*** Megadeth - "Rust In Peace" ***
Płytą która wprowadziła Dave Musteina i jego wesołą kompanie do pierwszej ligi zespołów Heavy Metalowych była właśnie Rust In Peace. Z pewnym niepokojem zabierałem się do słuchania tej płyty. Głównie moje obawy były spowodowane żółtawą okładką. Nic nie mam do koloru żółtego, ale jakoś nie pasowała mi ona. Moja niezawodna męska intuicja znów miała rację. Nie wiem czemu, ale piosenki z RIP'a mnie nużą. Wszystkie wydają się do sibie podobne, mimo że są różne! (nobel dla tego kto zrozumiał o co mi chodzi). Na tym albumie są niezłe utwory jak Lucretia, Hangar 18 oraz Tornado Of Souls , ale są też słabe utwory (casus: Five Magicks i Take No Prisoners). Reszta piosenek jest średnia. W niektórych są przebłyski świetności, w innych nieciekawe rozwiązania. Do wielkich fanów Megadeth nie należę na pewno. Ciągle będę się upierał, że Dave nie był, nie jest i nie będzie dobrym wokalistą. Nie podoba mi się to, że wiele piosenek jest wolnych, zamulających. Czasem trafi się jakaś efektowna solówka, ale to nie wystarcza, by zyskać moje uznanie. Te piosenki nie mają tego nieopisywalnego "czegoś"! Po niezłym Countdown To Extinction (którego mogłem słuchać wcześniej niż Rust In Peace) zawiodłem się na Megadeth. Rust In Peace jest płytą średnią, niczym wielkim się niewyróżniającą. Wśród 9 utworów tylko trzy znalazły moje uznanie (Holy Wars... i Rust In Peace Polaris walczyły, ale obecnie znajdują się w odwrocie). I stąd sprawiedliwa szósteczka, tylko niestety nie szkolna tylko sześć oczek na dziesięć możliwych.
Ocena: 6/10