Nie rób tego!

Spis Rzeczy :

- Odkrycie Persepolis
- Ofiary Boga Deszczu

Biografie:

- Hannibal

"Odkrycie Persepolis"
W pierwszych latach XVII wieku żył kupiec Neapolitański Pietro della Valle. Ziomkowie nazywali go Il Pellegrino (pielgrzym), ponieważ wiele podróżował. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Pietro odbywał dalekie wyprawy nie w celu zdobycia drogocennych materiałów dla wzbogacenia się, lecz z powodu... zawodu miłosnego!
Wyprawa do Jerozolimy stała się początkiem jego barwnego i urozmaiconego życia podróżniczego. Włoch zwiedził wiele miast: Kair, Konstantynopol, Wenecja i inne. Na drodze napotykał różne niespodzianki, którym musiał stawić czoła. Jednak sławę przyniosła mu dopiero wędrówka przez Mezopotamię.
Pewnego dnia krocząc przez dawne ziemie imperium perskiego, w odległości ok. 60 kilometrów od miasta Sziraz (Shiraz - w dzisiejszym Iranie), Pietro natknął się na jakieś ruiny, o istnienu których nigdy wcześniej nie słyszał. Ukazał mu się obraz przejmujący grozą. W kotlinie otoczonej skalistymi pagórkami widniały tarasy z prowadzącymi na nie schodami, zniszczone kolumny, poszczerbiałe mury, a przede wszystkim ogromne, kamienne lwy pilnujące całego kompleksu. Wszystko wskazywało na to, że była to pozostałośc po potężnym niegdyś mieście.
Pietro della Valle przemierzając pozostałości rozciągające się na przestrzeni kilkuset metrów, natknął się na wydrapane w kamieniach tajemnicze znaki. Były to rzędy piononwych i poziomych kresek, czyli starożytne pismo klinowe. Neapolitańczyk przywiózł odbitki do Europy, gdzie wywołały wiele sporów na temat ich znaczenia. Co do samych ruin, trafnie stwierdzono, że są to pozostałości Persepolis, stolicy państwa perskiego, założonego w VI wieku przed naszą erą przez Cyrusa - zdobywcę Babilonu. Wieloletnie badania nad sprowadzonym pismem klinowym potwierdziły "tożsamość" znaleziska.
Imperium Perskie przetrwało zaledwie niecałe 200 lat, a Persepolis było bardziej centrum ceremonii religijnych i państwowych, a niżeli jego faktyczną stolicą. Najważniejszą budowlę grodu stanowił pałac królewski. Niestety, wspaniały gmach "poszedł z dymem" zaraz po tym, jak Alexander Macedoński zdobył miasto i podbił państwo perskie. Do dziś zachowały się dwie teorie dotyczące przyczyny pożaru (w przeszłości z pewnością było ich więcej). Pierwsza mówi o celowym podpaleniu budynku na rozkaz samego Macedońskiego, kiedy ten po pijackiej ordze nie panował nad swoim umysłem. Według drugiej tancerka o imieniu Thais rzuciła podczas tańca płonącą pochodnię między drewniane kolumny pałacu. Podpici Macedończycy zaczęli ją naśladować i ciskali ogień gdzie popadnie.
Ocalałe części pałacu przetrwały jeszcze wieki. Po najazdach Turków i Mongołów zostały z niego tylko gruzy, o których szybko zapomniano. Dopiero w XVII wieku Pietro della Valle swoim odkryciem przypomniał Europie o dawnej świetności Persepolis.


"Ofiary boga deszczu"
Roku pańskiego 1885 Amerykanin Edward Thompson wraz z towarzyszami odkrył pozostałości Chichen-Itza - najpotężniejszego miasta Majów. Rozglądając się ze szczytu jednej z piramid-świątyń zauważył niewielki staw (przynajmniej tak to wyglądało z góry) - legendarne "święte jezioro". Tubylcy opowiadali o nim różne rzeczy. A to że woda zamienia się w krew, to z toni wyłania się korowód płaczących niewiast. Cóż, mieli podstawy do snucia takich zabobonów. Toć przecież jego wygląd był bardzo ponury - ziejąca otchłanią jama wodna. Brzegi tworzyła spadzista ściana skalna wysokości ok. 20 metrów. Powierzchnię czarnej wody pokrywały liście, wodorosty i pnie drzew, a głębokość wynosiła 25 metrów. Nad brzegiem widniały ruiny ołtarza.
Thompson zastanawiał się nad znaczeniem słów pewnego biskupa : "Jeżeli kraj ten posiadał kiedyś złoto, to większa jego część powinna spoczywać na dnie jeziora Chichen-Itza".
Religia Majów była "łagodna" i prawie bezkrwawa. Swoim bożkom składano kwiaty, owoce itp. Zachodził jednak pewien wyjątek. Gdy nastawała pora bardziej sucha (nie można przecież mówić o suszy) kapłani, dla przebłagania boga deszczu - Chac-Mool - rzekomo mieszkającego na dnie jeziora, posyłali mu najpiękniejszą dziewicę jako narzeczoną.
Całą ceremonię można sobie łatwo wyobrazić. Kapłani, po odprawieniu modłów, wynoszą bladą ze strachu, młodą dziewczynę i kierują się ze świątyni w stronę jeziora. Po wypowiedzeniu próśb do bóstwa, rzucają dziewicę ze skarpy do wody. Ciszę przerywa przeraźliwy krzyk nieszczęsnej ofiary. Wraz z nią do wody posypują się klejnoty, biżuteria, złoto i przedmioty domowego użytku (wazy itp.).
Thompson był człowiekiem o wielkiej wyobraźni, więc nikt nie musiał go przekonywać o słuszności tej legendy. Amerykanin doszedł do przekonania, że nikt nigdy nie mógł wyciągnąć skarbów z dna. Postanowił być pierwszy. Potrzebował do tego celu specjalistycznego sprzętu, a co za tym idzie, dużych nakładów pieniężnych.
Wróciwszy z powrotem do Stanów rozpoczął akcję odczytową na uniwersytetach i kongresach naukowych. Po uzbieraniu odpowiedniej "sumki" rozpoczął naukę trudnej sztuki nurkowania w Bostonie. Po zakupie potrzebnego sprzętu powrócił na Jukatan. Najął kilku robotników oraz doświadczonego nurka narodowości greckiej, pracującego akurat na wyspie Bahama. I tak Thompson po raz drugi zjawił się w Chichen-Itza. Średnica jeziora wynosiła 70 metrów, tak więc niemożliwe było przeszukanie całej powierzchni dna. Jednak pomysłowy Amerykanin ociosawszy ciężki pień na wzór człowieka cisnął go do wody. W okolicach jego upadku musiały spadać ofiary i klejnoty, więc od tamtego miejsca rozpoczął poszukiwania. Na początku do plądrowania dna używał machiny zrzucającej wiadro na linie do wody i zbierające muł oraz to, co było w nim zawarte. Praca dłużyła się już kilka dni, jednak poszukiwacz nie wyciągnął nic prócz mułu, którego góra rosła w szalonym tempie. W końcu jednak natrafił na bryłki jakiejś masy żywnicznej. A za nią "posypały się" następne znaleziska - biżuteria, groty, wazy, noże i wiele innych. Zwieńczeniem dzieła było wydobycie szkieletu młodej dziewczyny. Thompson triumfował!
Dalsze poszukiwania Edward postanowił prowadzić na dnie osobiście w stroju nurka. Jak podaje jego notatnik, chłopcy obsługujący sprzęt, z grobową miną i smutkiem na twarzy żegnali Amerykanina. Nietrudno się domyśleć, że byli na 100% pewni, że badacz już z tamtąd nie powróci. Tak czy inaczej, razem z greckim kolegą udał się na dno ciemnego jeziora. Wydobyli na powierzchnię resztę przedmiotów, których nie dało rady wyciągnąć wiadro: paciorki, czary, posążki, tarcze, a przede wszystkim czaszki młodych kobiet. Znaleziska były w większości porozbijane na kawałki. A to dlatego, że Majowie wierzyli, iż przedmioty mają duszę. "Zabijali" je więc przed zatopieniem. Wśród wszystkich czaszek Thompson dokonał intrygującego odkrycia: znalazł czerep wyraźnie należacy do jakiegoś starca. Kto był jego właścicielem? Kapłan? Niemożliwe, kroniki nie wspominają nic o ofiarach z duchownych. Ten człowiek mógł zostać wrzucony do wody przez najeźdzców, jednak jego los musieliby podzielić także inni mieszkańcy miasta, a tak się nie stało. Najprawdopodobniejsza jest teza, że w ślad za dziewczyną podążył jej zrozpaczony ojciec.
Hannibal

Jeden z najsłynniejszych wodzów starożytności, człowiek wyjątkowy. Doskonały przydówdca i strateg. Całe swe życie poświęcił walce z Rzymianami.
Hannibal urodził się w fenickim mieście Kartagenie (Carthaginian). Był synem Hamilkara Barkasa. W roku 221 p.n.e. został przywódcą armii punickiej w Hiszpani. Do jego największych osiągnięć należy przeprowadzenie słoni bojowych przez Alpy do Włoch nie ponosząc większych strat. Zginęło wówczas kilka słoni. Za to większe straty odnotowano w ludziach: ok. 18 000 wojowników i 2000 koni. Większość z nich poległa na skutek zsuwających się lawin.
Hannibal walcząc z Rzymianami odnosił ważne zwycięstwa (między innymi bitwa pod Kannami), jednak nie zdołał ostatecznie pokonać państwa rzymskiego. Jego wojsko wycofało się z Italii 203 roku p.n.e., a rok później armia poległa w bitwie pod Zamą. Mimo to Hannibal nie poddawał się. Ukrywał się w Rzymie przygotowując odwet, jednak został zdradzony i uciekając z miasta popełnił samobójstwo.