WYZNANIA ODRZUCONEGO
W niniejszym artykule chciałem przedstawić historię swej miłości do pewnej
dziewczyny, która na moje nieszczęście skończyła się dla mnie tragicznie (na
szczęście nie dosłownym znaczeniu). Pisząc teraz ten text zastanawiam się nad
jednym - dlaczego pomimo ogromnego poświęcenia się dla swej luby nie
odwzajemniła mi tego najwspanialszego uczucia jakim jest miłość oraz brutalnie
mnie odrzuciła. Wszystko zaczęło się we wrześniu 1999 roku, gdy rozpocząłem
karierę licealisty w jednym z gdyńskich ogólniaków. I wtedy gdy ją zobaczyłem
(miała bardzo długie, brązowe włosy i niebieskie oczy) zakochałem się w niej od
pierwszego wejrzenia. Na imię jej było Kasia. Po pewnym czasie deklarowałem jej
chęć pomagania jej, (była bowiem zamknięta w sobie i nieśmiała) gdyż nauka jej
nie szła rewelacyjnie. Pod koniec pierwszej klasy wyraźnie odczuwać zacząłem do
niej miłość, gdyż ona mogła nie zdać. Wówczas chciałem ją ocalić przed tą czarną
perspektywą przyszłości, lecz sam (z własnego lenistwa) też miałem zagrożenia.
Bałem się rozstania z nią - i to przez dwa ostanie miesiące 1 klasy spędzało mi
sen z powiek. Wiedziałem że jestem przywiązany do niej, siedziałem przecież z
nią. Modliłem się nawet w jej intencji, by zdała. Prośby me zostały wysłuchane -
zdała. Lecz wciąż nie wiedziała, że ją kocham. Bałem się, odrzucenia mnie przez
nią, gdybym wyznał swą miłość. W wakacje ze sobą się w ogóle nie
kontaktowaliśmy. Druga klasa (konkretnie 1 semestr) minął podobnie pod względem
odczuwanej miłości do niej. Drugi semestr miał być dla mnie prawdziwym szokiem
pod względem ilości wydarzeń. w dzień moich urodzin pierwszy raz odwiedziła mnie
(uczyłem jej obsługi Nortona Commandera)W kwietniu znów miała zagrożenia i
chciałem jej pomóc, ale ona podąsała się na mnie (do dziś nie mogę zrozumieć
tego) i pokłóciliśmy się. Pokój zawarliśmy w dwa tygodnie później. Wówczas, gdy
dostała 4 z kolei jedynkę z chemii, zgodziła się na pomoc. I pomogłem jej -
uratowałem swoją ukochaną, z zagrożeń z chemii, historii i matmy.
Wszystko zakończyło się jak w bajce (prawie - gdyż nadal nie wiedziała, że ją
kocham). Ale swą miłość i oddanie udowodniłem jej - byłem z tego niezmiernie
dumny. Wakacje 2001 roku były jednymi z najlepszych w mym życiu - spędzałem je z
nią. Z dnia na dzień coraz bardziej miłość do niej mnie pochłaniała. Gotów byłem
zrobić dla niej wszystko, paść na kolana przed nią, nawet oddać za nią życie.
Specjalnie dla niej z netu ściągałem utwory jej ulubionych zespołów. Stałem się
niewolnikiem miłości, zacząłem cierpieć z jej powodu, co noc przywołując jej
imię i łzami zalewając się. Wciąż nie miałem odwagi powiedzieć, że ją na zabój
kocham - bałem się, że mnie odrzuci. Jeśli chodzi o wzajemnie relacje to one
układały się świetnie. Miałem nadzieję iż mój związek z Kasią przetrwa w formie
przyjaźni na zawsze. Lecz 18.08.2001 pozostanie w mej pamięci do końca życia.
Jej matka (kobieta starej daty zresztą) zrobiła mi wykład na temat zasad
moralnych i etycznych. Dała mi do zrozumienia, że nie jest mi pisana długa
znajomość z moją ukochaną (do matury w 2003 roku najwyżej. I za to co zrobiłem
dla jej córki w taki sposób się do mnie zwróciła. Ten dzień mógłbym też określić
jako początek stopniowej bo półrocznej destrukcji mojej przyjaźni z Kasią. Lecz
w tym czasie kochałem ją z dnia na dzień coraz bardziej, mimo, że było już widać
iż nasza przyjaźń układała się coraz gorzej. Ona sama zakochiwała się w innych
chłopakach, nie wiedząc nadal, że ją kocham, podczas gdy wszyscy inni o tym
wiedzieli z wyjątkiem jej matki. 1 lutego była gościem na mojej 18-stce. Lecz
potem nastąpiło cos, co miało nastąpić już wcześniej, znacznie wcześniej. W
końcu miałem na tyle odwagi by jej wyznać swą miłość. I wówczas nastąpił ten
koniec, którego preludium był 18 sierpnia. Zgodnie z moimi przewidywaniami
ODRZUCIŁA MNIE, brutalnie obdarła mnie ze złudzeń. Efektem tego stała się
swoista wojna między mną a nią. W tym czasie uświadomiłem sobie iż poniosłem
największą w swym życiu porażkę, którą była nieodwzajemniona miłość.
Zbulwersowało mnie to, iż kochać potrafiła innych, a odwzajemnić mojego uczucia
to już w ogóle nie umiała. Właściwie jej na mnie nie zależało, była przepełnioną
obłudą. W tym czasie odczuwać zacząłem nienawiść, której uczucie miłości zaczęło
ustępować. Porozumieliśmy się dopiero w dzień kobiet. Lecz to już nie było to
samo co przed "wojną". Tym razem już przestałem ją kochać, ale wciąż mi się
podoba. Nie zależy jej specjalnie na mnie. Mimo zaproszenia nie chce mnie
odwiedzić wciskając kłamliwe wymówki. Znaleźć zdołała już wielu innych
przyjaciół, traktując mnie jak jakiegoś płaza. Zrobiła się dumna odnosząc się do
mnie jak do sługi swego. Nie mogę do dziś zrozumieć, jak mogła być tak zimna,
tak bezduszna za to co dla niej zrobiłem i za to co do niej czułem.
Tym artem chciałem przestrzec innych adoratorów, którzy powinni się liczyć z
nieprzyjemnością odtrącenia przez swą lube.
R@di@t