Dzisiaj opowiem wam historię starą jak świat. Dawno temu, w
pewnym bardzo małym mieście istniała bardzo mała szkoła. Ba!
O jej istnieniu wiedzieli chyba tylko sami uczniowie i
nauczyciele. A skoro już przy nich jesteśmy to wypadałoby ich
trochę przedstawić. Ekhm, co tu dużo gadać - byli to
mistrzowie w swoim fachu. Polskiego uczyła wielka jak niedźwiedź
pani profesor Helga von Bruger. Maty - skromna choć drapieżna
jak hiena panna Genowefa. Z grona nauczycielskiego wyróżniał
się też pan Mietek - sor od fizy, pan Stszek, pokorny jak
baranek wykładowca języka angielskiego i pan Arnold - miszcz od
w-fu. Byli to wybitni jak już powiedziałem przedstawiciele
swojego zawodu - jakim jest zawód nauczyciela. A mieli oni kogo
nauczać, oj mieli! Dzielnica w której mieściła się szkoła
była zaniedbana i mieszkali w niej sami degeneraci, tudzież
ludzie żyjący na bakier z prawem (którego i tak mało kto tu
przestrzegał). Zgodnie ze złotym powiedzeniem ,,jaki ojciec
taki syn" - dzieciarnia zamieszkująca te tereny z pewnością
nie należała do kwiatu rycerstwa ... tfu! znaczy się nie była
wykwalifikowaną kadrą uczniowską. No dobra nie będę wam tu
kadził - byli to po prostu żule, mędy, dresy, skini, metale,
discopolowcy, masoni, punki, wielbiciele Just 5 oraz
przedstawiciele głównego konsulatu języka starołużyckiego z
lekkim nalotem języka serbskiego. Lekcje w tej szkole (no tej o
której zacząłem mówić na początku, za nim kazaliście mi
opowiadać o uczniach i nauczycielach) wyglądały mniej więcej
tak: nauczyciel w eskorcie reszty nauczycieli przychodził do
klasy po czym z prędkością 3 razy większą do prędkości
jego wejścia opuszczał lokal i z głośnym hukiem lądował na
ścianie (a za nim jego eskorta). Później uczniowie robili co
chcieli (czyli szli do domu lub do innych, bliżej mi nie znanych
obszarów). Tak działo się dzień w dzień, no może poza
wtorkami bo wtedy odbywały się ogólnoszkolne zawody sportowe w
strzelaniu z uzi do samochodu dyrektora z którego i tak już nie
wiele pozostało po ostatnich zawodach. Taki stan rzeczy dział
się aż do pewnego momentu - do szkoły zostały sprowadzone
specjalne jednostki. Był to bardzo tajny program rządowy
utrzymywany w najwyższej tajemnicy. Zgadnijcie kto wchodził w
skład tej spec grupy. Nie wiecie? Nieeee, nie Buzek, nie Lepper,
a ni też nie Genowefa Pigwa. Dobra powiem wam. Otóż grupę tą
tworzyli - syn ministra edukacji, córka szefowej rządu kogośtam
(to na prawdę nie jest istotne w tym momencie) i bratanek głównego
inspektora do spraw bliżej nie określonych - czyli, jakby to
powiedzieć po naszemu - ludzie, którzy mieli plecy w załapaniu
się na jakąś posadę. Myślicie, że rozprawili się oni z tą
bandą wściekłych i nierozgarniętych uczniów? Nie, to by było
za łatwe (i niekorzystne dla mnie, bo płacą mi od każdej
linijki textu :) Oni dostali, łagodnie mówiąc, w mordę tzn.
nie byli w stanie prowadzić swojej pedagogicznej działalności.
Ekipa się zwinęła, dyrektor dogorywał w szpitalu a młodzież,
właśnie przed chwilą) spaliła budynek szkoły. No tak,
prawdziwy Happy End, nie ma co.
Jeżeli ktoś doszuka się w tym arcie jakiegoś ukrytego przesłania
czyli przejdzie na wielopoziomowość textu to niech da mi znać
:)
Zaznaczam też, że nie pisałem tego arta z braku laku tudzież
z nudów. Pisałem bo czymś AM SZKOŁĘ zapełnić trzeba
:))))))))))) - to był żart. (bo potem mnie zabiją za te słowa
:))
Kamil