RE: Opowieść o miłości

Wszystko zaczęło się jakieś 2 miesiące temu. Nie byłem sam, miałem qmpli (oczywiście zacofanych i niedojrzałych emocjonalnie (co ja tak z tą dojrzałością emocjonalną?!)). Jednego z moich najlepszych qmpli straciłem, a właściwie "rzuciłem", jeśli tak to można nazwać (NIE JESTEM HOMOSEKSUALISTĄ, JEŚLI CHCIELIBYŚCIE WIEDZIEĆ!!!). Po prostu nie był odpowiednim człowiekiem, zasługującym na miano mojego najlepszego qmpla (nie, nie przyjaciela. Qmpla). Miałem poglądy sprzeczne z poglądami "przeciętniaka" z mojego gimnazjum, o którym już pisałem. Nie szukałem przyjaciela, który byłby lekarstwem na moją ówczesną samotność. Wszyscy ludzie byli tam tacy... zwykli. Tacy jacyś normalni ludzie z jednego osiedla, którzy dla akceptacji otoczenia wsadzą 6 fajek naraz do ust i dla jednej marnej rozgrywki w tenisa stołowego zabiliby kogoś, kto ma do stołu takie samo prawo, jak oni. No, ale miałem pisać o miłości, więc kontynuuję. Właściwie uczyłem się średnio. Nie byłem cichy i samotny (jestem przecież najbardziej znaną i lubianą osobą w gimie), więc nawet mimo mojej woli - jestem prawie zawsze w centrum uwagi. W tamtych jakże zamnierzchłych czasach qmplowałem się z klasą równoległą do mojej, ale o innej literce :)

Podobała mi się tam pewna dziewczyna o wdzięcznym imieniu Monika. Wtedy bardzo, bardzo łatwo przychodziło mi powiedzenie dziewczynie, co czuję i nie ukrywałem tego, że mi się podobała. Okazało się miesiąc później, że zaglądając - jak co najmniej raz w miesiącu - w głąb swojej psychiki - dowiedziałem się, dlaczego. Ale o tym później. Monika była ładna, wyrozumiała... znaliśmy się miesiąc a ja nadal nic więcej nie mogłem o niej powiedzieć. Doszedłem do wniosku, że nie mam żadnej większej automotywacji, aby kontynuować tą znajomość. Jak wiele dziewczyn, miała przyjaciółkę...

Ta przyjaciółka miała na imię Iza. Zanim poznaliśmy się bliżej, postrzegałem ją jak "niepozornego nerwuska". Taka niziutka dziewczyna, fajna, ale strasznie nerwowa.

Jak codzień, czekałem aż obie po mnie przyjdą, żebyśmy w trójkę poszli gdzieś na wycieszkę po moim ukochanym Sosnowcu. WRESZCIE!!! To małe "Drynd" bylo jak zbawienie. Czekałem i czekałem na przyjazd windy a że mieszkam na 9 piętrze to sobie poczekałem :) Czekam, patrzę... a tu z windy wychodzi tylko Iza. Pomyślałem "Łał, jakaś ładniejsza niż zwykle"! Wyszlismy na wycieczkę po Sosnowcu i bardzo miło spędziliśmy czas. Już wtedy coś czułem, ale nie wiedziałem, co to. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że porwie mnie gorący wir bezkresnej miłości...

Wydaje mi się, że się przyjaźniliśmy. Po tym, jak straciła przyjaciółkę (śmiertelnie pokłóciła się z Moniką), potrzebowała kogoś, kto byłby najlepszym przyjacielem na świecie. Bardzo się starałem, aby takim być przyjacielem. Zadzwoniła i chciała pogadać o Monice. Nie miałem nic przeciwko temu. Następnego dnia przyszła i znowu długo rozmawialiśmy. Wtedy nastąpił punkt kulminacyjny. Przez 30 sekund patrzyliśmy sobie w oczy. Iza przysunęła się bliżej, ale pocałowanie jej było ostatnią rzeczą, jaką chciałem zrobić. Duże, oliwkowe oczy. Głębokie jak Bajkał, piękne jak raj. Wtedy już zaczynałem myśleć, czy ja się w niej nie zakochałem?

Następny dzień. Przyszła po mnie i jak zwykle poszliśmy odkrywać nowe ziemie Sosnowca. Zaproponowałem, żeby pójść do lasu na przedmieściach. Zgodziła się. Po drodze rozmawialiśmy o Monice, o naszych problemach, o której wstaliśmy i co mieliśmy na śniadanie. Padło pytanie: "Co Ci się ostatnio śniło?". Całkiem szczerze powiedziałem: "Śniło mi się, że poszliśmy do tego lasu i powiedziałaś, że jest piękny.". Usłyszałem tylko aprobujące "Hm...".

W lesie usiedliśmy na swoich kurtkach i przez 20 minut, bez przerwy patrzyliśmy sobie w oczy. Zrozumiałem, że zakochałem się w niej. Zakochałem się w jej włosach, jej oczach, jej ustach... Nie spałem po nocach, nie miałem apetytu... Tak. To była miłość...

I tak przez 2 kolejne dni wycieczkowaliśmy, dostałem od niej na walentynki wyrzeźbioną prezerwatywę z napisem "NOŚ MNIE", a zrewanżowałem się przesłodko pachnącym mydełkiem w kształcie serca.

I tego najważniejszego dnia, wieczorem poszliśmy do parku. Siedzieliśmy na ławce i jak zwykle patrzylismy sobie w oczy. Tego dnia miałem powiedzieć jej, co czuję.

Spytała się, jaka jest moja największa tajemnica. Przez kilkanaście minut miałem wątpliwości, czy jej powiedzieć. Dlaczego zawsze tak łatwo było mi to wyznać a teraz zabiłbym się, żeby tylko tego nie mówić?! Nie mogłem tego dłużej ukrywać...

- W moim życiu prawdziwie zakochałem się dwa razy. Pierwszy raz był kiedyś a drugi raz... a drugi raz w tobie...

Z miną konającego czekałem aż dostanę od życia kopniaka prosto w pysk. Usłyszałem tylko:

- Wiesz, chyba mam ten sam problem...

 

Przez najbliższe pół godziny szczęśliwi siedzieliśmy blisko siebie i patrząc sobie w oczy, wspominaliśmy nasz wspaniały początek...

 

***

 

"...Jeszcze na początku roku postukałabym się w czoło, gdyby ktoś mi powiedział, że Maciek będzie moim chłopakiem. Ale takich rzeczy naprawdę nie da się przewidzieć. Chyba prawdą jest, że dziewczyna i chłopak nie mogą się zaprzyjaźnić, zawsze któreś się zakocha: My na szczęście zakochaliśmy się oboje."

- To są słowa Agnieszki, która była jedną z bohaterek artykułu "Przyjaźń czy Kochanie" w "Victorze". Niestety nie zgodzę się z nią. Istnieje prawdziwa przyjaźń pomiędzy chłopakiem a dziewczyną, jednak jest to bardzo, ale to bardzo rzadkie zjawisko. Przyjaźń to jedna z ważniejszych wartości. Pokrywa ona się z miłością. Weźmy za przykład mnie i Izę. Jesteśmy przyjaciółmi, najbliższymi w tym momencie. Kochamy się, jednak zarazem się przyjaźnimy. Bo według niektórych ludzi jest albo przyjaźń albo miłość. A jak mówiłem, przyjaźń to tylko wartość, tak samo jak miłość. Mogą być obydwie naraz. Więc wykłady na temat przyjaźni i miłości są tutaj zbędne.

 

***

 

"Moim zdaniem, żeby przekonać się tak naprawdę, jak wiele znaczy dla nas przyjaźń czy miłość - to trzeba ja utracić, by to zrozumieć (...)"

- Słowa pana fenQ. Drogi panie kolego. Dobrze, że na początku tego zdania napisałeś "Moim zdaniem", bo inaczej bym Cię opieprzył (nie martw się, każdego to czeka :)) Wiem, że napewno nie zmienię twoich poglądów na temat przyjaźni, ale powiem jedno. Z jednej strony masz rację, a z drugiej strony nie masz. Ja kiedyś straciłem przyjaciółkę i dopiero wtedy zacząłem doceniać nie to słowo a tą wartość. Jednak jeśli starasz się być wartościowym człowiekiem, docenisz przyjaźń zanim ją stracisz, jednocześnie temu zapobiegając. To samo tyczy się miłości.

Oczywiście nikomu nie życzę utracenia przyjaźni, wręcz przeciwnie, znajdźcie prawdziwą przyjaźń lub miłość i cieszcie się nią, póki możecie...

 

Z lekka polemizował: Kompost. i fenQ

P.S. To chyba nawet nie była polemika ale tekst tego fenQa mnie poruszył i nie mogłem oderwać się od klawiatury, nie wytrzymałem, żeby czegoś nie napisać.