Nieliczni wiedzą o istnieniu Korriban. W większości rzadkich źródeł, które mówią o planecie figuruje jako grobowiec. Jest miejscem zakazanym. Jakaż byłaby lepsza kryjówka i centrum działalności odrodzonych Sithów?
Tereny, jakie przeznaczono dla Szkoły Śmierci były - o ironio! - jednymi z najbardziej pełnych życia na Korriban. Tutaj, pod opieką Lorda Aquariusa adepci Sith poznawali mroczne sekrety, które niejednego przyprawiły już o pomieszanie zmysłów. Od czasu jednak, kiedy w Galaktyce pojawiło się zagrożenie w postaci Yuuzhan Vong, Szkoła Śmierci przyjęła na się obowiązek rozszerzenia horyzontu zainteresowań. Teraz, kiedy zawiązano cichy sojusz z Zakonem i koordynowano wspólne działania przyszedł czas sprawdzenia, na ile zdobyta wiedza sprawdzi się w praktyce.
Lord Aquarius stał przed wielką taflą transpastali, spoglądając na dzikie ogrody, otaczające budynki Szkoły. Patrzył i myślał o tym, co nastąpiło i jakie może przynieść konsekwencje. Pamięć użytkowników Mocy sięgała daleko i niosła obrazy czyste jak kryształ. Pamięć zaś Lordów Sith obejmowała bez trudu dzieje tak stare, że wiele z wydarzeń utonęło w czarnym morzu zapomnienia. Moc bowiem ogarnia wszystko i przenika czas i przestrzeń, pozwalając widzieć wiele. Tym jednak razem taka mistyczna ingerencja nie była konieczna. Wszak wydarzenia, do których pragnął się odwołać Lord nie nastąpiły dawno temu i dotyczyły bezpośrednio jego osoby. Działo się to tu, na Korriban, w komnacie Rady.
Do sali wszedł Lord Executor, Xeovar. Przybywał ze świeżymi nowinami. Gorączka niedawno odbytej walki biła od niego niczym ognista aura. Ściśle kontrolowana dzięki latom treningu adrenalina jeszcze krążyła w jego żyłach, choć tylko ulotne wrażenie świadczyło o niedawnej potyczce. Wrażenie tak efemeryczne, że niewielu tylko zdołałoby je wychwycić. Jednakże zgromadzeni tam ludzie zżyli się ze sobą i otwierali przed sobą dusze tak długo, że nie mieli tajemnic wobec siebie tajemnic. Łączyło ich prawdziwe braterstwo.
To właśnie wtedy zaczęła się pierwsza zdecydowana rozmowa na temat zagrożenia, jakie niosą Yuuzhan Vong. Narada przeciągała się coraz dłużej. Wtedy doszło do kwestii zbadania kultury i obyczajów przeciwnika, aby w ten sposób odnaleźć jego słaby punkt. Nie było chyba nikogo w Bractwie, kto nie doceniałby sposobów działania słynnego wielkiego admirała Thrawna. A on był geniuszem, choć nie obdarzonym błogosławieństwem Mocy. Jakże więc większą szansę pokonania wroga mogli mieć Sithowie, którym Moc towarzyszyła od młodych lat? Uniesione pytająco brwi były jedyną reakcją zgromadzonych na sugestię Lorda Aquariusa, aby to Szkoła Śmierci zajęła się badaniem życia agresorów. Mimo to nikt nie protestował, kiedy Mroczny Lord przychylił się do tej prośby.
Nieco tylko bardziej zdziwiony był Brat Xun, prawa ręka Lorda Śmierci, zajmujący wysoką pozycję w szeregach Bractwa.
- Co tobą powodowało, panie? - spytał pokornie.
- A któż twoim zdaniem powinien był przyjąć na siebie tę odpowiedzialność? - zapytał bez gniewu Lord Aquarius.
- Cóż... Może Szkoła Sith Lady lub Lorekeeperów... W końcu to należy też do ich zadań. Tym bardziej, że to wychowankowie Sith Lady zajmują się zwiadem dla Bractwa.
- Oni jednak mają inne zadania. Muszą pilnować naszej ariergardy, tzn. uprzedzać nas o ruchach Nowej Republiki i ewentualnie Spadkobierców Imperium. Nie mogą sobie teraz pozwolić na transfer jakichkolwiek ludzi. Wiesz dobrze, że walka na dwa fronty jest szczególnie niebezpieczną sztuką.
- Tak, Lordzie. - odparł Xun. - Wybacz.
- Nie ma czego. Spójrz wokół siebie. Co widzisz? Czym jest ta zieleń wokoło? Czym są te drzewa, zwierzęta?
- To różne przejawy życia.
- Właśnie! Poprzez wieki różne kultury różnie patrzyły na śmierć. W pewnych czasach, w pewnych społecznościach była ona naturalną koleją rzeczy. Żywa istota rodzi się, żyje i umiera. Natura jest ciągle w ruchu, bo bezruch, apatia - to degeneracja. Czasem też śmierć była traktowana jako kara lub moment sądu, kiedy odpowiemy za nasze postępki. Kiedy indziej lub też gdzie indziej była ona zwieńczeniem wszystkich działań życia. Jedni śmierć czcili, inni się jej bali. Jedni uczynili z jej zadawania rytuał i niejako obiekt kultu, zaś inni starali się ją za wszelką cenę oszukać lub zniszczyć. Mimo naszych długoletnich studiów, wzbogaconych o pradawną wiedzę, która była zbierana przez całe eony od różnych cywilizacji... Nadal nie wiemy wiele. Jedno jest natomiast pewne: dopiero śmierć pozwala naprawdę poznać, czym jest... Lub raczej "było"... Życie. Pozwala je zrozumieć i dostrzec, jak rzeczywiście wyglądało. Czy teraz wiesz już, dlaczego między innymi chciałem, aby to na nasze barki spadła ta odpowiedzialność?
- Tak, Lordzie.
Teraz Władca Śmierci był pewien, że nie pomylił się w tamtej ocenie. Praca była długa i żmudna, a nade wszystko - trudna. Mimo to wykonali ją doskonale. Szpiedzy Szkoły ściągali informacje skąd tylko się dało. Wielu Yuuzhan trafiło do lochów nie tylko Inkwizycji, ale i Lorda Aquariusa, gdzie poddawano ich przesłuchaniom. Pytania były jednak zupełnie innej natury niż te zadawane przez Lorda Gandalfa. Tutaj pytano tylko o ich życie, święta, bogów, kulty. Yuuzhanie zdawali się być dumni, kiedy mogli mówić o swoich wierzeniach, choć wiadomo było od początku, że starannie omijali hierarchię społeczną widzianą z punktu widzenia religii. Nie wspominali także o wpływie swoich kultów na losy toczącej się wojny. A w każdym razie omijali te tematy na początku. Później nie mieli już wyjścia... Wszak kto umie zadawać śmierć powinien też umieć ją nieco oddalić od ofiary. Szybko zorientowano się, że kapłani wpłynęli bardzo mocno na rozpoczęcie wojny. Oczywiście, był to tylko pretekst. Iskra na beczkę prochu. Iskra, która miała pobudzić domy mogące stawiać opór puszczaniu w ruch machiny wojennej. Cywilizacja Yuuzhan była od swego zarania nastawiona tak militarystycznie i imperialistycznie, że chyba nie miała swego odpowiednika w poznanej Galaktyce. Lordowie wielokrotnie zastanawiali się nad tym, jak trudno utrzymać gwiezdne Imperium, w którym wszyscy mają powody, aby skoczyć sobie wzajemnie do gardeł. Kilka lat spokoju i powinno się ono rozpaść na walczące księstewka, które następnie najprawdopodobniej wyniszczyłyby się wzajemnie. Oczywiście, fanatyzm na tle religijnym był silnym czynnikiem scalającym, ale... Tak długie istnienie tego organizmu społeczno-politycznego było niemal nieprawdopodobne.
To były jednak dysputy dyktowane czystą fascynacją, skoro wyraźnie widać było, że Yuuzhanie jednak tworzą jedno imperium i kiedy mają przeciwnika, zwłaszcza takiego, przeciw któremu przemawia także ich religia, są trudnymi przeciwnikami. Mimo tego szybko odkryto jednak ich słaby punkt. I była nim właśnie religia. Byli wręcz opętani, jeśli idzie o życie. Wszystkie ich okręty i pojazdy, a także komunikatory i cały możliwy "sprzęt" był organiczny. Maszyny były "bluźnierczymi imitacjami", były "nieczyste". Trudno było rozsądzić, skąd wzięła się ta dziwna fobia i nienawiść. Jedną z hipotez była możliwa wojna z maszynami, w wyniku której większość populacji zginęła. Wiadomo wszak, że ziarna religii padają na najlepszy grunt, kiedy zostanie on spryskany krwią i potem niewolniczej pracy. Jednak jak każdy przejaw fanatyzmu, tak i ten można było wykorzystać, uczynić punktem uderzenia. Tak też się działo. Bractwo podstawiało transporty droidów lub części maszynowych. Kiedy te były atakowane, okazywało się, że mają nadzwyczaj silną i wykwalifikowaną eskortę. Zaskoczenie dawało dodatkową przewagę. Jednakże już po kilku takich próbach, Yuuzhanie bardziej się pilnowali i atakowali większymi siłami lub w ogóle.
Podobny manewr zastosowano podczas obrony Ithor, kiedy to na powierzchni planety umieszczono samoczynnie działające punkty prowadzenia ognia, na których miał skupić się atak agresorów. Taktyka zdała egzamin niemalże w stu procentach. Yuuzhanie byli dziwnym społeczeństwem. Z jednej strony wymagali absolutnego posłuszeństwa i poddaństwa w swych hierarchicznych strukturach. Z drugiej każdy jak tylko mógł starał się ostrożnie podkopywać władzę i pozycję swego zwierzchnika, by podnieść rangę swej rodziny i swoją osobistą. Na szczęście dla społeczności Galaktyki z reguły ta druga strona medalu była widoczna nader często, gdyż w praktyce pojęcie lojalności nie istniało wśród Yuuzhan. Czuli respekt przed zwierzchnikami, ale tylko, gdy ci byli w pobliżu. Gdy tylko się oddalili prywatne animozje pchały ich do zawierania bardziej korzystnych dla siebie sojuszy i układów. I znów nasuwało się pytanie: jak takie społeczeństwo mogło przetrwać tak długo, nie stając się w rzeczywistości kolosem na glinianych nogach? Jak zwykle jednak, prawda była mniej realna od fikcji.
To właśnie od Ithor zaczął się rzeczywisty udział Bractwa w wojnie. Mimo ciągłego działania po cichu i w cieniu, Sithowie mieli swoje wielkie zasługi w tej wojnie. Tym bardziej więc teraz Lord Aquarius mógł być zadowolony z siebie i swej Szkoły, spoglądając teraz w dal z jej okna.
- Taaak... - powiedział cicho do siebie Lord. - To była dobra robota. Gniew przeszedł na Ithor gładko od teorii do praktyki, Iluzja świetnie się sprawiła w walce z flotą Yuuzhan, Inkwizycja sprawnie wyciągnęła informacje, a dzięki Mrocznemu Lordowi mamy zawieszenie broni z Jedi, z którego kto wie, co może wyjść dobrego.
Lord Aquarius uśmiechnął się do własnych myśli.
- Teraz... Czas przejść od badania życia do zadawania śmierci.
Przywódca Szkoły Śmierci powoli i z godnością odwrócił się od wielkiego okna i ruszył w kierunku lądowiska. Tam czekał na niego już srebrzyście biały prom klasy Lambda. Kiedy wziął pasażera na pokład uniósł się na niewidzialnej poduszce repulsorów i śmignął w niebo, w kierunku flagowego okrętu. Przyszedł znów czas działania. Czas zadawania śmierci i bólu.