*** Muzyka i dusza ***
Pewnej soboty, która miała miejsce jakieś dobre pół roku temu, włączyłam VivaPolska na TVN. Nic w tym dziwnego, zważywszy na mój wiek [szczytne 13 lat]. Akurat leciało "Chop Suey!" Systemu. No i akurat moja mama była w pokoju. Nic w tym dziwnego, zważywszy na to, że telewizor jest w dużym pokoju. Moja mama wyraziła niepochlebną opinię o tego rodzaju muzyce. Jednak były to słowa, które już chyba na zawsze zapamiętam. A brzmiały: "Taka muzyka "wydziera duszę". Ciekawe. Mama lubi różne utwory fortepianowe i te jakieś Szopen i jakieś tam. Na szczęście nie jest też odizolowana od bardziej popowej muzyki. Na przykład lubi Robbiego Williamsa i Shakirę i Cohena. No ale to nie tekst o upodobaniach muzycznych starszych obywateli Polski. Mnie Szopen i jemu podobni nudzi. I mówią, że ta muzyka pomaga się wyciszyć. Możliwe. Ale nie zapomnieć, oderwać się choć na chwilę od rzeczywistości. A kiedy słyszysz tą nostalgiczną, smutną [no bo nie wesołą, nie?] muzykę to tylko rozpamiętujesz przykre chwile. I niektórzy ryczą i klaskają uszami do taktu spadających łez. A czy ktoś lubi płakać? No, chyba że ze szczęścia. Ale rzadko to się zdarza. A rock czy metal? Dajesz walkamana lub discmana [lub mp3mana] na full. A jak nikogo nie ma w domu to TV lub PC. I co? Wszystko zagłusza. Nic nie czujesz. Wsłuchujesz się w tekst, w to co chce ci powiedzieć piosenka. Albo w muzykę, w perkusje, która jest jak wulkan, w elektryczną gitarę, która daje czadu do nieprzytomności. Wtedy można zapomnieć i wchłaniać piękno. A tak rozczulasz się nad sobą i jest jeszcze gorzej. Owszem, gdy zapomnisz gorszy jest powrót do rzeczywistości. Ale to czasem jest lepsze. Tekst w utworze rockowym też czasem jest smutny. Ale wtedy liczy się również odpowiednie ubranie go w muzykę i dźwięki. Czy rock może człowieka doprowadzić do rozpaczy? Chyba tak. To od kilku czynników i jest tego kilka rodzajów. Teoria numer jeden. Kiedy słyszysz jak muzyka, której aktualnie słuchasz kipi od energii, rozpaczasz dlaczego nie może być tak zawsze? Bo to już inna sprawa, kiedy nie masz w uszach dźwięków, które wprawiają cię w rodzaj "euforii" [nie lubię tego słowa, ale akurat to mi przyszło do głowy]. Możesz mieć tylko złudzenia i opowiadać znajomym o wyjątkowości danego utworu/ zespołu. Teoria numer dwa. Nie znam osobiście ludzi, którzy popłakali się słuchając metalu. Słyszałam jednak, głównie na czatach i listach dyskusyjnych o takich przypadkach. Jeden wyraźny przykład jaki pamiętam to zespół Nine Inch Nails. Sama nigdy nie słyszałam żadnego z ich utworów, a znam przeróżne opinie. Opinie znam z Internetu, nie z mojego środowiska, bo moja klasa to nie za bardzo kapuje co to jest rock i metal, oprócz jednego fajnego gościa i jednego je****** szpanera. Ale o tym może kiedy indziej, w innym tekście. Teoria numer trzy. Bardzo prosta sprawa. Bierzemy jeden dramat-tragikologiczno-psychologiczno-wzruszający [najlepiej przemoc w życiu codziennym] i pokazujemy go jakiemuś/ jakiejś wyjątkowo wrażliwej na ludzki ból i uczucia i trochę mięczakowatemu/ mięczakowatej. Na końcu filmu puszczamy coś rockowego. Osoba jeśli jest dobrze wybrana i jeśli utwór jest dopasowany na pewno się rozklei. Tylko będzie się rozczulać nad krzywdą ludzi, a nie nad utworem, ale cóż z tego skoro i tak płacze w trakcie kawałka? Inaczej jest z utworami symfonicznymi i tym podobnymi. Wiem, że zgrabnie połączone dają świetny efekt [nie dla mnie, dla słuchaczy]. I co delikatniejsze kobiety mogą się popłakać. Na pewno w przypadku muzyki klasycznej wzruszyć odbiorcę jest łatwiej niż poruszyć fana metalu.
Chciałabym napisać coś fajnego w PS. Ale nic mi do głowy aktualnie nie przychodzi. No więc [mam nadzieję] do rychłego zobaczenia.