Już na samym początku zaznaczam, że nie jest to art o miłości do kobiety. A będzie to natomiast text o moim pobycie w Irlandii i o tym jak pokochałem to miejsce. I w sumie nawet nie wiem czemu.

Wyjazd ten został sfinansowany przez program Unii Europejskiej Socrates Comenius, więc niech nikt mi nie mówi, że UE jest zła. Z naszej klasy zostało wybranych 15 osób, a płaciliśmy tylko 400 zł, które podobno jeszcze nam zwrócą. Pierwszym plusem wycieczki jest wiec wielka oszczędność ( same bilet lotnicze to 1700 zł ) i oczywiście możliwość poprawienia umiejętności językowych. Po wyczerpującej podróży ( autobus do Warszawy, samolot na Heathrow, samolot do Dublina i autobus do Omagh ) dotarliśmy wreszcie na miejsce. W szkole czekali na nas nasi hosci, czyli uczniowie, u których mieliśmy mieszkać. I zaczęło się...

Wszyscy oczywiście bardzo mili, rodzina moja niesamowita i dość spora oraz wszyscy inni. Mieszkałem w miłym domku jednorodzinnym jakieś 15 min spacerkiem od centrum 40-tysięczengo Omagh. W całej Irlandii widziałem tylko jeden blok na przedmieściach Belfastu, no i w ogóle wszystko bardzo zadbane, oprócz gum na chodnikach. Na godzinę dziewiątą do szkoły, w ich zajęciach uczestniczyliśmy tylko raz, gdyż potem mieliśmy sporo innych zajęć, m.in. przedstawienie o założeniu Bydgoszczy, plakaty i prezentacje o Polsce, tańczenie Poloneza. Oprócz zajęć z naszym wkładem mieliśmy też sporo wycieczek - Belfast, Dublin, Derry, Giant's Couseway i bardzo bogata w walory edukacyjne ( i ... smakowe ) wizyta w Old Bushmils, czyli najstarszej na świecie licencjonowanej destylarni whisky. Tutaj muszę napisać, że Irlandczycy to strasznie niepunktualni ludzie ( do szkoły na 915 wyjeżdżałem o 910 i wszystko muszą mieć zorganizowane. Należy więc nagrodzić entuzjazm i umiejętności p. Czarnoty, czyli naszego teachera od angielskiego. To dzięki niemu do skutku doszły najlepsze wyjazdy, a zwłaszcza wyjazd do Dublina, który bardzo mi się spodobał. Zawalili natomiast nauczyciele, którzy mieli zajmować się naszymi nauczycielami, ponieważ przez cały pobyt widzieli ich tylko kilka razy.

Nasi hosci są rok młodsi od nas, ale odniosłem wrażenie, że są mniej "dojrzali", specjalnie pisze w cudzysłowach, bo zbyt dojrzali to my także nie jesteśmy. Ale za to byli na prawdę super kumplami ( z malutkim wyjątkiem), z którymi mieliśmy kupę zabawy. Zwiedziliśmy wiele pubów i dwie dyskoteki, próbowaliśmy wielu napojów mniej wyskokowych, ku rozczarowaniu niektórych, niż polskie. Pozdrowienia dla pana Guinessa ;-P Dzień św. Patryka to jedna wielka impreza. Bardzo często odwiedzałem kolegów z klasy u ich hostów, a w domu przebywałem w sumie mało. Tam wszyscy mówią sobie po imieniu, drzwi zostawić można otwarte na noc. Kompletnie inna kultura niż u nas. Zabawa była przednia przez cały czas, potworzyły się nawet pary, kilka rozrywkowych i jedna poważniejsza. Teraz coś, co było najlepszym podsumowaniem pobytu. Po całej nocy balowania o 230 w niedzielę udaliśmy się na dworzec autobusowy. I tam nastąpiła eksplozja emocji. Nie było chyba jednej osoby z Polski, która by nie uroniła łzy, a niektóre osoby to wylały ich całe morze. Przez 3 godziny jazdy do Dublina panowała grobowa cisza, po prostu totalny dół. Minęły już trzy męczące dni od powrotu, a ja nie mogę się przestawić na normalne życie i im więcej myślę tym bardziej chciałbym tam wrócić. To było jak obudzenie się z okropnie długiego i miłego snu. Cały wyjazd był tak wspaniały dzięki niesamowitym ludziom z naszej klasy i nie mniej niesamowitym Irlandczykom. Dziękuję Wam serdecznie.

Żegna i zaprasza do komentarzy nie mogący wrócić do rzeczywistości: jnqbus@poczta.onet.pl elbereth_githoniel@hoga.pl

Qbuś

P.S. kocham Was jak Irlandię.