"The World is changed. I feel it in the water. I feel it in the earth..."

      W ten sposób zaczyna się pierwsza część trylogii J.R.R. Tolkiena, a zarazem początek filmu "Drużyna Pierścienia" (The Followship of the Ring). Kim był wymieniony wcześniej facet? Wielu uważa, że Bogiem. Ale on sam mówił o sobie bardzo skromnie i był żarliwym katolikiem, więc ta teoria jest raczej błędna ;) Natomiast, określenie ojciec fantastyki jest trafne. Nauczyciel z Oxfordu, czyli Tolkien, był świetnym bajarzem. Tę sprawność wykorzystywał przy dzieciach w swoim domu, opowiadając historie pewnego "rabbita". Tak, tak. Słowo "hobbit" pochodzi od mylnie napisanego "rabbit". Nie wiem jakim stylem pisał Tolkien, ale mógł uważać się za szczęściarza, że tak je odczytał, bo parę lat później napisał książkę właśnie tak zatytułowaną. Hobbit, bo o nim mowa, stał się hitem. Dlatego Tolkien zabrał się do pisania drugiej książki. był nim "Władca Pierścieni". Tym razem główną rolę odegrał w niej bratanek bohatera z "Hobbita"- Frodo Baggins. Okay, dość tych lekcji o Tolkienie. Czas na właściwą część mego arta...
      Film na który czekałem od prawie roku, film który zawładną moją duszą. Brzmi jak dziennik psychopaty, no nie? Ale tak właśnie wyglądałem jak wyszedłem z kina. Oczy wielgachne, za łzawione, a twarz jakby u Fox Moldera, gdy się dowiedział, że obcy nie istnieją. Byłem zszokowany i niezwykle uradowany. Tak zadowolony nie byłem od czasów, pierwszego epizodu Gwiezdnych Wojen. Baa, nawet on nie dostarczył mi takich wrażeń jak Lord of the Ring. Może zacznę od początku.
      Dzieło zaczyna się, pokazując scenę wybicia 19 Pierścieni i jednego Rządzącego. Każdy z nich miał ogromną moc władzy nad krainami Śródziemia, ale tylko jeden mógł zawładnąć nimi wszystkimi. Był to Pierścień Saurona, który okiełzał moc wszystkich magicznych Pierścieni. Wytoczył wojnę całemu światu. Chociaż był wszechmocny, przegrał ją tracąc swój Pierścień, który później przepadł...
      Wiele lat później dostał go niejaki Bilbo Baggins, który później zostawił go swojemu bratankowi w spadku. Jeśli ktoś nie widział filmu, dodam tylko, że Bilbo zostawił swój majątek Frodowi, nie dlatego bo umarł, ale bo wyruszył na ostatnią wyprawę. Nie będę dokładnie opisywał fabuły, bo byłoby to trochę nie fair, ale mogę chyba dodać, że posiadanie Wielkiego Pierścienia wiązało się z olbrzymimi wyzwaniami. Czy Frodo im podoła? Na to pytanie częściowo odpowiada "Drużyna Pierścienia", ale całkowitą odpowiedź znajdziemy w kolejnych epizodach.
      Czemu ten film wywarł na mnie takie wrażenie?
      Po pierwsze, efekty specjalne. To jego mocna strona. Trudno się dziwić czemu jest on tak drogi. Na uwagę zasługuję początkowa "bitwa o Pierścień". Wszyscy zostali tam wykreowani przez komputer, a jednak są jak prawdziwi. Warto pamiętać, że efektem specjalnym jest także to, że hobbici wyglądają dwa lub trzy razy mniejsi od elfów. Chciałbym zobaczyć minę Tolkiena oglądającego ten film.
      Po drugie, wspaniała charakteryzacja i rekfizyty. Zauważalne są wtedy, gdy patrzymy na bronie obsługiwane przez drużynę. Według mnie wyglądają one jak prawdziwe (niektóre nawet były ;). To bardzo pomaga w odebraniu filmu. Przecież większość z nas, czytając książkę, wyobrażała sobie wszystko inaczej. To na pewno bardzo pomaga w zaaklimatyzowaniu się w przygodzie. Perfekcyjnie wyglądają też Nazgule. Wyglądają na prawdę przerażająco i mają straszliwy głos (zupełnie jak moja pani od polskiego... :). Ładnie wyglądają też inne stare przedmioty. Kiedy np.: pokazane jest miasto elfów- Rivendel, widać na słupach rdze i mech.
      Po trzecie, aktorzy. Grają oni rewelacyjnie. Podoba mi się podejście do pracy z takim entuzjazmem. Oglądając drużynę walczącą z potworami, wydaje się, że masz do czynienia z prawdziwymi wojownikami. Mimika twarzy, naturalne zachowania, które podkreślają człowieczeństwo bohaterów, są bardzo przekonujące. Trudno oderwać się od filmu patrząc na taką grę . Szczególnie świetnie są zagrane sceny tragiczne. Widać wtedy uczucia i często łzy pochodzące prosto z duszy i serca aktorów. Nie powinien zdziwić Was fakt, że pod koniec "Władcy" ludzie wychodzi zapłakani. To co prezentują nam postacie z filmu są przekonujące i pozostają w psychice ludzkiej. Wierzcie mi, bardzo trudno zapomnieć nie które sceny. Są one tak wyśmienicie ukazane.
      Po czwarte, muzyka. Mało o niej mogę powiedzieć. Właściwie tylko tyle, że jest dobra, ale schematyczna. Tematy często się powtarzają, więc nie jest ona rewolucyjna. Jest w niej jednak, jeden utwór, który głęboko zostaje w pamięci- "May it by". Wspaniała muza ;). Zamiast brać aspirynę lepiej ją posłuchać :).
      I to by było na tyle. Mam nadzieję, że spodobały Wam się moje odczucia z filmu "Władca Pierścieni". Gorąco zapraszam na oglądnięcie filmu lub wypożyczenie kasety wideo :). Ewentualnie DVD. Jednym słowem "Niech się stanie".

Ti-mon Legolas

>>Powrót do AMFILM<<