*** Iron Maiden - "Rock In Rio" ***


W marcu tego ro(c)ku ukazała się czwarta koncertowa płyta brytyjskiego dinozaura heavy metalu - Iron Maiden. Płyta została zarejestrowana podczas wielkiego festiwalu w Rio de Janeiro siódmego czerwca 2001 roku. Był to ostatni występ podczas tourne promującego najnowszy (czy taki nowy? w końcu to już prawie dwa lata!) album - Brave New World. Na koncert przybyło ponad 250 tysięcy ludzi, czyli więcej niż mieszkańców ma Radom! Dla mnie, czyli maniaka zespołu z wysp Rock In Rio było obowiązkową pozycją do zakupu, więc pewnego pięknego dnia pognałem do sklepu, by zapoznać się z najnowszym dziełem genialnego Harrisa i spółki. Po powrocie do domu czym prędzej rozerwałem folie i zacząłem przeglądać książeczkę dołączoną do albumu. Pierwszy zawód spotkał mnie przy samej okładce. Projektowaniem jej zajeła się ta sama firma co stworzyła image najnowszej studyjnej płyty Brave New World. Jednak tym razem bardzo się zawiodłem. Na okładce widzimy scenę kompleksu w którym odbywał się koncert, także część fanów, a za muszlą koncertową w chmurach chowająca sie maskotka zespołu - Eddie. Skądś już to znamy, czy nie dało się stworzyć nic nowego? Lekko zrażony zacząłem oglądać dalszą część książęczki. Do tej dołączonej do pierwszej kasety nie miałem nic do zarzucenia, niestety ta druga składa się prawie tylko z tekstów! Może są dwa, trzy zdjęcia, ale to za mało! Wkrótce stało się to miało się stać - włożyłem kasete do wieży (a nie! co ja zrobiłem! Wszyscy zginiemy!). Mimo, że materiał z koncertu mogłem przesłuchiwać już wcześniej dzięki teledyskom zamieszczonym na najlepszej polskiej stronie poświęconej temu zespołowi (http://ironmaiden.rockmetal.art.pl), zostałem mile zaskoczony. Na początku możemy wysłuchać półtoraminutowe intro - fragment ze ścieżki dźwiękowej z filmu "O rycerzach okrągłego stołu". Tuż po nim rozległ się charakterystyczny dźwięk gitary Adriana - jednego z czterech gitarzystów zespołu (trzy gitary - wspomniany Adrian Smith, Janick Gers i Dave Murray oraz basista - Steve Harris), to zaczynał się Wicker Man. Już podczas trwania tego utworu było wiadomo, że zarówno zespoł jak i publika byli w formie. Czemu pisze "i publika" otóż wg. mnie płyty koncertowe muszą mieć swoją magię, różnić się od nagrań studyjnych, a współpraca z publiką daje właśnie to trudne do opisania "coś". Po tym przeboju Iron Maiden zagrali kolejne dwa utwory z ostatniego albumu - Ghost Of The Navigator oraz "profetyczny" Brave New World, który przestrzega nas, że niedługo ludzie nie będą mieli po co żyć, bo stracą wszystkie wartości. Po tych nowościach Maideni zagrali dwa starsze utwory - Wrathchild i Two Minutes To Midnight po czym powrócili do nowszych piosenek. Pierwszą był zadedykowany publiczności Blood Brothers, który został świetnie zaśpiewany przez Bruce Dickinsona i fanów. Po tej balladzie Harris i spółka zagrali piosenkę z albumu Factor X - napisany pod wpływem książki Umberto Eco (Imię Róży) Sign Of The Cross. Fani bardzo się obawiali tego, co będzie gdy Bruce zacznie śpiewać utwory, które oryginalnie śpiewał Blaze Bayle. Jednak najlepszy w historii IM wokalista pokazał talent. Jego interpretacja Znaku Krzyża była krótko mówiąc świetna. Tego dnia w Rio zespół zagrał jeszcze dwie piosenki z nowego - starego albumu. Pierwszą był The Mercenary, który zostawił po sobie dobre wrażenie, oraz Dream Of Mirrors, o którym za chwilę. Gdyż przed nim był jeszcze The Trooper - kolejny utwór z czasów prehistorii, poświęcony żołnierzom którzy walczyli pod Bałakławą w czasie wojny krymskiej w XIX wieku. Kolejnym utworem jest wspomniany Dream Of Mirrors, którego słucham w tej chwili (a właściwie słuchalem bo już się skończył). Jest to świetna ballada (jak większość piosenek na Brave New World), jednak to co zwróciło moją uwagę to to, że Bruce musiał przypominać by fani śpiewali razem z nim, bo rzeczywiście zaspali trochę. Lecz nie ma co się dziwić gdyż koncert zaczynał się po północy. Wspomnianym utworem, którego właśnie solówkę Janick'a Gers'a słyszę jest The Clansman. Jest to piosenka opowiadająca o wolności, została ona napisana pod wpływem filmu Braveheart oczywiście przez Stevea Harrisa (który napisał zresztą ponad 80 procent utworów Iron Maiden). Podczas słuchania tego utworu parokrotnie chciałem razem z Brucem wyśpiewać Freedom, freedom! (Wolność, wolność). The Evil That Men Do to kolejna propozycja brytyjczyków. Piosenka z płyty Seventh Son Of A Seventh Son, obudziła nieco zaspanych już fanów, tylko po to by podczas następnej piosenki według mnie nawet najlepszej na tej płycie mogli pokazać na co ich stać. Tą piosenką jest Fear Of The Dark. To co się dzieje podczas tej piosenki jest trudno opisać. 250 tysięcu gardeł w jednym momencie tworzących jedność. Mimo wszystko żałuję, że Bruce Dickinson nie pozwolił fanom zaśpiewać całej tej piosenki. Ostatnią zaplanowaną piosenką okazała się Iron Maiden. Po nim gentlemani zeszli ze sceny na którą po kilku minutowej przerwie powrócili na bisy. Tu zauważyłem, a raczej usłyszałem, że materiał został źle zmiksowany. Otóż w rzeczywistości zespół powrócił jak już wspomniałem po kilku minutach, a na taśmie trwa to zaledwie dziesięć, pietnaście sekund. Wiem, że dla zwykłej osoby jest to normalne i dobre posunięcie, ale ja nie jestem normalny i chciałbym przeżyć to oczekiwanie w napięciu, chóralne śpiewy razem z uczestnikami koncertu. Po powrocie Iron Maiden zagrali The Number Of The Beast - który wyszedł dobrze, lecz nie genialnie. Po nim odśpiewane zostały utwory Hallowed Be Thy Name (Jedna z najlepszych piosenek koncertu. Wykonanie lepsze niż na albumie. Dla zainteresowanych opowiada ona o życiu człowieka, który wie, że niedługo będzie musiął przenieść się do innego - lepszego świata) i Sanctuary (niezła zabawa Bruca i fanów). Na samym końcu na fanów czekała wielki hit - Run To The Hills - chyba najważniejszy w historii zespołu. Opowiada o smutnej sprawie - najeździe konkwistadorów na indian. Jest to historia ukazana od strony indian i najeźdźców zza oceanu. Jak łatwo się domyśleć na zakończynie wszyscy uczestnicy koncertu wydusili słowa z poździeranych gardeł, by większość osób, która wypowiadała się na temat tej płyty mogła powiedzieć, że jest to najlepsza piosenka z tego koncetrtu.

Reasumując, tych którzy zdecydują się wydać troche pieniędzy na tą płytę (a ceny są różne, gdyż istnieje ok 5 różnych wersjii płyty: na kasecie, na CD, na CD wersja japońska, na CD z trójwymiarową okładką, na czerwonym winylu. A w przygotowaniu są jeszcze wideo VHS i wersja na DVD ze specjalną wersją dźwiękową, ogromną ilością zdjęć itp. A singlem promocyjnym okazał się Run To The Hills, który jest dostępny w trzech lub czterech wersjach!), ale w zamian za to spotka ich prawie dwie godziny żywej muzyki! Charakteryzuje się ona melodyjnością, w miarę duża dawką mocy i ową "magią" o której wspominałem na początku. Można jedynie żałować, że nie było paru ważnych utworów jak Afraid To Shoot Strangers, Wasted Years czy Aces High. Jakość monażu jest niezła, choć jest kilka niedociągnięć szczególnie w Fear Of The Dark. Znawcy Ironów i tak rozpoznają, który gitarzysta gra którą partię, mimo iż sekcje rytmiczne jak solówki są pomieszane. Głównie solówki poprzejmował Janick Gers, który znany jest z tego, że nie trzyma się nut jak Adrian czy Dave i często przyspiesza zostawiając perkusje i resztę zespołu i potem musi improwizować, co bardzo uatrakcyjnia grę (tak jest między innymi w Two Minutes To Midnight i Hallowed Be Thy Name). Świetną partię rozegrał też perkusista Nicko McBrain. Szkoda, że wycięto część tekstów Bruca, który dosyć często zagadywał do fanów. Porównując Rock In Rio do ostatnich, najważniejszych albumów koncertowych trzech gigantów heavy metalu: Iron Maiden, Metallici i Halforda. Najlepiej wypadła moim zdaniem właśnie opisywana płyta, choć tuż za nią czai się Live Insurrection Halforda, zostawiając dzieło Metallici i orkiestry symfonicznej z San Francisko (S&M) w tyle (co nie znaczy, że jest to słaba płyta). Pozostaje tylko czekać na kolejną płytę made by Harris & spółka, która ma się ukazać jeszcze we wrześniu. Up to the Irons!

Ocena: 10/10


© The LasT Child