*** Kac? No thx. ***
Rano budzi mnie kac. W pokoju porozpieprzane rzeczy i zarzygany TV. Co ja wczoraj piłem...(?) Pamiętam, że jarałem jakieś gówno i zrobiło mi się niedobrze, a że tivi stało nieopodal mnie... - trzeba będzie to sprzątnąć. Impreza - z takich jak ta opisana powyżej dawno zrezygnowałem. Pewnie wielu z was dobrze zna ten scenariusz z chlaniem do nieprzytomności i kacem jak skurwysyn. Szczerze mówiąc, aż tak źle to ze mną nigdy nie było. Owszem, zdarzały się ostre popijawy, ale po pewnym czasie zacząłem sobie uświadamiać, że sprawia mi to coraz mniejszą przyjemność. Od narkotyków trzymam się z daleka, ze dwa razy paliłem tylko mary jane (wszystkiego trzeba w życiu spróbować). Zresztą dużo lepiej się bawię przy muzyce. Jak jestem w nastroju to mam taką fazę, że czacha dymi. Przestałem dawać w palnik na każdej imprezie jaka mi się trafia. Zainicjowałem imprezkę dla ludzi, których łączy muzyka. To było z jakieś trzy latka temu, pamiętny rok 99, stare millenium ;) Wcześniej łaziłem na różne spotkania, zloty itp. ale to nie miało w sobie takiego potencjału jak metalowa impreza. Najpierw chciałem coś wynająć, ale w końcu wybór padł na dom kumpla (pozdro waspper :) Dogadałem się jeszcze z lokalną rozgłośnią radiową żeby napomnęła coś o imprezie. Pomyślałem, że fajnie będzie jak oprócz kumpli zjawią się inne ludziska. Nowe znajomości, wymiana płytek itd. O dziwo przyszły tylko 4 osoby (ludzie nie bójta się zawiązywać znajomości) - to niewiele jak na ponad 130 tys. miasto. A na imprezie...
Było tych czterech gości (hi dziku, elo przemek), ja i czterech moich kumpli (w tym 2 kumpelki :) - w sumie 9 osób. Zajebiaszcze nagłośnienie i browar (browar i NIC więcej) ofkoz. Mireczek i ja załatwiliśmy muzykę i światło. Udało nam się uzyskać ciekawy klimat średniowiecza (middle age rulzzz) przeplatany ze swojską współczesnością. W odtwarzaczu leciały głównie: Metallica (Ride, Black, Justice), Judasi (Painkiller, Ram it Down, Screaming), Helloween (Keeperzy) oraz pare młodszych zespołów (Iced Earth, Symphony X, Apocalyptica). Po takim piwku siedziałem sobie w ulubionym (od tamtej pory) fotelu wraz ze wspaniałymi ludźmi, wchłaniając kolejne dBele najlepszego europejsko-buraczanego metalu. Oczywiście w pieszczotliwym tego słowa znaczeniu. Po drugim pifku zaczęliśmy wspólnie recytować Creeping Death - DIE DIE DIE DIE DIE (tjak jak nja kjoncertach), a potem UUUAAAAA DIE <motherfucker die> BY MY HAND I CREEP ACROSS THE LAND KILLING FIRST BORN MAN (...) Klimacior był niesamowity. Cała imprezka zapoczątkowała tzw. 'balls to the wall' (c) czyli okres od maja do września, kiedy podobne imprezy były urządzane co tydzień-dwa. Z czasem chcieliśmy trochę poexperymentować i tworzyliśmy superspecyficzne klimaty black albo power gdzie dominował dany typ metalu. Efekt? Przy najmroczniejszym spotkaniu gdzie naparzał prawie non-stop black metal czasami tylko przeplatany gotykiem odwiedziła nas policja z zapytaniem czy jesteśmy szatanami z jakiejś sekty :D W sumie największym problemem było skombinowanie lokalu na imprezkę - w zwykłym bloku nie można było nic zrobić bo ludzie by nas zjedli. Poza tym czasami tak dawaliśmy czadu, że potem przez 0,5h chodziliśmy prawie kompletnie głusi.
To by było na tyle dobrych wspomnień. Dlatego zamiast tracić czas na zwykłych popijawach gdzie przychodzą prócz fajnych ludzi menele i buraki, warto wybrać się na takie metalowe party. Polecam w szczególności puścić sobie Harvester of Sorrow albo Creeping Death - przy tych utworach człowiek się odradza (ja odkryłem te dwa kawałki na nowo po raz 4). Aha i pamiętajcie - stare przysłowie pszczół (tych anglojęzycznych) mówi: There are far worse things awaiting man than death (naprzykład utrata słuchu ;)
PS: Do zobaczenia na SmashFest 2002 w Ustroniu Morskim. Gdyby ktoś się tam wybierał to niech da znać:
goq@wp.pl
(c) goque