Kraniec Galaktyki. Odległe przestrzenie, znane jeszcze istotom rozumnym od czasów Starej Republiki. Czerń i pustka kosmosu. Nieogarniona, niezbadana, mordercza, wieczna. Wokoło na wiele lat świetlnych ani jednej planety. Nawet roju asteroidów. Martwa, jałowa i pusta przestrzeń. W takich miejscach rozgrywają się często krwawe bitwy. Walki pełne męstwa, odwagi, nieugiętości woli. Walki, których jednak nikt potem nie wspomina. Bohaterowie, po których nikt nie płacze. W takich miejscach ofiary znajdują spokojny, cichy grób wśród czarnej, mroźnej próżni. Taka bitwa wydarzy się też za chwilę. I Republika nawet jej nie zauważy, nie dowie się, nie będzie pamiętać. Niewielu by pamiętało. Ja jednak nie zapomnę, a przeznaczeniem moim chłonąć pamięć wieków i przekazywać ją dalej. Spójrz więc, podróżniku, wraz ze mną.
Oto z nadprzestrzeni wyłania się kształt. Długi, podobny grotowi włóczni. Zupełnie biały, pozbawiony nawet zwykłych oznaczeń. O jego przynależności mówią tylko charakterystyczne emblematy na płatach po bokach. Czerwony trójkąt z wpisanym weń mniejszym, fioletowym. Ozdobione czarnymi jak smoła, nieco topornymi runami. Znak Bractwa Sithów. A ta jednostka to okręt dowodzenia w bitwie, jaka ma się tu wkrótce odbyć. Potężny, klinowaty gwiezdny niszczyciel klasy Imperial II wyhamowuje właśnie do prędkości podświetlnej. Postronnemu obserwatorowi wydałoby się, że ten kolos wprost zatrzymuje się w miejscu. Tylko jarzące się błękitem, ogromne dysze silników zdradzają teraz jego powolny, majestatyczny ruch. Nie jest osamotniony. Nawet wojownicy Bractwa, jeśli walczą sami, to tylko z wyraźnego rozkazu lub wolnego wyboru, popartego pozwoleniem zwierzchników. "Mrok wspiera Mrok" - rzekli dawno temu starożytni, a za nimi hasło to niesie obecny Mroczny Lord, Darth Freejack. Tak i tu, okręt dowodzenia nie pozostaje samotny. Po chwili hiperprędkość zaczynają wytracać kolejne potężne jednostki. Obraz lekko zakrzywia się, kiedy z nicości wyłaniają się kolejne podobne strzałom kształty. Wszystkie jednolite, połyskujące w blasku odległych gwiazd trupią bielą. Wszystkie opatrzone tym samym symbolem. Złowrogie, emanujące potęgą tym większą, że zwielokrotnioną psychicznym wrażeniem. Pomnożona odczuciem nikłości, powodowanym emanacją z wnętrz niszczycieli. Tu zebrała się w końcu główna siła Floty Gwiezdnej Bractwa Sith. A na mostkach większości z przybyłych niszczycieli czekają już z niecierpliwością Lordowie Sith. To od nich bije ta potęga. Oni niosą to przygniatające wrażenie nikłości wszystkiego wokół. Oni wreszcie mają zamiar odeprzeć potęgę Yuuzhan Vong, która ma uderzyć w Galaktykę. Nikt nie może poszczycić się takimi osiągnięciami w dziedzinie zdobywania informacji i w wywiadzie, jak Inkwizycja Sith. Jedi mogą sobie uważać, że to oni potrafili ukrywać się przez długie lata. Mogą sądzić, że są mistrzami pasywnego użycia Mocy. Jednak to nie oni przetrwali całe tysiąclecia w oczekiwaniu. Nie oni przewidzieli kontrofensywę Wielkiego Admirała Thrawna i jego klęskę. Nie oni wreszcie dowiedzieli się o nadejściu posiłków Yuuzhan Vong i ich koncentracji w tym właśnie miejscu. Prawdopodobnie także oni nigdy nie dowiedzą się o męstwie Braci, którym przyjdzie być może polec tu w walce z przeważającym przeciwnikiem. Jedi nie dowiedzą się o zabitych Massassi, którzy przystępowali do wejścia na pokład wrogich okrętów. Nie poznają losów nowych pokoleń Mandalorian, którzy będą tu na swoich zmodyfikowanych mechanicznych bestiach - bazyliszkach - walczyć w szeregach floty myśliwskiej Bractwa. Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Wszak teraz flota Sith dopiero co wyszła z nadprzestrzeni...
Niszczyciele i ich pomniejsza eskorta zaczęły skomplikowane manewry w celu ustawienia się w szyk. W gąszczu jednostek można było dostrzec sylwetki obu modeli gwiezdnych niszczycieli klasy Imperial, kilka klasy Victory, kilka lotniskowców i dwie jednostki Interdictor, mające zmniejszyć możliwy wpływ dovin basali na systemy ochronne i mobilność jednostek Bractwa. W końcu kolosy utworzyły przepisową formację. Ustawione za mniejszymi jednostkami, same wreszcie osłaniające krążowniki Interdictor, zastygły w złowieszczym oczekiwaniu. Brak było tylko niszczycieli klasy Super. Oba jednak, należące do Lorda Executora i Mrocznego Lorda, wypełniały inne zadania. Tym bardziej, że do dowodzenia tą operacją wybrano innego przedstawiciela Rady. Kiedy stalowe potwory ustawiły się posłusznie w szyku, Lordowie zeszli z mostków swych jednostek. Wszyscy podążyli do prywatnych kajut medytacyjnych, aby stamtąd odbyć jeszcze ostatnią naradę bezpośrednio przed walką. Pozostawili na stanowiskach dowodzenia swych adiutantów i rozpoczęli medytacje.
Atmosfera w komnacie medytacyjnej na gwiezdnym niszczycielu "Furious" coraz bardziej przesycała się Mocą. Lord Avensis pogrążał się w myślach, pragnąc nawiązać połączenie z głównodowodzącym tą operacją - swym przyjacielem, Lordem Thomasem. Władca Gniewu trwał chwilę pogrążony w czarnej pustce, a towarzyszyły mu tylko własne myśli. Poczuł jednak obecność innych. Wszyscy czekali na to samo. Sygnał, odezwę Lorda Iluzji. W chwili, kiedy już zastanawiali się, dlaczego zwleka, wokoło nich wybuchła na ułamek sekundy mleczna jasność. Świetlista kula rozmyła się tak nagle, jak się zjawiła, ale nie trwali już w pustce. Znaleźli się w otoczeniu gustownych, ciemnych mebli, wykonanych z miękkiej skóry i drewna. Idealnie przejrzyste, lekko przysłonięte okno, ukazywało zachód słońca. Krajobraz od razu rozpoznali. To było Korriban. Pustynne okolice, jakże znajome całemu gronu, które się tu nagle znalazło. Cóż, Lord Iluzji zawsze lubił styl i jednocześnie gustowną prostotę. Tym razem, aby uprzyjemnić naradę wykreował to otoczenie, jakże dokładnie oddające jego prywatną kwaterę na planecie Sithów. Kiedy wszyscy rozglądali się z rozbawieniem, podziwiając kunszt swego przyjaciela, drzwi w iluzorycznym pokoju cicho i powoli się otworzyły. Do środka weszła postać, okryta czarnym płaszczem z matowej, lekkiej tkaniny. Lord Thomas, spadkobierca tradycji i potęgi Nagi Sadowa dostojnym krokiem podążył ku wolnemu fotelowi i zasiadł w nim, po czym rozejrzał się po zgromadzonych osobach.
- Panowie, napijecie się? - spytał swobodnie - Iluzja iluzją, ale chciałbym, abyśmy jeszcze przez ten krótki czas przed bitwą czuli się jak w domu.
Nikt nie oponował, tym bardziej, że projekcje, tworzone przez Lorda Thomasa były tak doskonałe, że gdyby nie to, iż dorównywali sobie wzajemnie zrozumieniem Mocy, mogliby dać się oszukać! A smak szekocjańskiej whisky był oddany wprost perfekcyjnie. Wszyscy usiedli wygodniej. Po chwili znów zaczęli spoglądać na przewodniczącego tego spotkania, który zapatrzył się w iluzoryczną szklankę z grubego, rzeźbionego szkła i odblask krwawej poświaty zachodzącego słońca, tańczący w bursztynowym płynie. Lord Thomas zmrużył oczy i przemówił powoli i spokojnie:
- Rozumiemy wszyscy, że nie wolno dopuścić, aby jakakolwiek jednostka nieprzyjaciela opuściła ten rejon. Wiemy także, że walka nie będzie łatwa z racji liczebności jednostek Yuuzhan Vong. Poza tym, istnieje możliwość, że posiadają jeszcze gdzieś dobrze zamaskowane odwody, które mogą ruszyć na pomoc.
- Ich flota została znacznie uszczuplona pod Ithorem. Srodze przypłacili wyjałowienie planety. Nie sądzę, aby jeszcze gdzieś posiadali wystarczającą ilość jednostek, aby móc pozostawić jakiś układ broniony i jeszcze wspomóc swoich. - odezwała się dźwięcznym głosem jedyna kobieta w tym zgromadzeniu, piękna Mroczna Lady - A nawet jeśli, to jest niemal pewne, że będą zbyt daleko, aby przybyć na czas. Tak czy inaczej, Inkwizytorzy Lorda Gandalfa niczego nie wykryli. A mamy przecież świadomość, że mało które z sekretów naszych dotychczasowych wrogów mogą się przed nimi uchować.
- Musimy starać się zablokować ich transmisję. - wtrącił jeden ze zgromadzonych Lordów, powoli smakując nierzeczywisty trunek - To nie będzie łatwe. Prawdopodobnie nie jesteśmy w stanie tego dokonać w stu procentach, ale trzeba zminimalizować szansę.
- Pozostaje jeszcze problem ich liczebności. - dodał Lord Avensis - Jakkolwiek przewyższamy ich jakościowo... - zawiesił głos - mogliby nas zalać samą swoją liczbą. Podejrzewam, Lordzie, że masz już swój plan na tę sytuację?
- Ależ oczywiście. - odparł z uśmiechem gospodarz iluzyjnego salonu - Ale wpierw chciałem spytać was, moi przyjaciele.
Kiedy tak Lordowie Sith rozprawiali między sobą, zawieszeni niemal poza czasem w wykreowanej specjalnie w tym celu iluzji, ciężkie koralowe okręty Yuuzhan Vong sunęły przez przestrzeń. Ciągnięte tajemniczymi dla mieszkańców Galaktyki umiejętnościami dovin basali, żywe światostatki pędziły ku swemu przeznaczeniu. Dowódcy byli nieświadomi zagrożenia, gdyż zgromadzenie jednostek Bractwa osłaniała nowoczesna technologia i Moc. Poza tym, Yuuzhanie byli zbyt zajęci własnymi problemami i rozważaniem klęski pod Ithor oraz wejścia nowych graczy, którzy dopasowali się do reguł tak, jakby sami je tworzyli. Nie tak, jak "jeedai". Ci tajemniczy "siddhi" zabijali bez mrugnięcia okiem, jeśli uznali to za konieczne. Poza tym, ich sekretna "Moc", która w wypadku jeedai nie skutkowała przeciw wojownikom Yuuzhan, sprawdzała się morderczo dobrze. Dowódca ekspedycji Arinth Xian miał oczywiście własne domysły na ten temat, ale prorocy i kapłani rasy Vong jakoś nigdy dobrze nie patrzyli na takich samodzielnie myślących w sprawach religii. Tego typu postawa mogła kosztować znaczną utratę statusu, a nawet i honoru. Życie odbierano w drodze niezwykłej łaski. Xian wolał nie ryzykować czy zostanie mu ona okazana. Stał na mostku swego okrętu, "Bolesnej Śmierci" i podłączony do żywej struktury neuronowej, oglądał zajęte do tej pory planety, których obrazy zapisano w żywym banku danych. Już niedługo i on dołączy do walki. Wreszcie okryje swój dom na nowo chwałą zwycięstwa. Pobije niewiernych, oddanych mechanicznym imitacjom życia. Widział siebie jako zwycięzcę, niosącego chlubne ślady swych działań w postaci blizn. Widział, jak ścina amphistaffem swych nieprzyjaciół. Jego radość byłaby pełna, gdyby nie jeden drobny szczegół. Mała, bolesna drzazga na granicy świadomości. Dziwna myśl, że nie doleci do celu. Miał zdecydowanie złe przeczucia. Nie! Wojownik Yuuzhan Vong nie okazuje słabości! Otrząsnął się, jakby w ten sposób mógł pozbyć się obaw i tego cienia lęku, ku któremu się zbliżali. Znów ujrzał siebie zwycięzcą. Jednak pozostała w nim odrobina tamtego uczucia. Zdawał sobie sprawę, że wciąż coś go niepokoi. Wykrzywił jednak pooraną bliznami twarz w wyrazie pogardy. Z rozkoszą uczuł ból, który sprawiło mu zdjęcie maski, łączącej go ze statkiem. Rozejrzał się po mostku i pracujących tu nawigatorach i pilotach, operatorach dovin basali. Jego pierś wypełniła się dumą i poczuciem niezwykłej satysfakcji. Powoli odwrócił się i niespiesznym, majestatycznym krokiem zszedł z mostka. Ruszył w kierunku swej kajuty, aby tam oddać się rozmyślaniom. Odczucie, że podąża ku zgubie zepchnął na samo dno świadomości...
Lordowie dawno już zakończyli naradę. Przerwali aktywne połączenie i wrócili na mostki swych jednostek. Piloci na pokładach hangarowych trwali w stanie alarmu. Zdyscyplinowani, gotowi w każdej chwili wsiąść do maszyn i ruszyć na wroga. Na niszczycielach swe miejsce znalazły także, obok standardowych eskadr, formacje, składające się z podwładnych każdego z Lordów. Każda z maszyn była inna, każda oddawała charakter i zamiłowania właściciela. Bo nie latał nimi byle kto. Ich pilotami byli adepci Szkół, które zostały wyznaczone do tej misji. Tak, jak szeregowi piloci, Sith trwali w gotowości, czekając na rozkaz, aby wysypać się z brzucha wielkiego okrętu i ruszyć na nieprzyjaciela. Wokoło czuło się aurę oczekiwania, ale bynajmniej nie nerwowego. Wypełnionego ekscytacją, ale umiejętnie hamowaną. Wreszcie, zawyły syreny. Światła na pokładach hangarów zasygnalizowały, że już nadszedł czas. Piloci popędzili do maszyn. Grupy odzianych w czarne kombinezony próżniowe pilotów maszyn TIE, nieliczni, choć od razu rzucający się w oczy, opancerzeni Mandalorianie i Sith. Po chwili dźwięki wokół każdej z tych istot wytłumiły kabiny ich maszyn. Hangar wypełnił się dźwiękiem uszczelnianych wejść. Wszystko na moment zamarło, jakby w oczekiwaniu. Czerwone światła obracały się, rzucając szkarłatne refleksy na rzędy pojazdów. Trwało to może sekundę. Potem silniki obudziły się do życia. Dysze zapłonęły. Wnętrze hangarów wypełnił jęk podwójnych silników jonowych. Maszyny, uniósłszy się na repulsorach, poczęły się kierować ku wylotom przestrzeni lądowiskowych. Niczym drapieżne ptaki, rozmaite myśliwce przelatywały powoli coraz dalej, aż przeniknęły niewidzialną barierę, zabezpieczającą przed uchodzeniem powietrza w próżnię. Za nimi ruszyły bazyliszki Mandalorian i mieszane eskadry Sith. Po chwili hangary opustoszały. W oddali widać było poświatę silników. Kiedy roje myśliwców opuściły pokłady macierzystych jednostek, uwaga wszystkich skupiła się na zbliżającej się armadzie. Flota Yuuzhan Vong ponad dwukrotnie przewyższała ilościowo siły Bractwa. Lordowie jednak, ufni w Moc, rozkazali artylerii namierzać wrogie jednostki. Z mostków swych flagowych jednostek, najwyżsi rangą Sith spoglądali na chmury swoich myśliwców, łączące się, formujące bezbłędne szyki i ruszające ku wrogom, którzy, jak wskazywały czujniki, także zaczęli już wysyłać myśliwce. Rozpoczęła się walka.
Silny wstrząs wytrącił Arintha Xiana z równowagi w trakcie drogi z powrotem na mostek. Dowódca zachwiał się i runął na stojącego w pozycji pełnej pokory niewolnika. Pojazd zakołysał się raz jeszcze. Xian rozejrzał się wokoło i ze złością uniósł rękę, gotowy smagnąć nią niewolnika, który go dotknął. Przez kadłub przeszedł jednak kolejny wstrząs. Przywódca Yuuzhan spojrzał z nienawiścią, by dobrze zapamiętać sobie twarz psa, którego już wkrótce czekała okrutna śmierć. Odwrócił się i ruszył szybko na mostek. Kiedy tam dotarł, rozpoczęły się meldunki. Przeciął dalsze słowa gestem dłoni i połączył się ze statkiem. Po sekundzie wiedział już, co się stało. Dovin basale zaczęły zmagać się z nowym, szalenie silnym polem grawitacyjnym. Komórkami statku Arinth Xian spojrzał wokoło. Zidentyfikował sam źródło przyciągania. Dziwny krążownik niewiernych. I flota, niewielka w porównaniu z jego własnymi siłami. Na razie nie potrzebował wiedzieć więcej. Szybkim ruchem zerwał połączenie ze statkiem. Zachrypniętym w podniecenia głosem zakomenderował: "Do skoczków!". Stanął prosto na środku mostka, ogarniając wzrokiem podwładnych. Władczym spojrzeniem opanował zamieszanie. Natychmiast pospieszono wykonać jego rozkazy. Wkrótce poczuł, że roje koralowych skoczków opuszczają światostatek. Jego twarz się rozpogodziła.
Lord Thomas nie przebywał na mostku. Pozostawił tam swego kapitana. Miał zaufanie do doświadczonej załogi, a to, czego zamierzał dokonać wymagało skupienia i dokładności. Nie mógł być zajęty niczym innym. Z uśmiechem uświadomił sobie, że jego podwładny, Dra'gon, wystartował. Wyczuł jego umysł na pokładzie Skipray'a. Koncentrację i zdecydowanie. Lord Iluzji był zadowolony z ucznia. Teraz jednak musiał wyzbyć się zbędnych myśli. Szybko pogrążył się w medytacji. Zatopił w otchłani swej podświadomości, łącząc ją ze wszystkim, co żywe. Duchem zjednoczył się z Mocą. Wiedział, że Yuuzhan nie da się oszukać skomplikowaną iluzją. Nie mógł wysłać im obrazu bezpośrednio do umysłów. Na to byli niewrażliwi. Jednak Lord Iluzji wiele razy przekonał się, że proste oznacza dobre. Jakże często istniejące warunki takiej jak oświetlenie czy gra cieni mamiły zmysły istot inteligentnych różnych ras! I teraz miało się tak stać. Lord Thomas objął umysłem całą armadę Bractwa. Sięgnął do swych najgłębszych, najbardziej osobistych talentów Mocy i użył ich. Trudno zdać relację z tego, co się później stało. Bo była to niesłychana klęska Yuuzhan Vong. I nieprawdopodobne, nawet jak na użytkowników Mocy, zwycięstwo.
Światło odległych gwiazd wokół okrętów Floty Bractwa załamało się. Delikatne błyski oznaczyły przestrzeń wokół kolosów imperialnego projektu. Z tych blasków, powoli i majestatycznie, wychynęły kolejne jednostki. Nikt z obcych najeźdźców nie dostrzegł bliźniaczego podobieństwa. Ich szpiedzy przekazali jednak dane o urządzeniach maskujących. W szeregach Yuuzhan nie było miejsca na panikę, ale ziarno strachu zaczęło kiełkować głęboko w umysłach kolejnych wojowników.
Lord Thomas sprawnie rozegrał całą walkę. Duplikaty rzeczywistych jednostek Bractwa odciągały uwagę wroga od pierwowzorów. Wtedy te atakowały celnie i skutecznie. Władca Iluzji mamił nieprzyjaciół. Z uśmiechem oczami myśli spoglądał do wnętrza żywych okrętów Yuuzhan Vong. Tam tworzył kolejne ułudy. Ze światła i cienia formował buchające płomienie. Zawsze z dala od prawdziwych istot, ale tak blisko, aby załoga musiała uciec w przeświadczeniu, że inaczej zginie. Oczywiście, nikt nie dałby się nabrać na iluzyjne pęknięcie kadłuba. Jednak wycie powietrza było prawdziwe. Dodatkowo, uformowane z cieni i blasków postacie duszących się pobratymców robiły wielkie wrażenie. Moc otaczała silnie zgrupowanie statków Yuuzhan i Bractwa. Wszyscy obecni tam jej użytkownicy to czuli. Lordowie z rosnącym zadowoleniem patrzyli na niszczone jednostki wroga. Jeszcze większą przyjemność sprawiało im spoglądanie na kolejne pojazdy, których piloci ewakuowali się w przeświadczeniu, że ich koralowe pojazdy za chwilę eksplodują. Oczywiście, tu również była spora zasługa Władcy Iluzji, który swymi mentalnymi podszeptami musiał jakoś jednak wpływać na bezpośrednie otoczenie Yuuzhan. Wszak oni nigdy nie odchodzili z pola walki. Tym bardziej więc rósł szacunek, jaki mieli Lordowie do swego przyjaciela. Tym bardziej podziwiali jego kunszt w sztuce, którą odziedziczył po wielkich przodkach. Tym bardziej też widzieli, jak dobraną tworzą grupę. "Mrok wspiera Mrok" słyszeli w uszach słowa Mrocznego Lorda, któremu zawdzięczali istnienie Bractwa i swoją do niego przynależność. I wiedzieli, że razem są niezwyciężeni.
Bitwa zakończyła się. Yuuzhanie nie odlecieli z miejsca, w którym spotkali flotę Bractwa. Obaliła ich potęga Mocy. Żaden meldunek nie dotarł stamtąd do kwatery głównej. Flota Bractwa Sith odleciała, zbierając swych rannych i żegnając poległych w nierównym boju. Wracali jednak jako zwycięzcy. A ich tryumf znów zaważył na losach Galaktyki. Wszak z tymi posiłkami nie wiadomo jak potoczyłaby się kolejna bitwa Yuuzhan z Nową Republiką. Wracali w glorii i chwale. Nikt jednak nie opisze tego tryumfu. Nikt nie zapłacze nad poległymi, nikt nie włoży lauru nieśmiertelnej sławy na skronie zwycięskich Sithów, oddalonych przez Galaktykę i Jedi... Nikt? Czyżby? Jednak tam, pośród gwiazd, nasze holocrony utrzymują pieśni o zwycięstwie. Posłuchaj ich.