Korriban. Cmentarzysko Mrocznych Lordów Sith. Od pewnego jednak czasu siedziba nowego Bractwa Sithów. Spadkobiercy starożytnego Imperium władców Mocy powstali z długiego niebytu i teraz miejsce wiecznego spoczynku antycznych stało się sercem ich nowego dominium. Tu mieszczą się budynki świątyń. Wielkie, rzeźbione w piaskowcu, granicie i chyba każdej innej występującej tu skale posągi w dzień jaśnieją w blasku gorącego słońca, a nocą ślą niezwykłe cienie na znajdujące się pod nimi piaski pustyni. W oddali dziką, krwawą łuną rozświetla nocne niebo Wieczny Stos. Jego niegasnący płomień strzela w górę i barwi atramentowo czarne chmury szkarłatem. Ogień pali się tam od setek i tysięcy lat. Nigdy nie gaśnie. Niczym alegoria potęgi Mocy i Jej Ciemnej Strony. Wieczny, nieśmiertelny. Bije od niego gorąco i wielka potęga wszechobecnej, galaktycznej energii. Na tej też planecie mają swe siedziby Lordowie Bractwa i Szkoły przez nich kierowane. A także świątynie. Wielkie obeliski strzelają w górę, jakby chcąc uderzyć w niebiosa, odebrać im ich wielkość, pokazać, że to one są najwspanialsze, że nic nie może się z nimi równać. Pod powierzchnią spieczonej słońcem planety kryją się też starożytne korytarze. Równie wiekowe jak monumenty na górze, jednak dużo bardziej ukryte, schowane przed niepowołanymi oczami. Ciemne i zionące lekkim zaduchem wilgoci, starości. Przepełnione aurą Ciemnej Strony. Wśród obwieszonych delikatną tkaniną pajęczyn hula cichy, nieznaczny powiew. W jednym z takich korytarzy, równie starym i, zdawałoby się, opuszczonym, jak inne ma siedzibę Inkwizycja Bractwa. To te istoty, które uosabiają lęki Galaktyki. Wyłaniający się z mroku uczniowie Lorda Gandalfa. To nimi w rzeczy samej straszą matki swoje dzieci. "Bądź grzeczny, bo przyjdzie pan i cię zabierze." Te prymitywne zabobony narosły przez całe wieki. Są niemal tak stare jak Bractwo. Niewiele w każdym razie młodsze od Inkwizycji. Bo od tysiącleci wysłannicy poprzedników Lorda Gandalfa krążyli po Galaktyce. Całe milenia temu już znikali ludzie i inne istoty. Z ulicy, a czasem nawet tuż spod nosa najbliższych. Ginęli tajemniczo, czasem bez wieści, a niekiedy wracali. Nic jednak nie mogli rzec o czasie swej nieobecności. Spiskowcy przeciw Bractwu, agenci obcych organizacji, renegaci, którzy pragnęli wygubić swych Braci. A czasem istoty, których przekleństwem stało się to, że za dużo wiedziały. Niewiele osób mogłoby powiedzieć, co naprawdę się z nimi działo. Ci jednak milczeli, zobowiązani świętą przysięgą, w której stawką było ich życie, a czasem zdrowie psychiczne. Bo ramiona Inkwizycji sięgały daleko. Wyłaniały się z cienia ulicy, zza zasłonki okna, spod łóżka. Chwytały zdrajców i wysysały z nich wszelkie życie. Lub gorzej. Łapały, pozbawiały tchu, ale tylko na chwilę. I wracały kolejnej nocy. A potem jeszcze jednej. Twarz Inkwizytora towarzyszyła nieszczęśnikowi wszędzie. Pojawiała się wśród przechodniów, w lustrze, odbita za plecami. Cichy głos szeptem oznajmiał straszne przeznaczenie. Wysysał drobiny poczytalności. Dzień po dniu, minuta po minucie. Aż nie zostawało nic. Tylko pusta skorupa, słaby duch, nieszczęsna istotka, wołająca o pomoc w nocy. Wołająca o miłosierdzie. Krzycząca: "Zabij mnie!!!". Ale nie było miłosierdzia. Nie było litości dla wrogów Bractwa, nie było jej dla zdrajców. Nawet nie wszyscy Sithowie odwiedzili lochy Inkwizycji. Niektórzy tylko raz. Kiedy Lord ubiegł ich zdradę i oddał w szpony stróżów prawa Bractwa. Bo Inkwizytorzy nie byli bynajmniej siłami zbrojnymi. Byli od zarania Bractwa i są nadal strażnikami porządku. Strażnikami ideałów i przestrzegania surowych reguł, które gwarantują życie Sitha poza pokusami Ciemnej Strony Mocy. Byli i są wywiadem Sithów, istotami, które potrafią wydrzeć najściślej strzeżoną informację zza murów najbardziej zawansowanych i nieprzełamywalnych zabezpieczeń. Z umysłu żywego stworzenia.

Lord Gandalf siedział za masywnym biurkiem z pociętego złocistymi, kwarcowymi żyłkami ciemnego granitu. W jego służbowej komnacie panowała ciemność. Przywódca Inkwizytorów zdawałby się spać, gdyby nie to, że delikatnie kiwał głową do własnych myśli, wpatrując się w czubki złączonych palców. Wreszcie drgnął lekko, jakby rzeczywiście zbudzony z letargu. Delikatnym, zupełnie niepotrzebnym gestem dłoni skinął w kierunku przełącznika na ścianie. Mechanizm cicho pstryknął, a w komnacie zapaliło się delikatne, mlecznej białości światło. Teraz dopiero można było dostrzec zastanawiający szczegół. Lord Inkwizytor nie nosił zwykłego płaszcza. W przeciwieństwie do większości Lordów, którzy nosili czarne szaty, on miał na sobie ciemne czerwienie. Niby potoki zakrzepłej krwi, fałdy delikatnej materii układały się na jego ciele. Twarz miał szczupłą, pociągłą. Jego oczy gorzały nienaturalnie. W tym momencie spojrzał na drzwi i spokojnie, cicho rzekł:

- Wejść.

Młody mężczyzna w szatach Sitha wszedł do komnaty. Jego mina wyrażała lekkie zakłopotanie. Lord Gandalf tylko delikatnie się uśmiechnął. Lubił nawet na swych uczniach sprawiać tak silne wrażenie. Wszak najlepiej chyba poinformowana osoba w Bractwie musi utrzymywać wokół siebie taką aurę. Adept Inkwizycji postąpił jeszcze kilka kroków i z szacunkiem zatrzymał się na metr przed biurkiem. Skłonił głowę i nie unosił jej, kiedy mówił:

- Panie, przybył Inkwizytor Hihnt. Ma z sobą dwóch jeńców.

- A jak straty w misji? - zapytał Najwyższy Inkwizytor

- Niestety, zginęło trzech Massassi. Pozostali również wrócili.

- Hmmm, Lord Executor nie powinien być zdenerwowany. Wszak osiągnęliśmy więcej, niżeśmy zamierzali, prawda? Lord podniósł płonące oczy na ucznia

- Tak, panie. Brat Hihnt przykazał oznajmić, że udaje się natychmiast na salę przesłuchań.

- Dobrze. I jeszcze jedno - jeśli nie używasz oficjalnej rangi, powinieneś mówić "Inkwizytor Hihnt". Należy zachować szacunek wobec starszych Braci. - powiedział lekko strofująco Lord Gandalf

- To się już nie powtórzy, mistrzu.

- Dobrze, możesz odejść.

Przywódca Inkwizycji powoli wstał po wyjściu ucznia. Ruszył do drzwi i wysunął się cicho na pusty, stary korytarz. W drodze, którą przebywał już dotąd tak wiele razy myślał o najnowszej sprawie. O Yuuzhan Vong. Potężni, silni wojownicy. Do tej pory nie udało się zinwigilować ich struktur ani nawet schwytać choćby jednego. Ale to się wreszcie zmieniło. Hihnt przywiózł z Belkadan, który Yuuzhanie zmienili w doki i fabrykę koralowych myśliwców aż dwóch przedstawicieli tej rasy. I w misji stracił tylko trzech Massassi. Widać jednak pozagalaktyczni najeźdźcy nie byli tak potężni jak Jedi. Wszak przeciętnie, według kryteriów Lorda Executora, dziesięcioosobowe komando Massassów mogło stawić czoła Rycerzowi. Inaczej ich szanse zniżkowały wraz z ich obniżającą się liczbą. Cóż, najwyraźniej przeciw Yuuzhanom komando Massassów działa równie dobrze nawet przy mniejszym stosunku ilościowym. Ale o to muszą się już martwić inni. Teraz w gestii Inkwizytorni pozostawało tylko przebadanie wrogich jednostek. A Moc zdecydowanie opromieniła Inkwizytora Hihnta zwycięstwem.

Lord Gandalf stanął przed masywnymi drzwiami. Dotknął ich delikatnie, przesyłając dodatkowo impuls Mocy. Potężna i gruba skalna bryła cicho otworzyła się do wewnątrz. W słabo oświetlonym pomieszczeniu, zalanym delikatnym półmrokiem, stał uczeń Lorda Gandalfa. Obok, na dwóch stołach leżeli unieruchomieni wojownicy Yuuzhan Vong. Cień krył blade i fioletowe pręgi blizn na ich ciałach. Atmosfera przesycona była nerwowym oczekiwaniem. Obok charakterystycznego zapachu kurzu czuło się wręcz adrenalinę buzującą w żyłach. Najwyższy Inkwizytor powoli wszedł do pomieszczenia. Z głuchym stukiem zatrzasnęły się za jego plecami masywne kamienne wrota komnaty przesłuchań.

Lord Gandalf znów siedział za swoim biurkiem. Światło znów było wygaszone. Przesłuchania już się odbyły. Kilkakrotne. Mozolne i nużące. Niezaprzeczalnie, Yuuzhanie znali wiele wymiarów bólu i byli na niego niezwykle odporni jak na istoty nie władające Mocą. Jednak nawet skrajnego masochistę można zniszczyć tak, że będzie błagał o zmiłowanie. A w jego głosie nie będzie nawet cienia przyjemności. Pod tym względem wojownicy Yuuzhan Vong nie byli wyjątkiem, choć skrajny masochizm to w ich przypadku wręcz bardzo łagodny eufemizm. Cóż, powinni być wdzięczni za tę lekcję. Poznali nowy wymiar bólu i cierpienia, nieosiągalny dotąd dla ich ciał i umysłów. Po drugim "seansie" byli wyczerpani. W połowie trzeciego pękli. Gotowi wydać wszelkie informacje. Nawet takie, których pewnie nie znali. Lord Gandalf był zadowolony. Zdecydowanie zadowolony. Wysiłek się opłacił. Mentalne próbniki i dużo bardziej tradycyjne metody przesłuchiwania dały doskonałe rezultaty. Jednocześnie Inkwizytor zastanawiał się, jak można przyjmować takie ilości bólu. Na samą myśl się wzdragał. To przecież zupełnie bez sensu. Od początku było wiadomo, że nie mają szans ukryć swoich sekretów. Teraz należało tylko rozważyć ich znaczenie. I zasygnalizować zaistniałą sytuację Lordowi Najwyższemu. A dalsze decyzje podejmie on i Rada.

Moc rzeczywiście wspomogła Inkwizytora Hihnta. Jeden ze schwytanych Yuuzhan okazał się być dość wysokim rangą oficerem. Kimś w rodzaju komendanta jednej z baz na Belkadan. To od niego pochodziły najważniejsze informacje. Plany i ruchy wojsk. Niemożliwe do całkowitego ogarnięcia nawet przez Flotę Bractwa, jednak nic nie stało na przeszkodzie, aby siły Nowej Republiki lub Spadkobierców Imperium zupełnie przypadkiem poznały fragmenty tych informacji. Jedna rzecz pozostawała jednak zdecydowanie w gestii Bractwa. Fakt planowanego zniszczenia Jedi. Kompletnie, całego nowego Zakonu. Bez choćby jednego wyjątku. Plan był prosty i brutalny. Yuuzhanie mają szpiegów wśród wysokich rangą przedstawicieli władz Nowej Republiki. Ci przekażą wiadomość o kolejnym planowanym spotkaniu Rycerzy. A wtedy desant zmiecie Jedi samą ilością. Cóż, sposób z pewnością mało wyszukany, ale jakże skuteczny. Pozostało jednak do rozważenia ważne pytanie - co w tej sytuacji zrobi Bractwo. Kuszącą opcją byłoby pozwolenie Yuuzhanom wyrżnąć Zakon. Taaaaak. Opcja wybitnie kusząca. I tyleż idiotyczna i pozbawiona sensu. Mimo wszystko Jedi byli kiedyś Braćmi w Mocy. Ale, co ważniejsze, są filarem Nowej Republiki. I choć ona sama zdaje się tego nie dostrzegać, już tylko Zakon powstrzymuje ją od kompletnego upadku. A im więcej przeszkód na drodze Yuuzhan tym lepiej mogło działać Bractwo, nie mogące wszak wystąpić przeciw całej potędze Yuuzhan Vong w prawdziwej wojnie, gdzie najeźdźcy zwyciężyliby po prostu śląc na śmierć legiony wojska. Nie, pozostawienie Jedi nie wchodziło w rachubę. Więc?

Terogon Tzian wciąż nie mógł przestać się trząść na wspomnienie, jak to nazywali siddhi, przesłuchania. Jego młodszy towarzysz siedział obok w wilgotnym lochu. Obaj skurczyli się w sobie. Objąwszy rękoma kolana spoczęli na zimnej posadzce, starając się wyplenić z umysłów wspomnienia metod, jakie zastosowali Inkwizytorzy. Tzian nigdy jeszcze nie widział tak beznamiętnego podejścia do bólu. Sam wielokrotnie czuł satysfakcję, kiedy bił niewolników. Pamiętał dobrze to wspaniałe uczucie, kiedy kości potylicy z trzaskiem załamywały się do środka pod naciskiem jego palców miażdżących czaszki niewiernych. Ale ci ubrani w płaszcze wojownicy byli inni. Sprawiali wrażenie, jakby używali każdej tortury jak narzędzia. Nie brali z tego żadnej, choćby niewielkiej satysfakcji. Liczył się dla nich tylko cel. I to było najpotworniejsze. Terogon czuł w swoim umyśle wpływ próbnika, wysłanego przez dziwne mechaniczne urządzenie. Wiedział, że siddhi, podobnie jak jeedai, nie mogą używać na Yuuzhanach czegoś, co zwą "Mocą". A przynajmniej nie mogą użyć tego w pełni. Bo wielu wojowników walczących ku chwale bogów wojny i śmierci już przekonało się, że istnieją metody zaatakowania ich w ten sposób. Że istnieje wiele bolesnych i śmiercionośnych metod. Do bólu i śmierci wokoło Terogon Tzian był od dawien dawna przyzwyczajony. Ale było coś, co nie dawało spokoju w tych wojownikach. Jedi nie siali takiego postrachu. Walczyli wspaniale, byli niewątpliwie doskonali, ale mimo to wojownicy Yuuzhan Vong obawiali się tych drugich. Odzianych w czernie, walczących niczym demony. Pozbawionych litości i niemal niemożliwych do powstrzymania. A może jednak była w nich odrobina litości? Tzian rozwarł zaciśnięte kurczowo palce i spojrzał na błyszczący lekko metal. Ostrze, trzymane w dłoni pokaleczyło śródręcze. Teraz z ran sączyły się strużki krwi, tworzące na podłodze niewielkie, ciemnoszkarłatne kałuże. Tę broń otrzymał na koniec przesłuchania. Wtedy, kiedy odziany na czerwono mężczyzna chciał wychodzić. Zrozumiał widać jęki osłabionego wojownika. Zrozumiał, że zastosowanie maszyn przy wydobywaniu zeznań zhańbiło Yuuzhan w ich mniemaniu, że stali się również niegodni. Po chwili sam ubrany w kolor krwi przyniósł małe ostrze i dał je wojownikowi, kiedy wprowadzono obu Vong do ich zimnej, wilgotnej celi. Teraz Terogon Tzian spoglądał we własne zamglone osadem krwi odbicie w jasnej stali.

- Obu Yuuzhan znaleziono martwych, Lordzie. Popełnili samobójstwo. - odezwał się Inkwizytor Hihnt w ciemnościach gabinetu

- To oczywiste. Dałem im tylko szansę, aby mogli przywrócić sobie honor, który stracili według zasad swego systemu wierzeń. A teraz proszę zostaw nas.

Hihnt wyszedł cicho. Lord Gandalf odwrócił się do siedzącej w drugim końcu pochłoniętego mrokiem pomieszczenia postaci.

- Musimy podjąć decyzję w sprawie planowanego przez Yuuzhan pogromu Rycerzy Jedi.

- Tak, to nie podlega kwestii. - odezwał się głęboki głos mężczyzny siedzącego na skórzanej sofie - Ale czy aby nasi wrogowie nie zmienią planów po stracie dwóch ludzi?

- Ależ Lordzie. Przyjacielu, za kogo ty mnie uważasz? - roześmiał się Najwyższy Inkwizytor - Toż to byłby błąd na miarę nowicjusza. Po każdym uderzeniu, mającym na celu zasięgnięcie informacji moi uczniowie zabierali ciała zabitych Yuuzhan. Tamci już się pewnie do tego przyzwyczaili.

- A przy okazji daliście im temat do rozmyślań, po cóż nam aż tyle ciał martwych wojowników. Więc to mamy z głowy. Vong będą mieli coś, nad czym mogą sobie łamać głowy.

Lord Gandalf prychnął śmiechem.

- Należy jednak zupełnie poważnie zastanowić się, co zrobić z Jedi. - ciągnął, również lekko rozbawiony, Mroczny Lord - Wszak nie wolno nam pozwolić ich zabić.

- Może przekażemy im informację? Chociaż, nie sądzę, aby młody Skywalker uwierzył niesprawdzonemu źródłu. Otarł się bardzo w Galaktyce od czasu wyjazdu z rodzinnej farmy. Ale proponuję w takim razie uderzyć na Vong.

- A czas? - zapytał Darth Freejack

- Cóż, to musiałby być czas ataku obcych na Jedi.

- Sugerujesz więc niejako otwartą pomoc Zakonowi, prawda?

- Zdaje mi się, że w zaistniałej sytuacji nie mamy wyjścia. Zresztą, to nie musi być żadna pomoc. Po prostu, pilnujemy swoich interesów. - odparł Lord Inkwizytor

- Bo widzisz, Gandalfie, to samo pomyślałem. Przychodzi czas, kiedy trzeba wyjść z cienia, aby jaskrawe światło dookoła nie zaczęło cię oślepiać i zamazywać obrazu. Przychodzi czas, kiedy trzeba zdjąć maskę, aby nie stała się ona twoim prawdziwym obliczem. Przychodzi też czas, kiedy nawet największemu wrogowi trzeba podać pomocną dłoń. Bo zjawia się wspólny wróg.

- Taaaak... - powiedział przeciągle Najwyższy z Inkwizytorów - Poza tym, możemy być niemal pewni, że nasza dłoń zostanie w ostatecznym rozrachunku odtrącona. Ale uczciwe intencje pozostaną faktem. Poza tym, możemy uzyskać czasowe zawieszenie broni, co da nam większe pole manewru. Nasi wysłannicy nie będą musieli starać się działać w tajemnicy przynajmniej przed Jedi. A tak na marginesie, nie mogę się doczekać uczucia, że Zakon jest nam winien uratowanie swej egzystencji. Życie jest szalenie ironiczne.

Tym razem Lord Freejack cicho się roześmiał.

- Teraz należy tylko przedstawić sprawę Radzie. Ale nie sądzę, aby wyniknęły jakiekolwiek problemy. - Mroczny wstał powoli, a wraz z nim Lord Gandalf

- Tak czy siak, to my zyskujemy. Choćby złe samopoczucie tych, którzy uważali nas za wcielone moce piekielne. Mimo wszelkich środków ostrożności Jedi z pewnością już domyślają się, że wróciliśmy. Ten niezwykły popis Szkoły Gniewu na Ithor musiał przyciągnąć uwagę syna Lorda Vadera. Zresztą, on wie lepiej niż kto inny, że Bractwa nie można zniszczyć, bo będzie się ono odradzać po wsze czasy. Tak, jak po wsze czasy będzie istniała nieudolność, korupcja i niezadowolenie z ich istnienia. Bo Moc jest wieczna. Dlatego nie da się zniszczyć ni Bractwa, ni Zakonu. Bo wszak to my jesteśmy Mocą. A gdyby po wojnie sytuacja się zmieniła, wielu moffów Spadkobierców Imperium pamięta dawne czasy i szalenie do nich tęskni. Tych głupców można wykorzystać. Z drugiej strony, admirał Palleon nie należy do nich, ale zna siłę, jaką daje Moc. I również z pewnością nie wzgardziłby sojuszem z Bractwem Sith.

Obaj Lordowie uśmiechnęli się. Niestety, nie można wiecznie utrzymywać swego istnienia w tajemnicy, a równowaga Mocy zostanie zachowana. Czas już uświadomić Galaktyce, że nie może istnieć bez tych, którymi już tyle razy wzgardziła. Czas podnieść dumnie głowy i ruszyć do walki pod sztandarami starożytnych Sith i ich następców. A gdyby przy tym kilku Jedi przejrzało na oczy...