*** Black Sabbath - "Sabbath Bloody Sabbath" ***


Ta płyta poraża! Tylko że niekoniecznie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli...

Black Sabbath zawsze kojarzony był z muzyką skrajnie prostą, bazującą na utartym schemacie, surowym brzmieniu i charkterystycznym wokalu. Z tych cech na "Sabbath Bloody Sabbath" pozostał tylko owy niepowtarzalny wokal ...

Tak! Kiedy ukazała się poprzednia płyta : "Vol 4" wiele osób uznało, że Black Sabbath odchodzi za daleko od swoich hardrockowych korzeni. Że usilne wzbogacanie muzyki doatkowymi efektami wynaturza ten zatopiony w bluesrockowej rzece kwartet. Jednak panowie z BS postanowili, że grać będą tak jak oni chcą, a nie tak jak chcą tego inni ...

... i złagodnieli. Nie można zaprzeczyć - płyta "Sabbath Bloody Sabbath" jest o wiele łagodniejsza od pierwszej "Black Sabbath". Pomimo to, ciągle jest dobra. Ostatecznie "inny" nie zawsze oznacza "gorszy". Kompozycje zawarte na "SBS" są bardzo melodyjne. Został jeszcze posmak ciężkich riffów [głównie w utworze tytułowym], ale pojawiły się też dziwne utwory w stylu "Killing Yourself To Live".

Dobrym reprezentantem płyty jest "Fluff". Kiedy przyrównać go do wcześniejszej instrumentali Sabbathów - "Rat Sallad" [z płyty "Paranoid"] widzimy, w którą stronę zespół ewoluuje. "Fluff" bowiem brzmi jakby melodia z pozytywki i na prawde nie wiele ma wspólnego ze znanymi dotychczas Wyspiarzami ... tym bardziej że "odchudzony" został o głos Osbourne'a. Za to jest bardzo melodyjny i taki jakby ... piękny. Tyle, że to określenie jakoś mi nie pasuje do Black Sabbath...

Tak więc gitary zeszły na drugi plan, melodia wzięła górę nad ciężkimi riffami a Ozzy niezmiennie wykonuje swoje partie wokalne z niebywałą monotonicznością unikalnie nasyconą emocjami... zestawienie co najmniej dziwne, ale w przypadku tego akurat zespołu, mało co jest jasne i zrozumiałe.


© +iommi+