Korriban. Planeta umarłych. Wieczne cmentarzysko Mrocznych Lordów Sith. Czarny klejnot w koronie Galaktyki. Dawno temu opustoszałe, teraz od kilkunastu lat znów tchnące dawną potęgą. Jeśli podążyć przez warstwę siwych, rzadkich chmur, w dół atmosfery, szybko pojawia się nieskończona, nieogarnięta okiem jakiejkolwiek żywej istoty pustynia. Złocisty pył pokrywa większość planety, czyniąc ją rzeczywiście niczym klejnot. Na pierwszy rzut oka nie istnieje tutaj nic. Jakby żadna cywilizacja nie tknęła tego ukrytego zakątka Wszechświata nawet palcem. To jednak złudzenie... Iluzja. Szybko okazuje się, że piękna, choć zabójcza pustynia jest usiana kanionami, dolinami i wąwozami. A w nich czernieją obeliski, posągi i budynki niemal tak stare, jak rozumne cywilizacje. Liczne ogromne rzeźby przedstawiają wielkich wojowników, zastygłych w bojowych pozach, bądź okrytych chwałą, zwieńczonych laurem zwycięstwa. Ukazują starożytnych, potężnych magów - myślicieli, którzy posiedli sekrety Życia i Śmierci, Światła i Cienia, Dobra i Zła. Wyobrażają dziwne istoty, zupełnie niepodobne do żyjących, chyba, że gdzieś wśród piasków samego Korriban. Kamienne potwory szczerzą kły w złośliwych uśmiechach słanych nieznanym, dawno już pewnie martwym podróżnikom. W niebo biją niesłychane, wielkie obeliski. Wyciosane z jednej bryły kamienia, czarne jak ebonit, stanowią wciąż niepowtarzalny dowód wielkości cywilizacji, która je stworzyła. Ostro zwieńczone, stoją szpalerami niczym gotowe do walki oddziały potężnych wojsk, które niegdyś mijały tę planetę lecąc w bój. Czasem sterczą samotne, jak zwiadowcy, których wielu zginęło w trakcie penetracji zakamarków Galaktyki. Częstokroć wrogich zakamarków. Majestatyczne świątynie odbijają się wielkimi, ciemnymi bryłami od jasnych, złocistych lub brunatnych ścian kanionów i powierzchni pustyń. Otoczone figurami odpoczywających wiecznie władców i ich mrocznych pupili istnieją od tysiącleci i przez kolejne milenia będą istnieć nadal. Pokryte hieroglifami, rytami i płaskorzeźbami opiewają historię starożytnego, dawno wymarłego rodu. A może... Nie! Wcale nie wymarłego! Bo wciąż, tutaj, wśród tych świątyń, ogromnych posągów i obelisków, przechadzają się stwory Ciemnej Strony Mocy, strażnicy śpiących po wsze czasy Mrocznych Lordów, demoniczne Tuk'aty. Tu ciągle jeszcze istnieje życie. Ukryte, ale niezwykle intensywne, wciąż pnące się do celu. Dążące do Wiedzy, a tylko przez nią wiedzie droga do Potęgi. Tutaj stacjonują oddziały restytuowanego Bractwa Sith. Tutaj kwaterę ma Inkwizycja, tak znana, choć rzadko bezpośrednio i pod własną nazwą. Tu swe centrum ma Iluzja. Stąd wypływają Wojna i Śmierć. Tutaj kiełkują także zarodki Gniewu. Stąd odlatują Egzekutorzy. Tu też gromadzi się Wiedza i jej Strażnicy. To na tej planecie mieszczą się świątynie i siedziby Szkół Bractwa. Tutaj też rezydują Lordowie. W tym, owianym tajemnicą, legendą i aurą Mocy miejscu wielokroć podejmowano decyzje, które zadecydowały o losach i kształcie sił w Galaktyce.
Jednak wśród wszystkich tych wspaniałych monumentów nie można się zagubić. Każdy nowy adept przybywa tu i staje na płycie lądowiska niczym zaczarowany. Ujęty potęgą i atmosferą tego miejsca. Mimo to natychmiast przytomnieje i wie już, dokąd się udać. Bo nad wszystkimi tymi świątyniami, czerniącymi się onyksem igłami obelisków i kamiennymi postaciami Lordów i istot im podległych, góruje jedna budowla. Znajdująca się w Kanionie Mrocznych Lordów, największym, najbardziej majestatycznym z głębokich wąwozów Korriban. To Wielka Świątynia Sith. Świątynia Mocy, sanktuarium Ciemnej Strony. Ten świat z reguły jest przepełniony iście grobowym spokojem. Dziś jednak zawrzało. Oto Rada Lordów zbiera wszystkich adeptów i pragnie ogłosić decyzję, której ważności spośród ruchów nowożytnych dorównuje tylko odstąpienie od zaślepionego żądzą władzy Imperatora. Młodzi Sith idą więc ku wielkiej piramidzie świątyni, górującej nad całym otoczeniem. Do budowli wiedzie jedna główna droga, wyłożona ciężkimi płytami granitu. Na jej obrzeżach stoją figury w pozycjach szermierczych. Między nimi płoną ognie wielkich zniczy. Świątynia jest zawsze i z każdego miejsca Kanionu dostępna dla wzroku. Jednak dopiero stąd wywiera najsilniejsze wrażenie. Bo oto idący pokrytymi piaskiem stuleci płytami rytymi w inskrypcje Sith stoi naprzeciw wielkiej piramidy. Przed nim otwierają się gigantyczne wierzeje, niczym ciemna paszcza, choć pozbawiona kłów, wciąż groźna. Otwór bramy zieje ciemnością i pustką w wielkim kształcie świątyni. Wspaniałe sceny rzeźbione w kamieniu pokrywają jej zewnętrzne ściany. Kunsztu autorów tego działa nie zdołały zabić całe wieki ni działanie wiatru i pyłu. Wielkie płaskorzeźby widać z oddali. Wszyscy podziwiają walczących przodków, potężnych czarnoksiężników przywołujących Moc i niszczących wrogów. Widzą Tuk'atę rozdzierającego nieostrożnego intruza, który był na tyle głupi, aby sprofanować Korriban swą bluźnierczą obecnością. Wzrok sięga coraz wyżej, prześlizgując się po zwężającej się frontowej ścianie piramidy. Tak znajdują się przemyślnie ukryte, niewielkie okna, rozjaśniające nieco mrok starożytnej budowli. Na dwóch trzecich wysokości znajduje się obszerny taras, biegnący kwadratem ze wszystkich stron świątyni. Z tego dużego podestu wznosi się kolejna, nieco mniejsza piramida, będąca przedłużeniem niższej sekcji. I ona także kończy się dużym tarasem. Ona także jest pokryta inskrypcjami i płaskorzeźbami. Podobną konstrukcję ma świątynia na Yavin IV, wszak zaprojektowana przez samego Exara Kuna. Jednak pierwowzór z Korriban różni się nie tylko wielkością, ale i skomplikowaniem konstrukcji. Z drugiego bowiem tarasu wyrasta jeszcze jedna piramida. Ta jest już niewielka, jednak to ona w rzeczywistości decyduje o niezwykłości i niepowtarzalności konstrukcji. Jest to wszak najczystszy diament. Znów jednak nic poza wielkością nie byłoby w tym dziwnego. Jednak jest on czarny. Piramida barwy bezgwiezdnego nocnego nieba strzela nawet poza ściany Kanionu. Wszyscy się tym zachwycają, jednak tylko sami Lordowie i adepci, którzy mają szczęście posiadać głos doradczy w Radzie wiedzą, do czego ona służy. To wielki nexus Mocy. Wokół tej piramidy, na drugim tarasie, spotykają się Lordowie co jakiś czas, aby subtelnie ingerować w tkaninę rzeczywistości. Aby okazać, że równowaga wciąż istnieje, że Ciemna Strona, choć ukryta, nie zniknęła, jak sądzą Jedi. Czasem też wyzwolona energia Mocy ma zabić. Czasem trzeba dać przykład, że zbytnia ciekawość i igranie z nieznanymi potęgami nie popłacają. Wtedy zdarzają się dziwne i straszne rzeczy. Na planety spadają huragany, a pioruny kuliste zabijają istoty, które ośmieliły się rzucić wyzwanie Bractwu.
Tym jednak razem nikt nie stoi na wysokim tarasie. Sith spoglądają z uwielbieniem w górę, sycąc oczy wspaniałym widokiem. To słońce, niemiłosiernie prażące w dzień, dziś zachodzi dokładnie za bryłą świątyni. Niczym odchodzący kochanek pieści jej kształt ostatnim, krwawym promieniem. Dziś znów, jak i przed rokiem, Ciemna Strona okazała, że przychodzi dzień, kiedy Światło musi jej ulec. Adepci ścieżki Sith wchodzą jednak dalej. Czeluści za wielką bramą witają ich wkrótce migotliwym blaskiem płomieni. Złociste światło pochodni obmywa delikatnie pokryte rytami ściany korytarzy. Wszyscy zgodnie udają się w jedno miejsce.
Wielka Sala to serce świątyni. Tak, jak Sala Rady jest jej mózgiem. Tutaj jednak znajduje się coś jak większa wersja tej drugiej. Wysoki podest stanowi miejsce dla Rady. Niższa część komnaty to przestrzeń dla niższych rangą Braci. Na podwyższeniu zasiedli już Lordowie z samym Mrocznym na czele, Mistrzowie, Warlocy i High. Pozostali członkowie Bractwa cierpliwie czekają, aż Mroczny Lord zabierze głos. Cichną wszelkie szepty w miarę jak wszyscy już się schodzą. Padają ostatnie słowa i wciąż tak samo jak dawniej zafascynowane spojrzenia na sufit. A sklepienie to istne arcydzieło. Kopulaste, wybrzuszone do góry w taki sposób, że podtrzymuje stół obrad w Sali Rady na wyższym piętrze. Zwieńczone łukami zbiegającymi się w centrum. Usiane delikatną mozaiką drobinek złota i innych drogocennych kruszców. W tym błyszczącym pyle jarzą się szlachetne kamienie, śląc delikatną poświatę na wszystko w dole. Niewielkie, mlecznej barwy okna wysoko w ścianach Sali rozjaśniają ciemności, wspomagając liczne pochodnie i znicze, okalające z tyłu platformę Rady. Wreszcie wszystkie odgłosy ustają. Wtedy powoli, majestatycznie wstaje sam Mroczny Lord. Jak zwykle staje na kilka kroków przed miejscami Rady. Wszyscy zamierają w oczekiwaniu. Aż wreszcie we wszystkich zakątkach tej ogromnej komnaty echem odbija się głęboki głos. Wspomagane prostą sztuczką Mocy słowa wibrują w uszach, wgryzając się wprost do świadomości Sithów.
- Wiecie już wszyscy, w jakim celu się tu zgromadziliśmy. Oto dziś nastał czas działania. Oto wreszcie skończyły się chwile, kiedy musieliśmy przeprowadzać nasze akcje w ukryciu. - mężczyzna w czarnym stroju, Lord Freejack, rozłożył ramiona, jakby chcąc tym gestem objąć całą salę - Tak długo szkoliliśmy tu was. Czekaliśmy, aż Moc ześle tę chwilę. Niedawno zaatakowali Yuuzhan Vong. Działaliśmy na samej granicy wykrycia, mając przeciw sobie z każdej strony wrogów. Sytuacja jednak uległa zmianie. Dzięki sprawności i skuteczności Inkwizycji do naszych dotychczasowych zwycięstw dołożyliśmy jeszcze jedno. Dowiedzieliśmy się o planowanym zamachu na Rycerzy Jedi. Rada za moją sugestią postanowiła temu zapobiec.
Przez szeregi Sithów przeszedł nieznaczny szum zdziwienia. Szczególnie młodsi adepci nie mogli uwierzyć własnym uszom. Lord Najwyższy wzniósł jednak dłoń, uciszając wszelkie przedwczesne dyskusje. Odwrócił się do tyłu i skinął na jedną z postaci, siedzących w półokręgu Rady. Odezwał się cicho:
- Lordzie Thomas, raczysz pełnić honory?
Władca Iluzji nawet nie odpowiedział. Jedynie lekko się uśmiechnął i przymknął oczy. Wszyscy poczuli silne poruszenie eterycznej materii Mocy. Lord Thomas zatoczył dłonią łuk nad głowami zebranych. Na ścianie ukazał się obraz niedalekiej okolicy. Mała kotlina o stromych zboczach. Wszyscy znali ten widok.
- Tak, to jest Wieczny Stos. - odezwał się znów po chwili Mroczny Lord - Płonie od tysiącleci, rozniecony przez naszych przodków. Paliwo bierze wprost z samego jądra planety. Widzicie ten płomień? Widzicie, jak goreje złocistym, gorącym ogniem? On jest wieczny, jedyny. Bije w niebo słupem delikatnego dymu, łącząc sfery niebieskie z powierzchnią planety. On jest metaforą Mocy. Bo ta nie wybiera. Spaja wszystko, co żywe. Łączy żywe istoty, otacza martwą, surową materię. Jest jedna i niepodzielna. Musi w niej panować harmonia.
Lord Freejack zrobił chwilę pauzy, aby do wszystkich dotarł sens jego słów. Odetchnął i znów, spoglądając na projekcję obrazu Stosu, rozświetlającego niebo krwawą łuną, mówił dalej.
- Jedi i Sith stanowili niegdyś jedność. Byliśmy Braćmi w Mocy. Zgłębialiśmy Jej naturę. Razem walczyliśmy o sprawiedliwość w Galaktyce. Korzystaliśmy z Mocy jako całości. Później jednak, po pewnych niefortunnych zdarzeniach, uznano, że Ciemna Strona jest niebezpieczna. Zakazano Jej. Nasi przodkowie jednak przeciwstawili się temu. Po wielu bratobójczych, krwawych walkach, wygnano ich. Znaleźli lud Sith, nad którym zostali panami, od którego nauczyli się też tego, co teraz nazywamy magią Sith. Znacie historię. Ale teraz musicie ją jeszcze zrozumieć. Tak, jak i wy cierpiałem ucząc się i poznając smutną historię naszego Bractwa. Cierpiałem, bo zostaliśmy wygnańcami. Jak wielu jednak banitów w historii, wkrótce staliśmy się królami. Tak, jak i większość z was nie wierzyłem w możliwość pojednania. Schizma zaszła zbyt daleko. Trwała zbyt długo. Nawet teraz, odrodzony Zakon przejął stereotypy, jakie narosły wokół Ciemnej Strony Mocy. Wszystko to przez tułających się po Galaktyce Ciemnych Jedi, których nie zdołaliśmy na czas eksterminować. Teraz jednak - Lord zawiesił głos, po czym ozwał się znów, z nową siłą, a jego głos zadzwonił wśród ścian komnaty - Teraz jednak istnieje szansa. Możemy pomóc Jedi, bo nie wolno nam pozwolić ich zniszczyć. Co więcej, powinniśmy to zrobić, choćby z racji istnienia wspólnego wroga. Jedi mogą uznać nas za wcielone Zło. Mogą chcieć nas wygnać po raz wtóry. Powiem bez ogródek - bardzo prawdopodobne, że tak zrobią. Ale w obliczu potężnego nieprzyjaciela, Bractwo musi wykazać się rozsądkiem i ufnością w potęgę Mocy, która przemawia przez Lordów.
Darth Freejack wzniósł rękę i uczynił nią nieznaczny gest. Obraz Wiecznego Stosu zniknął i wszyscy znów spoglądali na swego Mrocznego Lorda. Tymczasem w jego uniesionej w górę, zaciśniętej dłoni pojawiła się błyszcząca srebrzyście rękojeść miecza świetlnego. Jego głos dźwięczał jak grom.
- Jesteśmy Sith! Mrok wspiera Mrok! Teraz i po wsze czasy. Lojalność, Dostojeństwo i Wiedza to nasze idee. Choćby za cenę kolejnej wzgardy i odrzucenia musimy zrobić to, co do nas należy. Bo jesteśmy Sith!
Kolejne dłonie, zaciśnięte na rękojeściach wyłączonych mieczy wznosiły się nad głowy. Lordowie z zadowoleniem patrzyli, jak płomienna mowa Mrocznego Lorda uniosła Braci. Bo teraz ten tłum znów żył, przepełniony potęgą Mocy. Od ściany do ściany, przez komnatę, niczym huk wodospadów, przetaczały się chóralne, grzmiące słowa: "Mrok wspiera Mrok!", "Lojalność, Dostojeństwo, Wiedza!".
Wkrótce rozdzielono funkcje. Sithowie rozeszli się, aby spełnić powierzone zadania. Szkoły formowały się w celu przygotowania do odlotu. Niedługo też promy opatrzone emblematami poszczególnych Lordów opuściły atmosferę i skierowały się do oczekujących już niszczycieli. Bractwo ruszyło na wojnę.
Luke Skywalker, Rycerz Jedi, syn Anakina Skywalkera, stał wśród dżungli. Jednak nie tej, którą znał od tak dawna. To nie był Yavin, z konieczności opuszczony przez Zakon. Luke postanowił, że to zgromadzenie nie może się odbyć na Coruscant. Pragnął, aby spotkanie nastąpiło na planecie, na której Moc będzie silna. Po dłuższych naradach ustalono, że wszyscy spotkają się tu, na Thilic. Teraz był pewien, że wybór był zdecydowanie dobry. Planeta aż tętniła życiem pod milionami postaci. Luke powoli wspiął się na porośnięte wysoką trawą i bujnymi krzewami wzgórze. Przysłonił oczy dłonią, gestem zupełnie niepotrzebnym do tego, co chciał osiągnąć. Spojrzał poprzez Moc. Poczuł obecność wielu Jedi. Wkraczających w atmosferę. Przybywali na wezwanie. Wszyscy. Kam Solusar i Tionna już czekali, aby ich powitać. Luke wyczuwał jednak, że nie wszyscy chętnie się tu znaleźli. Fale zniecierpliwienia niemal biły od Kypa Durrona i jego stronników. Mimo to jednak się zjawili. Luke miał jedynie nadzieję, że nie po to, aby zmienić spotkanie w kłótnię. Wszak musieli raz jeszcze przeanalizować sytuację, która zmieniała się z dnia na dzień. Yuuzhanie nie próżnowali i starali się zająć możliwie najwięcej planet. Thilic była już na granicy terytorium, które znalazło się pod ich władaniem. Mistrz Skywalker powoli zsunął się ze wzgórza i ruszył w kierunku doliny, która została oznaczona jako miejsce spotkania.
Rozkazy od Noma Anora były więcej nawet niż wyraźne. Jeedai muszą zostać zniszczeni. Wojownicy Yuuzhan Vong wiedzieli, z jak trudnym przeciwnikiem mają do czynienia, jednak tym razem dysponowali podwójną przewagą. Wygrywali stosunkiem liczbowym i elementem zaskoczenia. Byli obecni na Thilic od momentu obrania jej na miejsce narady Zakonu. Przywódcy najbardziej wpływowych domów spierali się czy nie należy lepiej użyć broni biologicznej, jednakże zapadła inna decyzja. To właśnie Nom Anor dostarczył wieści na temat zbliżającej się okazji do wyeliminowania groźnego przeciwnika z dalszej walki. On także umiał przekonać oponentów, że jeedai są przeciwnikiem, któremu należy mimo wszystko okazać w tym przypadku szacunek. Muszą wiedzieć, że zostali pokonani w walce przez wojowników Yuuzhan Vong, którzy ich przechytrzyli i wreszcie wybili co do nogi. Tak musiało się stać. Ponad dwustu wojowników czekało tylko na sygnał do ataku. Ich namiary na miejsce przebywania przeciwnika były pewne i dokładne. Tym razem wojownicy Mocy nie mieli najmniejszych szans. Opancerzeni napierśnikami z żywych krabów vondun Yuuzhanie cierpliwie oczekiwali. Wiedzieli, że spotkał ich wielki honor. Ich prestiż niezwykle wzrośnie po tym zwycięstwie. Poza tym, zdobyte w walce z takim przeciwnikiem blizny będą dodatkowym dowodem męstwa. Oplecione wokół muskularnych przedramion amphistaffy spoczywały nieruchomo, uśpione, przypominające egzotyczną biżuterię. W rzeczywistości zmienione genetycznie węże, gotowe zaatakować ostrym jak brzytwa ogonem lub jadowymi kolcami w pysku - wszystko na jedno mentalne życzenie swoich panów. Yuuzhanie czekali niecierpliwie, świadomi, że ten dzień zapadnie w pamięć ich narodu po wsze czasy.
Zanim wszyscy się zebrali minęło sporo czasu. Kilka osób twierdziło, że nie mogło się zjawić wcześniej. Luke jednak znał prawdę. Większość z nich była stronnikami Kypa, który stał się ostatnio bardzo dokuczliwy. Teraz jednak byli już wszyscy. Około stu osób zgromadzonych na wielkiej polanie wciąż rozprawiało ze sobą wzajemnie. Luke uciszył ich gestem. Wiele oczu zwróciło się ku niemu. Wszyscy pragnęli się dowiedzieć, co ma do powiedzenia i jak wpłynie to na obraz Jedi Nowej Republiki. Jedi, których nie było wielu w stosunku do potrzeb tegoż politycznego organizmu. Luke odgarnął z czoła płowy kosmyk i odezwał się, wspomagając się Mocą, aby wszyscy mogli go usłyszeć mimo cichego świergotu ptaków.
- Wiecie, dlaczego się tu spotykamy. Wiele już razy stawiliśmy czoło rasie Yuuzhan Vong. Odnieśliśmy wiele zwycięstw. - ptaki nagle ucichły, jakby też przysłuchując się słowom Mistrza nowego Zakonu - Jednak oni prą nieubłaganie. Z konieczności opuściliśmy Yavin, nie chcąc pozwolić im zbyt łatwo dosięgnąć Jedi. Jednak tutaj także jesteśmy już niemal na granicy działań wojennych. I musimy zdecydować co robić. Niedługo zapadnie noc. Ze względu na opóźnienia w przybyciu niektórych z was prawdopodobnie spędzimy tu jeszcze jeden dzień. Ale wpierw... - Luke wsłuchał się w nienaturalną ciszę - Wpierw radźmy, jak podzielić funkcje, jaką utrzymać postawę wobec zagrożenia, które wciąż zmienia postacie i wzory ataków.
Pierwszy jak zwykle wystąpił Kyp Durron. Wszyscy już i tak spodziewali się, co zamierza powiedzieć. Od czasu, kiedy duch Exara Kuna przeciągnął go na Ciemną Stronę, a później opuścił, młody Jedi chciał zmazać swoje winy. Najwyraźniej jednak nie widział, że elementarny brak pokory wobec dawnych nauczycieli zbliża go wciąż bardziej do niekontrolowanego oddania tej znienawidzonej potędze. Zanim jednak Durron zdążył zabrać głos, wszyscy odczuli coś. Nagle, bez ostrzeżenia. Mentalny impuls, poparty dodatkowo zmianami w otoczeniu, które dziwnie umknęły ich uwagi. Ptaki wciąż się nie odzywają. Zamiast nich jednak instynkt bije na alarm. W mgnieniu oka Jedi poczuli, że Moc daje im w ostatniej chwili szansę, ostrzegając o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Nie mieli pewności, o co chodzi, ale odbierane od żywych istot w około sygnały pozwalają dość dobrze domyśleć się, że o Yuuzhan. Natychmiast wojownicy Zakonu rozpraszają się na polanie. Sam Luke Skywalker błyskawicznie znalazł się pośród nich, skierowany twarzą w stronę, skąd miało nadejść zagrożenie. Do jego buczącej, zielonej szmaragdem klingi dołączają kolejne, niczym rój rozzłoszczonych pszczół. Yuuzhanie cicho wyszli na polanę. Wychynęli spomiędzy potężnych konarów prastarych drzew jak duchy. Ich przywódca przystanął na moment. Potem głosem jak warknięcie wydał rozkaz ataku. Zaczęła się bezlitosna walka na śmierć i życie.
Nikt nie zauważył, jak w pomieszczeniach obozu na komputerach rozbłysły mrugające czerwone lampki. Coś zjawiło się na orbicie. I nie było samo. Ale żaden z Jedi nie mógł tego dojrzeć i zareagować. Wszyscy walczył z przeważającymi siłami barbarzyńców, świadomi, że ulegną ich przewadze liczebnej.
Na pokładzie superniszczyciela Mrocznego Lorda sam przywódca Bractwa wydawał ostatnie rozkazy. Lord Wojny, Zoltar nagle zniknął z pola widzenia holokamery, lecz natychmiast wrócił.
- Yuuzhanie rozpoczęli wcześniej niż myśleliśmy. Musieli być na planecie, rezygnując z desantu. Walka już trwa. Musimy się spieszyć, jeśli chcemy dokonać czegoś poza wykopaniem grobów dla Jedi.
Lord Freejack pogładził się po policzku.
- Rozpoczynamy desant natychmiast. Niech wszystkie Szkoły rozpoczną bezzwłocznie akcję. Od tego momentu każdy sztandar walczy koordynowany przez swojego Lorda. Natychmiast po lądowaniu udać się to strefy, gdzie toczy się walka. Yuuzhanie mają zostać wyeliminowani. Niech Moc będzie z nami, Bracia.
Poszczególne holograficzne wizerunki gasły, rozmywając się na setki lśniących iskier, kiedy powtórzyły ostatnie słowa Mrocznego Lorda. On sam stał jeszcze chwilę bez ruchu, zatopiony w rozmyślaniach nad konsekwencjami próby sojuszu lub choćby zawieszenia broni z Jedi. Wreszcie poruszył się, jakby przebudzony z głębokiego snu. Ruszył korytarzem, wydając ostani rozkaz.
- Przygotować mój prom do natychmiastowego odlotu. Niech gwardia Pretorian już czeka.
Jego kroki odbijały się echem na mostku jeszcze przez chwilę. Admirał odwrócił się do łącznościowca i powtórzył polecenia.
Niemal natychmiast po zniknięciu holograficznych wizerunków z mostka okrętu flagowego Mrocznego Lorda od pozostałych klinowatych kształtów niszczycieli zaczęły się odłączać mniejsze obiekty. Promy desantowe dryfowały przez chwilę bezwładnie w przestrzeni, jednak zaraz ich silniki rozbłyskały jaśniejszym światłem. Piloci zmieniali trajektorię i zaczęli wprowadzać maszyny w atmosferę. Bractwo po raz kolejny ruszało w bój.
Trzask mieczy uderzających o nienaturalnie wytrzymałe łuski wężowych amphistaffów niemal ogłusza. Luke Skywalker, pierwszy z nowych Jedi czuje krew, pulsującą w nabrzmiałych z wysiłku żyłach. Czuje adrenalinę, płynącą przez całe ciało, rozgrzewającą mięśnie i ścięgna. Czuje też Moc, która jak nigdy jeszcze dotąd przyszła do niego. Yuuzhanie walczą jak demony, spychając wojowników Zakonu do głębokiej defensywy. Kilku z najeźdźców padło, lecz nikt nie ma wątpliwości, że zaleją Jedi samą ilością. Luke delikatnym półobrotem wywija się spod zamaszystego cięcia amphistaffem. Czuje masą, którą przecina świetlistym szmaragdowym ostrzem. Rzut oka wokoło. Ganner Rhysode, którego twarz szpeci blizna po spotkaniu z Yuuzhan Vong na Garqi walczy jak opętany z dwoma barbarzyńcami na raz. Kyp Durron, którego pocięty płaszcz furkoce na wietrze zmaga się z obcym wojownikiem, brocząc krwią z lewego ramienia. Wurth Skidder ledwie umyka cięciu, które mogło pozbawić go głowy. Skywalker wysokim skokiem omija uderzenie giętkiego amphistaffa i ląduje ze plecami Yuuzhanina. Pchnięcie pod pachę, w delikatne ścięgna krabiej zbroi wzbija chmurę dymu z palonego ciała. Grymas bólu zastyga na twarzy wojownika Vong, kiedy jaśniejąca zielenią klinga rozcina go niemal na pół. Luke znów rozeznaje się w sytuacji. Srebrzyste włosy Tionny, jak delikatne nitki pajęczyny unoszą się przy każdym ruchu. Jasne ostrze śmiga nieubłaganie. Obok niej Kam Solusar, naczelnik opuszczonego nie tak dawno Praxeum na Yavinie i jej mąż. Oboje otoczeni chmarą Yuuzhan uderzają, lecz widać, że są coraz słabsi. Yuuzhanie są wszędzie wokoło. W oddali młoda adeptka z Dathomiry, Tenel Ka uderza jak piaskowa puma, zadając swym świetlistym, turkusowym ostrzem rany wojownikom Vong. Niedaleko cała trójka młodych Solo spiera się z kilkoma Yuuzhanami jednocześnie, płynnie zmieniając wzór ataków i ich miejsce. Luke sparowuje kolejne uderzenie i piruetem wymyka się cięciu z boku. Za wolno. Spod przeciętego materiału czarnej tuniki sączy się krew. Szkarłatne kropelki padają w trawę. Yuuzhanie są wszędzie wokoło. Syn Anakina Skywalkera widzi sunące po niebie w blasku zbliżającego się ku zachodowi słońca ogniste smugi. Meteory. Spadające gwiazdy. "Corran, gdybyś był tu z nami..." myśli, spoglądając kątem oka za płonącymi kulami opadającymi ku parującej dżungli. Szybkim ruchem zbija cięcie. Telekinetycznie wznieca chmurę kurzu, która uderza Yuuzhanina w oczy.
Sith wysypują się z transportowców. Już tu docierają odgłosy walki. Suchy trzask mieczy świetlnych rwie na strzępy martwy spokój dżungli. Odziani w czernie, szarości i brązy adepci płynnie, już w ruchu, formują szyki. Gdzieś w oddali miga szkarłatna szata Lorda Gandalfa. Za plecami idących już pośpiesznie Sithów ląduje ostatni prom, oznaczony insygniami samego Mrocznego Lorda. Kiedy ten wychodzi, otoczony gwardią przyboczną, wszyscy znów ruszają. Wśród dzikich zwierząt, uciekających z drogi i gęstych roślin, które, jakby pchane wiatrem, usuwają swe gałęzie pod niewidocznym dotykiem aury Ciemnej Strony. Słońce układu powoli zachodzi za horyzont. Jego czerwona, krwawa tarcza już w połowie ukryła się wśród drzew. Sithowie idą w ciszy, niczym leśne duchy. Przez prześwity między drzewami widać już polanę. Wypełnioną walczącymi, zasłaną zwłokami. W większości Yuuzhan, którzy jednak wciąż są w przewadze. Lord Freejack pierwszy podąża ku wyjściu zza zasłony gęstych liści.
Kyp Durron pada na kolano, osłaniając głowę przed potwornym cięciem z góry. Zmęczenie zasnuwa oczy białym welonem śmiertelnej mgły. Trawa wokoło niego mieni się szkarłatem. Jeden z Yuuzhan pada, cięty z boku. Na jego miejsce przychodzi kolejny. Tak jak poprzednio. Tionna opiera się o drzewo. Jej srebrne włosy są zlepione potem i krwią. Przed nią uwija się Kam Solusar, pragnący ocalić żonę, choć wie, że to mu się nie uda. Bliźnięta Solo przywarły do siebie plecami. Walczą w okrążeniu, powoli obracając się wokół wspólnej osi tak, aby jedno chroniło plecy drugiego. Szmaragdowe ostrze brata śmigało na zmianę z fioletowej barwy klingą siostry. Kilkanaście metrów dalej szaleje Anakin ze swoim mieczem o barwie ametystu. Luke Skywalker spogląda na walczących przyjaciół. Wurth Skidder pada na ziemię, ale przetacza się jeszcze w bok tak, że ostrze amphistaffa nie czyni mu żadnej krzywdy. Mistrz Jedi natomiast delikatnym ruchem stawia zasłonę swoim mieczem. Siła Yuuzhanina jest jednak niezwykła. Świetlista klinga odskakuje, spełniając jednak swe zadanie. Luke cofa się. Wtem silne uderzenie, sparowane w ostatniej chwili, zbija go z nóg i rzuca nim o jedno z drzew. Osuwając się, Jedi stawia jeszcze zasłonę. Spodziewa się, że teraz już złączy się z Mocą. Jak Ben Kenobi, Yoda i Anakin Skywalker. Wtedy przez tkaninę wiecznej energii przechodzi impuls. Zimny jak bryła lodu, zataczający szerokie kręgi, tchnący czernią i złością. Luke wie, że wszyscy inni także to poczuli. Ze zdziwieniem spogląda na Yuuzhanina, który gotował się już do zadania śmiertelnego ciosu. Ciało wojownika zwiotczało nagle. Luke dostrzegł opadające na ziemię ciężkie kamienie, które zmiażdżyły kręgosłup barbarzyńcy. Pole walki zamiera w oczekiwaniu na nowych uczestników tej niespotykanej od wielu setek lat batalii. Wszystkie oczy zwróciły się na wzgórze, gdzie stała wysoka postać w czarnym płaszczu z kapturem narzuconym na głowę. Mroczny Lord Bractwa Sith, Darth Freejack jeszcze przez chwilę trwał z wyciągniętą w przód ręką, tak jak skierował telekinetycznie głazy, aby zgruchotały ciało Yuuzhanina. Ostatnie, krwawe promienie zachodzącego słońca przydały jego postaci upiornego wyglądu. Lord powoli opuścił ramię. Ani jedno słowo nie padło z jego ust. Sięgnął tylko do ozdobnego, srebrnego cylindra, który błyskał u jego pasa. Na ten gest niemal zewsząd wokoło rozległ się jednostajny, monotonny szum aktywowanych pól energetycznych. Różnobarwne klingi zapłonęły na brzegu polany, dołączając do mieczy Jedi. Wtedy sam Lord Najwyższy włączył swoją broń. Ciemne, szkarłatne ostrze rozbłysło w zapadającym zmroku. Wściekłe, wysokie buczenie zdominowało szum pozostałych. Wtedy rozpętało się piekło. Piekło trwające tylko parę minut. Ale piekło krwawe i bezlitosne. Ciemniejące nocne niebo zasnuły chmury, a w oddali huczały gromy, rozjaśniając horyzont trupim, bladym światłem. Obraz Mocy także pociemniał od koncentrujących się energii Nienawiści, Gniewu i Strachu. Sith zaatakowali bez cienia litości. Ich ostrza skrzyżowały się z twardymi amphistaffami. To dało Jedi tylko chwilę, ale ta chwila wystarczyła. Mimo świadomości, że oto walczą ramię w ramię z tymi, którzy od wieków rzucali złowrogi cień na Galaktykę, wojownicy Zakonu podźwignęli się z nowymi siłami. Nie śmieli nawet śledzić bijących od Sithów linii Mocy, ale stawali znów do bitwy, świadomi, że szale zwycięstwa jednoznacznie przechylają się w ich stronę. Tylko kątem oka dostrzegali wciąż nieruchomą sylwetkę na wzgórzu. Mroczny Lord trzymał miecz zwrócony klingą w dół i obserwował pole walki. Jego uczniowie atakowali wściekle tak Mocą, jak i własnymi laserowymi klingami. I mimo tego, co mógłby pomyśleć nieczuły na niuanse tej mistycznej energii obserwator, nie byli sami. Gorąco Mocy przepełniało bowiem ciało Lorda Freejacka. Niczym wrząca lawa energie Ciemnej, jak i Jasnej Strony mieszały się tu, tworząc jeden strumień, który wypływał naokoło. Osłaniał Jedi, którzy mimo słabości wciąż walczyli i bez litości zabijał błyskawicami przyzwanymi z chmur i ciężkimi głazami Yuuzhan. Wojownicy Mocy słyszeli w głowach cichy, ale szalenie dobitny głos, mówiący "Wy już zwyciężyliście. Teraz jeszcze pokażcie to im!". Medytacja bitewna przychodziła w sukurs osłabionym ciałom i upadłym duchom. Wreszcie, kiedy już ostatni Yuuzhanie walczyli, Mroczny Lord zszedł ze swego wzgórza. Wokoło robiło się pusto, gdy zwycięscy użytkownicy Mocy odsuwali się ze czcią, a ostatni Yuuzhanie padali. Lord Freejack szedł wprost do Luka Skywalkera. Ten go jeszcze nie widział. Jako jeden z ostatnich zmagał się z barbarzyńskimi wojownikami. Trzej na raz osaczyli go. Jak wcześniej ranny Kyp Durron, tak teraz Mistrz Jedi na klęczkach odpierał ataki. Nawet się nie zorientował, kiedy liczba walczących z nim Yuuzhan zmniejszyła się do dwóch. Jednego z nich zabił, korzystając z jego nieuwagi. Ostatni zginął tak, jak przed dwiema sekundami jego pobratymca - cięty szkarłatnym ostrzem. Luke Skywalker w ciemnościach zobaczył górującą nad sobą postać. Znał ten czarny strój i wzrost. Znał miecz barwy świeżej, ciemnej krwi. Ale to nie był jego ojciec, Darth Vader. Mężczyzna nie mógł mimo wszystko równać się z nim wzrostem. Nie nosił też bojowego pancerza. Jednak otaczała go ta sama władcza aura. Szkarłatne ostrze z sykiem ukryło się znów w srebrnym cylindrze. Wokoło zaległa cisza. Yuuzhanie byli martwi. Wszyscy wokoło patrzyli na klęczącego Luka i stojącego przed nim Mrocznego Lorda. Żaden się nie poruszył ani nie wypowiedział choć słowa. Wreszcie odziany w czerń najwyższy z Sithów wyciągnął okrytą ciężką rękawicą dłoń. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Wreszcie, z początku niepewnie, Luke chwycił wyciągniętą prawicę i podźwignął się na niej ze zroszonej krwią jego i jego uczniów trawy. Szmaragdowe ostrze zgasło, kiedy stanął o własnych siłach.
Galaktyka nie widziała tak ważnego gestu od czasów Wielkiej Schizmy w Mocy. Teraz odrodzeni Sith, pod mądrym przywództwem Mrocznego Lorda, podali dłoń śmiertelnym, zdawałoby się, wrogom. Ich pomoc nie została odrzucona, a uścisk ręki odwzajemniony. Bo Moc jest jedna, a nawet najwięksi wrogowie, jeśli powstali z jednej materii, mogą się znów zjednoczyć. Niech Moc będzie z Wami.