Planeta w Środkowych Rubieżach Zewnętrznych. Leżący w systemie Ottega Ithor. Dziś planeta zupełnie spustoszona, zmieniona w pustynię, wyjałowiona do cna. Jest przykładem niszczycielskiej potęgi wojen. Trzeba będzie wiele czasu i wysiłku, by przywrócić ją dawnemu stanowi... o ile to w ogóle możliwe. Jednak w czasie, kiedy dzieje się ta opowieść, Ithor był wciąż jeszcze perłą w koronie Galaktyki. Nikt chyba nie spodziewał się, jaki koniec spotka ten świat. Świat wręcz skupiający w sobie Moc poprzez obfitość zamieszkujących go form życia. Cudowna ta planeta porośnięta była puszczą jedyną w swoim rodzaju, bo świadomą i gotową bronić się przed intruzami. Kto by pomyślał, że taki pokojowy świat, będący kurortem wypoczynkowym znanym w całej Galaktyce stanie się tak potężnym punktem zapalnym między kontynuującymi inwazję Yuuzhanami a Republiką i sojuszniczym z nią w tym konflikcie Imperium. Nasza opowieść dzieje się jednak w czasie, gdy cały Ithor otoczony był pierścieniem statków sojuszników. Niedawni wrogowie zjednoczyli się przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi. Obok fantastycznie ukształtowanych krążowników Mon Calamari i ciężkich okrętów bothańskich orbitują tu teraz wysmukłe gwiezdne niszczyciele o kształcie klina. A wszystko to z powodu niesłychanego faktu, mogącego przechylić szale losu wojny na jedną ze stron. Otóż okazało się, że tutejsze drzewa - baforowce - a właściwie ich pyłki, mają morderczy wpływ na krabie zbroje Yuuzhan, które zaciskają się w przedśmiertnym spazmie na właścicielu. Przerażony tym faktem wódz Yuuzhan Shedao Shai, któremu wcześniej wymknął się Corran Horn, postanowił przejąć kontrolę nad planetą. Działanie flory galaktycznej na najeźdźców musiało zostać utrzymane w tajemnicy, gdyż było bluźnierstwem dla doktryn kapłanów Vong, głoszących, że Yuuzhanie niosą chwałę prawdziwego życia, zastępowanego mechanicznymi imitacjami. Tak więc rozpoczęła się walka o Ithor. Teraz już jedni z ostatnich mieszkańców opuszczają dom wraz ze szczepami drzew oraz innych roślin, a także okazami zwierząt. "Zadziorny" i "Chimera" wraz z resztą floty, osłaniały ten odwrót.
Tymczasem w Odległych Rubieżach Zewnętrznych gromadziła się flotylla Yuuzhan Vong. Żywe, koralowe okręty ściągały z różnych zajętych już planet. Dowódca, Shedao Shai bardzo starał się, aby zająć Ithor jak najszybciej. Jego siły były zmobilizowane i wysłał już zwiadowców w pobliże planety. Na czele klucza potężnych Yuuzhańskich żywych krążowników unosiło się "Dziedzictwo Udręki". Na pokładach czekały koralowe skoczki i szeregi wojowników, gotowych do szaleńczej walki przeciw niewiernym. Ich determinacji dorównywała tylko biegłość w walce. Tysiące potężnych Yuuzhan, a wszyscy mieli na celu wciągnięcie Ithoru w obszar swego bezlitosnego panowania. Światło gwiazd błysnęło na szklących się powierzchniach okrętów, kiedy dovin basale pchnęły koralowe kolosy. Flota ruszała za "Dziedzictwem Udręki", na którego pokładzie Shedao Shai planował już zwycięstwo nad znienawidzonymi wrogami. Wiedział, że jego wyzwanie już dotarło do jeedai. Nie wątpił też, że uczyniło odpowiednie wrażenie.
Tymczasem, kiedy na pokładzie latającego miasta Ithorian - "Tafanda Bay" - toczyły się polityczne konferencje z udziałem przywódców Nowej Republiki i Spadkobierców Imperium, a flota Yuuzhan Vong ruszała do boju, pośród oddziałów broniących Ithoru nie działo się nic niezwykłego. Z pokładów niszczycieli i bothańskich krążowników zaczęły się wysypywać roje myśliwców, mających patrolować obszar wokół planety. Poprzednia warta właśnie wracała do macierzystych okrętów. Z lądowiska jednego z gwiezdnych niszczycieli, obok standardowych eskadr wystartowała też dziwna mieszanina maszyn różnego typu. Przez chwilę unosiły się bezwładnie niczym pyłek obok okrętu, z którego się wydostały, kiedy jednak inne myśliwce już oddaliły się w stronę planety, ich silniki obudziły się do życia. Piloci natychmiast sformowali szyk delta i również pomknęli w kierunku planety. Na czele, z charakterystycznym zawodzeniem silników jonowych, mknął TIE-Interceptor. Delikatne smugi w przestrzeni znaczyły trasę ich przelotu. Maszyny obrały kurs na Ithor, zamierzając wyraźnie wylądować. Nie zdziwiłoby to postronnego obserwatora, gdyż siły sprzymierzone co jakiś czas wypuszczały jakiś oddział, który lądował na opuszczonych latających miastach i badał okolicę. Uwagę mógł przykuć co najwyżej drobny szczegół wyglądu maszyn, które dopiero co opuściły pokład niszczyciela. Otóż na kadłubie każdej z nich widniał niewielki emblemat. Nie był to jednak stylizowany feniks Nowej Republiki ani też godło imperialne. Pozbawione wszelkich innych zwykłych oznaczeń myśliwce nosiły tylko czerwony trójkąt z wpisanym weń mniejszym, fioletowym. Na brzegach obu znajdowały się dziwne, toporne znaki, które dziś już niewielu potrafi odczytać. Znaki te wyrażały trzy słowa, po jednym na każdy bok fioletowego trójkąta: Lojalność, Dostojeństwo, Wiedza... Maksymy, którymi kierowało się Bractwo Sith - spadkobiercy starożytnej potęgi. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na te oznaczenia. Nikt też nie zauważył, że te myśliwce nie powinny, według początkowego planu, nie tylko wystartować, ale i znaleźć się na pokładzie floty nad Ithorem. Moc ma jednak wielki wpływ na słabe umysły, a Bractwo sięga daleko w struktury dawnego Imperium. Tak więc eskadra, zupełnie przez nikogo nie niepokojona, zatoczyła jeszcze koło ponad atmosferą i zanurkowała w warstwę chmur. Zgranie pilotów, godne największych asów, zdradzało opanowanie i lata praktyki. TIE, mimo że niezbyt nadające się do lotów atmosferycznych, mknęły przez kłęby chmur. Cząsteczki powietrza tarły o poszycie, jednak wzmocnione i ulepszone myśliwce Bractwa nic sobie z tego nie robiły. Maszyny, wyszedłszy z grubego tumanu obłoków, znalazły się pod błękitnym niebem Ithoru, pokrytym postrzępionymi chmurami. Już ponad świętą dżunglą, uczyniły ostry zwrot w kierunku jednego z opuszczonych miast. Piloci ciekawie przyglądali się umykającym pod kadłubami drzewom. Powierzchnia planety była dla nich jednolitą płytą zieleni. Nie zauważali mocarnych konarów i wierzchołków baforowców. Potężne drzewa ukrywały się przed ich wzrokiem pod plątaniną liści i pnączy. Mimo to, sama obecność na planecie tak przepełnionej życiem niósł otuchę i wlewał w ich serca nadzieję poprzez Moc. Czuli każde stworzenie i każdą roślinę. Niczym zanurzeni w morzu Mocy, sięgali myślami wokoło. Wiedzieli, że podobne eskadry również suną już w atmosferze Ithoru. Mieli łączność ze swoimi Braćmi, którzy także podążali na spotkanie wyznaczonych im miejsc. Bractwo wiedziało, że Jedi nie mają wystarczającej ilości uczniów, żeby okryć ochronnymi płaszczem całą planetę w wypadku inwazji sił lądowych. Dlatego, poprzez zręczną manipulację, wydzielono obszary, które miały zostać zajęte przez odpowiednie Szkoły. Te tereny gwarantowały, że Sith nie zostaną wykryci, gdyż, ze względu na braki ilościowe Jedi, broniłyby się niejako na słowo honoru. Oczywiście, formalnie nie było na nich żadnej obrony, prócz automatycznych twierdz. Tak więc Bractwo mogło działać w spokoju, odpierając atak Yuuzhan.
Myśliwce już wylądowały, wzbijając podmuchy wiatru nad pokładami latających miast. Kabina przewodzącego TIE-Interceptora otworzyła się i z wnętrza wysunęła się ubrana na czarno postać. Władca Szkoły Gniewu, Lord Avensis, zwinnie wyskoczył ze swego myśliwca, odłączywszy uprzednio aparaturę podtrzymującą życie i kombinezon próżniowy. Czarny płaszcz zafalował wokół niego, a wisząca przy pasie długa rękojeść podwójnego miecza świetlnego uderzyła o udo. Lord spojrzał na swoich uczniów, wysiadających z myśliwców. Z pewnym żalem pomyślał o pozostawionym razem z resztą floty Bractwa flagowym ISD "Furious". Ale cóż, okoliczności wymagały nieco bardziej skrytych działań. Założył rękawice z czarnej, lekko połyskującej w promieniach jasnego słońca skóry. Obejrzał się raz jeszcze na swych uczniów, którzy już gotowi czekali na rozkaz wymarszu obok swych maszyn. Lord Avensis zsunął kaptur na plecy i lekko skinął dłonią na adeptów Szkoły Gniewu. Zostawiając za plecami swój myśliwiec przechwytujący - "Helldivera" - opuścił się z platformy miasta. Dzięki Mocy zaczął wyhamowywać upadek. Miękko wylądował na konarze baforowca i począł schodzić niżej. Za sobą słyszał uczniów, którzy również posuwali się ku dnu lasu.
Kiedy stopy Lorda Gniewu dotknęły już gruntu, rozejrzał się uważnie wokoło. Sprawdził czy jego adepci są gotowi i ruszył w kierunku wyznaczonego stanowiska. W drodze do automatycznej fortecy podziwiał gąszcze roślin i poruszające się w oddali zwierzęta. Nic nie niepokoiło Sithów, którzy już dawno pogodzili się z własnymi osobowościami. Matka-Dżungla nie śmiała wyciągnąć ku nim karzącej ręki, gdyż sami przeszli oczyszczającą ceremonię. Lord Avensis był świadom, że wkrótce taka uroczystość odbędzie się z udziałem Jedi i ithoriańskiego kapłana. Do czasu tego wewnętrznego oczyszczenia, każdy zostałby potraktowany jak intruz. Tymczasem rozmyślania przerwała mu ciężka budowla, która wyłoniła się zza wzniesienia. Potężna, mocarna forteca była broniona przez automatyczne działa i miała ściągnąć uwagę Yuuzhan jako przejaw techniki. To ona miała być centralnym punktem obrony Szkoły Gniewu pod wodzą Lorda Avensisa. Tam też natychmiast się schronili.
Mentalny komunikat od koordynującego akcję z ramienia Rady Lorda Thomasa oznajmił przywódcy Szkoły Gniewu, że Jedi już znaleźli się na powierzchni planety i wojownicy Yuuzhan Vong również są blisko. Rzeczywiście, nie trzeba było czekać długo na ich atak. W oddali rozbrzmiała kanonada automatycznych dział. Tam, daleko, za linią niemal nieprzebytego lasu, bronili się Jedi. Lord Avensis dostrzegł na niebie długie ogniste smugi, znaczące trasę przelotu barek desantowych najeźdźcy. "Dobrze, że nasze myśliwce są poza zasięgiem walk." pomyślał. W tym momencie ziemią wstrząsnął wybuch. A potem drugi, trzeci, czwarty. To gwałtownie lądowały barki desantowe. Lada moment na polanę wyjdą pierwsi Yuuzhanie. Lord Avensis podniósł dłoń do góry i zachrypniętym z powściąganej ekscytacji nadchodzącą bitwą głosem wydał komendę. Jego Sith ukryli się na dachu fortecy. Sam również ruszył na to miejsce.
Pierwszy z wojowników Yuuzhan Vong wybiegł na polanę. Krew buzowała mu w żyłach. Widział przed sobą fortecę niewiernych. Wokół niego już sypał się grad ziemi i wybuchały pociski, ale nic sobie z tego nie robił. Chwała pierwszego uderzenia na bluźniercze imitacje życia spłynie na niego, a rany tylko ją spotęgują. Nie widział wokoło żadnego z jeedai. Prychnął gniewnie, w myślach obdarzywszy ich mianem tchórzy i głupców. Wiedział, że nie miną go przywileje i splendory za tę akcję. Nagle posłyszał coś dziwnego. Okrzyk. Ale nie jego pobratymcy. Właściwie wrzask, wibrujący w uszach, budzący grozę. Wrzask gniewu. Zatrzymał się i spojrzał w kierunku, skąd rozległ się ten wydany w nieznanej mowie krzyk. Z dachu fortecy poszybowało coś dużego i czarnego. Kształt, łopoczący w podmuchach wywołanych strzałami z dział. Yuuzhanin śledził ten lot w niemym podziwie. Dostrzegł zarysy ugiętych nóg i obejmujących je w kolanach rąk. I długą, pobłyskującą złowrogą czernią rękojeść. Rozpoznał napastnika. "Jeedai!" syknął z zadowoleniem. Zabicie takiego przeciwnika przysporzy mu jeszcze więcej chwały. Odskoczył do tyłu i uchwycił amphistaffa, który przekształcił się we włócznię. Wszystko to trwało tylko chwilę, ale łopoczący płaszczem przeciwnik już, już lądował. Upadł lekko, w zwinnym przyklęku i natychmiast się wyprostował. Przez moment Yuuzhanin lustrował go wzrokiem. Wysoka, smukła sylwetka, czarny płaszcz z głębokim kapturem, a pod nim bluza z wyprawionej, utwardzonej, czarnej skóry. Takie same rękawice. Czarne spodnie i ciężkie, czarne buty. I twarz, ukryta w cieniu kaptura. A w tej twarzy osadzone oczy. Oczy straszne i gorejące. Ten moment wystarczył jednak, by miecz w ręku czarno odzianego napastnika ożył. Płonące ciemną, głęboką purpurą ostrze zasyczało. Z niebywałą wprawą wojownik wykonał delikatny ruch, który jednak zakończył się wbiciem ostrza w pierś Yuuzhanina. Ten w niemym podziwie i pokorze uświadomił sobie swą pomyłkę. Rozpoznał nowego wroga, o którym donosił przekaz od zabitych zwiadowców. "Siddhi!" to była jego ostatnia myśl zanim wyzionął ducha.
Lord Avensis słyszał swój własny okrzyk, zwielokrotniony w ustach podopiecznych. Słyszał syk mieczy świetlnych. Widział swego pierwszego wroga padającego z przedziurawioną piersią. Aktywował drugie ostrze. Czuł w żyłach adrenalinę pomieszaną z czystą esencją swego własnego, duchowego, mrocznego żywiołu - Gniewu. Widział nacierających Yuuzhan, jednak ich ruchy były dlań niczym w zwolnionym tempie. Moc otaczała tę planetę, a on był silny Mocą. Przez ułamek sekundy stał tak, rozkoszując się własnym gniewem i tym, że jego adepci wokoło podzielają z nim to uczucie. Natychmiast jednak ruszył na nacierających Yuuzhan. Wpadł między nich niczym sam Demon Gniewu. Jego podwójny miecz budził strach w pozornie go nieznających Yuuzhanach. Jak huragan czynił wokół siebie pustkę w szeregach wroga. Pęd powietrza zsunął mu kaptur. Czarny płaszcz łopotał na wietrze jak skrzydła. Lord Avensis stawał przeciw kilku Yuuzhanom naraz. Zbrojni w swoje amphistaffy wojownicy uderzali, a on błyskawicznie wykonywał piruet i ciął z rozmachem. Jeśli któremuś udało się zablokować, padał wkrótce od kolejnego cięcia. Sama ilość przeszkadzała Yuuzhanom walczyć z tym straszliwym przeciwnikiem. Jeden z nich widać to zrozumiał, gdyż wydał komendę i wszyscy wojownicy ruszyli tak, aby ominąć Lorda Gniewu. Tymczasem sam dowódca sięgnął do naramiennika z kraba vonduun i wyciągnął brzytwo-pluskwy. Szybkim wymachem uwolnił stworzenia, które brzęcząc ruszyły w stronę Sitha. Lord odwrócił się natychmiast w kierunku, skąd wyczuł zagrożenie i osłonił się mieczem. Szybkim ruchem rozciął na pół jednego z pędzących owadów, skorygował położenie drugiego z ostrzy i przepołowił drugą pluskwę. Wolną ręką wykonał nieznaczny gest i bryła ziemi poszybowała w kierunku kolejnych nadlatujących insektów. Te przebiły się i bucząc poszybowały dalej, choć z mniejszym impetem. Miecz zawirował w dłoniach Lorda Gniewu. On sam wykonał zwinny półobrót i już po chwili ostatnie żywe brzytwy padły w dymiących kawałkach na ziemię. Przywódca Yuuzhan, potężny wojownik o twarzy pociętej bliznami, wystąpił kilka kroków naprzód. Wyciągnął rękę i chwycił amphistaffa jak bicz. Smagnął nim kilka razy wokół siebie i po chwili znów zmienił we włócznię. Sith na ten widok nieznacznie się uśmiechnął. "Chce sobie dodać pewności siebie." pomyślał. Wyskoczył wysoko w górę i, wykonawszy zwinne salto, ciął z powietrza w głowę wroga. Yuuzhanin jednak spostrzegł się w porę i zablokował cios. Jednocześnie wykonał półobrót i pchnięcie, jednak Lord Avensis zbił jego ostrze swoim własnym. Odskoczył lekko do tyłu, dając pole Yuuzhaninowi. Ten rzucił się w przód, tnąc znad głowy. Lord jednakże przewidział to na chwilę przed wykonaniem. Zwinnym piruetem uniknął ciosu i jednocześnie, ustawiając ostrza przy biodrze prostopadle do ciała, pchnął w tył. Poczuł ciężar, który wbił się na klingę. Szarpnął ją więc do przodu. Wojownik Yuuzhan Vong padł twarzą na ziemię.
Wokoło walka dobiegała końca. Adepci Szkoły Gniewu odnieśli zwycięstwo. Tylko kilka śladów po cięciach na płaszczach i krople potu świadczyły o niedawno przebytej walce. Wokoło leżeli pobici Yuuzhanie. Lord Avensis rozejrzał się bystro wkoło i po chwili uśmiechnął. Kolejne zwycięstwo. Tym razem jego adepci mieli w nim swój wielki udział. Dzięki mentalnej projekcji wiedział też, że nie tylko pozostali wojownicy Bractwa odnieśli zwycięstwa, ale i Jedi pokonali nieprzyjaciela.
Wszyscy członkowie Szkoły Gniewu wrócili już na pokład latającego miasta, gdzie czekały na nich myśliwce. Wiedzieli, że Corran Horn rzucił wyzwanie Shedao Shai. Doniesiono im też o zawieszeniu broni. Jednakże Lord Avensis nalegał, aby pozostali jeszcze jakiś czas w opuszczonym mieście. Postanowił jednak zataić powody, które nim kierowały. Pozostałe siły Sith oddaliły się z planety. Czas mijał, ale Lord Gniewu wyczuwał, że za ugodowością dowódcy Yuuzhan może kryć się coś jeszcze. Tym bardziej, że jego honorowość mogła ukrywać nikczemną naturę podwładnych. I rzeczywiście, jeszcze na długo przed desantem Deign Lian, adiutant Shedao Shai umieścił na niskiej orbicie kilka niewielkich statków mających mieścić wojowników. W zamieszaniu wspomożonym sprytem Yuuzhan nikt nie dostrzegł tych małych obiektów. A mogły one, odpowiednio użyte, przechylić szalę zwycięstwa na stronę nieprzyjaciela. Zwłaszcza w nadchodzącym pojedynku. Bardzo możliwe, że Lian liczył na zaskoczenie Jedi i zabicie swego przełożonego. W każdym razie, miał szansę wziąć jeńców. Jednakże w przeddzień pojedynku Lord Avensis zatopił się szczególnie głęboko w medytacji. Sięgnął poza swe ciało, poza miasto, planetę, system. Wrócił myślą na Korriban. Omiatał nią cały Wszechświat. Stapiał się z Mocą coraz bardziej, aż jego uwagę przykuła wroga emanacja na orbicie. Wyczuł kapsuły. Ukryte, gotowe do lądowania w każdej chwili. Poczuł też obecnych na ich pokładach wojowników. Wiedział już, co robić.
Walka pomiędzy corelliańskim Jedi a Shedao Shai trwała już od kilku chwil, ale dopiero teraz Lord Avensis wyczuł ruch na pokładzie. Kapsuły szykowały się do lądowania. Szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę bezwzględnego Shai, kiedy Sith zauważyli mknące przez atmosferę koralowe statki. Lord Avensis spojrzał na swoich uczniów, lekko unosząc brwi, jakby pytająco. Oni tylko kiwnęli głowami na znak, że rozumieją o co chodzi. Spadkobiercy Marki Ragnosa skoncentrowali się i sięgnęli ku opadającym kapsułom. Skupiali w sobie gniew, sięgając ku najgłębszym warstwom podświadomości. Formowali go, owijali wokół siebie i wykuwali w czystą broń Mocy. W tym momencie Corran Horn poczuł przypływ sił. Nie znał ich źródła, jednak instynktownie wyczuwał, że Jedi nie powinien się im poddawać. Śmierć bliskiego przyjaciela była jednak zbyt wielką stratą. Ta potęga aż wrzała wokoło i jego Mistrz, Luke Skywalker, nie mógł jej nie wyczuć. Tymczasem członkowie Szkoły Gniewu, skupieni wokół Lorda Avensisa, uwolnili potęgę, jaką do tej pory zgromadzili. Moc zawrzała, kiedy niewidzialne smugi poszybowały w kierunku opadających statków. Turbulencje szarpały koralowymi pojazdami, darły żywe poszycie na strzępy i targały na wszystkie strony. Sith uderzyli jeszcze mocniej i pchnęli statki w dół, w dżunglę. Kapsuły desantowe runęły pod naporem niszczycielskiej energii. Lord Avensis dopełnił dzieła. Uchwyciwszy zgromadzone moce w karby swej woli, uformował je niby lancę. Moc zafalowała pod naporem jego potęgi. Z furią uderzył po raz ostatni. Błyskawice smagnęły gwałtownie powłoki i tak już uszkodzonych statków i praktycznie starły je w pył. Dżunglę rozjaśnił wybuch. W tym też momencie Corran Horn pchnął przeciwnika w pierś. Wiedział, że mógł tego dokonać jednym ruchem, ale odczekał chwilę. Zajrzał w oczy wroga i upewnił go o nieuchronności śmierci. Wiedział, że nie postępuje jak Jedi, ale też jeszcze nigdy nie poczuł tak potężnej energii zgromadzonej w jednym miejscu. Spożytkował ją. Wsparł się. Miał świadomość, że pewnie wiedzie go to ku Ciemnej Stronie. Czuł je uwodzicielski zew. Pośród szalejących w Mocy wichrów Gniewu, znalazł siłę we własnej nienawiści i gniewie. Wiedział, że może go to drogo kosztować. Shedao Shai jednak leżał już martwy. Luke Skywalker odwrócił się w stronę niewidocznego wybuchu. Czuł jeszcze potęgę zgromadzonego Gniewu. Widział ślady, jakie ta siła wyżłobiła w Mocy. I podejrzewał jedno. Nikt od czasów jego ojca nie władał tak dobrze tymi potęgami w jego obecności. Nawet Imperator ich tak nie kierunkował. Pozostawało jedno wyjście... ONI wrócili. Sith z całą swoją potęgą.
Lord Avensis uśmiechnął się, wsiadając do swego TIE-Interceptora. Wiedział, że wyzwolona przez niego i jego uczniów potęga Gniewu dotknęła umysłu Horna. Poznał też jej wpływ na jego postępowanie. W gruncie rzeczy był zadowolony. Odczuł też jednak zainteresowanie syna Lorda Vadera. Wyczuł jego świadomość, z kim może mieć do czynienia. Jednak nic a nic go to nie zmartwiło. Wreszcie musiało do tego dojść. Yuuzhanie przybliżyli ten moment. Lord Avensis miał jednak pewne niejasne przeczucie, że coś jest tu nie tak. Moc jak na złość nie chciała mu tego podpowiedzieć. Możliwe, że również czyny Yuuzhan były w pewnym zakresie poza jej zasięgiem. Lub może po prostu zrozumienie ich i wyczucie poprzez Moc, nadal nieosiągalne, wymagało po prostu zmiany schematów myślowych? Moc jest zmienna i wciąż nieodgadniona...
Ostatnia formacja Bractwa odleciała z Ithor na czele z "Helldiverem" Lorda Gniewu. Wkrótce potem Deigna Lian odpala pociski z zawartością biologiczną, która niszczy Matkę-Dżunglę na Ithorze. Wielki Admirał Palleon i admirał Kre'fey niszczą w odwecie całą flotę dzięki wydatnej pomocy krążownika klasy Interdictor. Drogi sił Spadkobierców Imperium i Nowej Republiki znów się rozchodzą. Corran Horn udaje się na dobrowolną banicję, obciążony przez polityków winą za zniszczenie fauny i flory Ithoru. Nagonka przeciw Jedi trwa nadal.