*** Megadeth - "Contdown To Extinction" ***
Gdy w kwietniu po świecie rozeszła się wiadomość o rozpadzie Megadeth zdałem sobie sprawę, czemu jeszcze nie zdąrzyłem się z ich muzyką zaznajomić. Przecież jest to bratnia grupa Metallici - zespołu od którego zaczynałem. Po niewarz nic nie wiedziałem o Mega śmierci oprócz tego, że gra tam Mustaine, a Friedman mu przez parę lat asystował. Natychmiast poprosiłem qmpla ze szkoły o porzyczenie kilku albumów. Na pierwszy ogień rzucił mi Countdown To Extinction i Rust In Peace. Ponieważ lubie oceniać płyty po okładkach uznałem, że CTE jest lepsza. Po kilku przesłuchaniach obu płyt okazało się, że moje przeczucia są słuszne. Moimi pierwszymi spostrzeżeniami było to, że musyka Musteina i spółki jest całkiem podobno do Metallici, lecz nie tak agresywna. Odrazu moim numerem jeden został tytułowy utwór. Podobnie było z It Was My Life. Razem z Symphony Of Destrucktion są najlepszymi utworami na płycie. A pozostałe, wcale nie odbiegają poziomem. Są całkiem niezłe. Właściwie nie ma jakichś szczególnie słabych piosenek. Szkoda tylko, że Mustaine nie jest lepszym wokalistą, bo większość piosenek jest do siebie podobna. Cóż Dave nie Halford, który potrafi nieźle operować swoim głosem. Tym czego mi też brakuje to mocniejszych, bardziej wyrazistych gitar, gdyż czasem podczas solówek wydaje mi się, że są swym własnym tłem.
Ocena: 8/10