Być albo nie być sobą? Oto jest pytanie...

 

                  Ten art został zainspirowany (podobnie jak moje wcześniejsze wywody) obserwacją otoczenia. Otoczenie moje jest bowiem bardzo różnorodne (sama się czasem dziwię, jak bardzo...). Z jednymi można pożartować, z innymi pójść na balety, a z jeszcze innymi dobrze się bawić na imprezie. Wszyscy jednak reprezentują sobą jakieś wartości, jedni większe, inni mniejsze, ale w sumie podobne. Wszyscy też lubią się zabawić (w końcu jesteśmy pełnoletni), pofajczyć (osobiście nie palę), popić ;), wykorzystać rozrywki jakie daje nam duże miasto. Wiadomo o co chodzi. Jesteśmy młodzi i chcemy się wyszaleć. Są oczywiście granice tego szaleństwa i każdy (prawie) je respektuje.

    Muszę przyznać, że trochę mnie to przeraża, jak to niektórzy łatwo i szybko nawiązują "dogłębne" znajomości. Właściwie, to już jakiś czas temu straciłam nadzieję na spotkanie kogoś o moralności większej od przeciętnego królika. Gdybym wtedy wiedziała, jak bardzo się myliłam...Do rzeczy. Ludzi poznaje się w różnych okolicznościach. Najlepiej znamy tych, z którymi najczęściej przebywamy (cóż za odkrywcze stwierdzenie - brawo!). Są to znajomi ze szkoły, osiedla itp. Anetę poznałam przez przypadek na zawodach szkolnych (gramy obie w siatkówkę). Jest rok młodsza, z wyglądu - atrakcyjna blondynka, wysoka. Chodzi do mojej szkoły, tylko dziwne, że wcześniej zupełnie jej nie kojarzyłam. Potem trochę rozmawiałyśmy, ale w sumie, to mało ja znałam. Okazała się być jedną z najlepszych oczennic (...ach, te kujony!), pozornie rozrywkowa, miła, dużo znajomych itd. Pomyślałam sobie: kurczę, fajna laska, towarzyska, zaproszę ją na moją osiemnastkę (którą robiłam z kilkoma osobami w znanym klubie). I wtedy wszystko prysnęło jak bańka mydlana. Powiedziała, że bardzo jej miło, ale religia jej nie pozwala na obchodzenie urodzin. WHAT??? Halo, tu Ziemia. Chyba mam zły odbiór! Huston, we`ve got a problem! Że co? Tak, okazała się być Świadkiem Jehowy.

Przez chwilę (długą) czułam się jak by spadł na mnie fortepian. W czasie tej chwili wysłuchałam czego jeszcze jej nie wolno, czego nie uznaje i kim dla niej jest Jezus, przepraszam - Jehowa. Takich rzeczy nie wolno robić na korytarzu szkolnym!!! Wiara jest dla mnie przynajmniej czymś głęboko ukrytym, nie można jej ot tak sobie wywlekać! Musze jednak przyznać, ze zaimponowała mi, i to ostro. Całkowity zakaz palenia (czegokolwiek) - halo, przecież wszystkiego trzeba spróbować, aby wiedzieć, czy się to lubi czy nie. Żadnych imprez ("przecież wiadomo do jak zgubnych skutków one prowadzą"). Sex tylko po ślubie (tak, tak - nie pomyliłam się w pisaniu;). No i to główny argument przeciwników tego odłamu wiary - zakaz transfuzji krwi. Mało? Dla mnie wystarczająco dużo, jak na jedno posiedzenie. 

Nie mam zamiaru tutaj krytykować żadnych wyznań, ani nic podobnego. Chodzi mi o to, że w dzisiejszym zepsutym do szpiku świecie są jednak osoby z zasadami i to mi się podoba. Oni nie ulegli presji przytłaczającej większości. Są sobą i nie wstydzą się do tego przyznać. To, że Aneta lubi akurat po przyjściu ze szkoły poczytać Biblię, a nie jak reszta szwędać się po mieście, czy to oznacza, że ma się czuć gorsza? Niestety, niektórzy tak myślą. To, że jest Świadkiem Jehowy nie ma tu znaczenia. Równie dobrze mogłaby być buddystką, czy wyznawcą boga Ra. Dopóki jest sobą i nie robi tym nikomu krzywdy jest dobrze. Dlaczego więc niektórzy nie umieją tego zaakceptować? Patrząc przez swój pryzmat widza w niej dziwaczkę, która nie umie się bawić. To smutne, bo tak naprawdę oni mogliby się od niej wiele dobrego nauczyć.

Tytuł mojego arta pozostaje więc pytaniem retorycznym. Odpowiedź jest jasna. Wszelkie trudności mogą przyjść jedynie ze strony innych, ograniczonych, czy uprzedzonych. Oni są jednak tak mali w swoim jestestwie, ze nie warto się dla nich zaprzedawać. Czyż nie?

 

tank_girl@go2.pl