ręką JakByma w plecy trzaska,
I dodaje: "JakBymie..." rzecze "Jeśli łaska,
Wszak to ma knajpa, wypijże, JakBymie!
Chyba, że wolisz, jak ci zaraz przy... dymie!?"
JakBym chcąc nie chcąc Kunia słuchając, kiwnął głową
Na znak, że nie odmawia; więc go na środek wiodą,
Podają krzesło, usiadł, picie przynoszą,
Wlewają mu do szklanicy. On patrzy z rozkoszą
I z tęsknotą; jak weteran w służbę powołany,
Gdy to kiedyś wypijał morze i nie był pijany,
JakBym zaśmiał się, choć nie pił od dość dawna,
Lecz nie skorzystać z okazji, rzecz by była marna.
Bierze swój trunek i z przymrużonemi na poły oczyma
Podnosi szklanice, w drżących palcach ją trzyma.
Przechyla ją w usta opróżniając naczynie,
Napój znika w gardle, nim jedna chwila minie.
Wrzawa się podniosła, więc Kuniu bierze napitek i szybko dolewa,
JakBym trzyma szklanice, lecz nagle... leci, jak kawałek drzewa.
Spada, jak długi, o podłogę wali,
Wszyscy ucichli, lecz się nie ruszali.
Ich mistrz pod stołem leżał bezradnie,
Bez mistrza swojego poczuli się marnie.
Ale Kuniu pomyślawszy wlazł na stół i krzyczy:
"Hej ludziska! Spokojnie, to się tu nie liczy!
Wszak podniosłem z ziemi butle, gdzie był trunek
I widze tu jakiś z napisem malunek.
Więc ludzie, powiadam... nie zawracajcie tym se głowy!
Mistrz dalej mistrzem! To był jeno... bezalkoholowy!
JakBym
|