Przez pustkę kosmosu sunie obły kształt. Jego wygląd przywodzi na myśl żywą istotę. Yuuzhańska barka desantowa nie jest niczym nowym w Odległych Rubieżach Zewnętrznych. Odkąd fanatyczni najeźdźcy wkroczyli w obszar galaktyki, Nowa Republika pozostaje wciąż w słabej obronie, z konieczności pozostawiając kolejne planety na pastwę wroga. Niezwykły jest tylko cel tejże barki. To pustynna planeta w Systemie Horuset. Wypalona lokalnym słońcem powierzchnia jest rzadko odwiedzana... przez tych, którzy znają położenie planety. A jest nią Korriban, wielka nekropolia Mrocznych Lordów Sith. Yuuzhanom udało się coś, czego dokonało niewielu przed nimi. Odkryli jej lokalizację.

Gorejąca kula ze świstem cięła atmosferę, kierując się ku powierzchni planety. Ogon płomieni znaczył jej trasę od granic atmosfery. Ukryci wewnątrz wojownicy z niecierpliwością czekali na moment lądowania. Neuronowe czujniki ich żywego pojazdu wciąż nie wykrywały żadnych istot. Planeta była cicha i pusta. Niczym milczący grobowiec. Koralowa barka śmignęła nad piaskiem pustyni, rozświetlając noc. Drastycznie zmniejszała wysokość, aż z głuchym hukiem uderzyła w podłoże, wzbijając tumany piasku. Wirujące ziarna pyłu zasnuły pole widzenia burą mgiełką. Zza jej kurtyny wkrótce dało się słyszeć ciche syknięcie, niczym westchnienie. Powoli, z rzednącego obłoku pustynnego piasku zaczęli się wyłaniać wysocy, potężni wojownicy rasy Yuuzhan Vong. Każdy uzbrojony w amphistaff, z pancerzem chitynowych stworzeń na ciele. Bogate tatuaże i ślady rytualnych samookaleczeń mówiły o wysokim statusie wśród swego ludu. Uformowali przepisową kolumnę i ruszyli w otoczeniu kilkunastu pomniejszych, jaszczurowatych niewolników przed siebie.

Pierwsi dotarli do dziwnego kanionu gadopodobni zwiadowcy. Wkrótce dołączyli do nich krewniacy i grupa dziesięciu wojowników Yuuzhan Vong. Przed nimi, na północ i południe ciągnął się łańcuch ponurych wzniesień, przerwany doliną o stromych brzegach, prowadzącą na zachód. Wkroczyli do wąwozu. Opadające stromo wysokie ściany były pokryte topornymi znakami runicznymi, wykutymi dawno temu. Towarzyszyły im ryte w kamieniu obrazy, przedstawiające wojowników i myślicieli. Walczących i czytających zwoje. Były też posągi. Niespotykane na żadnej innej planecie i tchnące ponurą obcością dla Yuuzhan bardziej niż jakikolwiek inny przejaw sztuki niewiernych. Amphistaffy wiły się i syczały cicho, jakby podrażnione. Również gadzi niewolnicy czuli się nieswojo. Wokoło, wśród kamiennych ścian, hulał wiatr, gwiżdżąc ponuro i wznosząc wirujące chmury pyłu. Wąwóz biegł prosto jak strzelił, a hen daleko - na horyzoncie - za jego ściany chowało się lokalne słońce, zalewając krajobraz krwawym blaskiem. Gdzie nie spojrzeć, tam stały posągi lub były wyryte obrazy z przeszłości. Wszystko to pokryte teraz szkarłatną poświatą nabierało dodatkowo upiornego wyglądu. Wszystkie cienie doliny zdawały się ożywać pod wpływem gasnącego słońca. Yuuzhanie szli powoli, poprzedzani przez swych niewolników. Rozglądali się bacznie wokoło, zachowując zupełną ciszę. Tylko ich żywa broń syczała niespokojnie.

Sentaii Shai prowadził oddział swych pobratymców. Pogrążony w ciszy, wiódł ponure rozmyślania. Niewierni nie bronili tej planety. Nigdy nie odnaleziono śladów jakiegokolwiek z ich bluźnierczych statków w tym sektorze. Byłoby to zrozumiałe tym bardziej, że nie odkryto tu również żadnych śladów życia. Jednak wszystkie jak dotąd próbne ekspedycje, przeprowadzone z udziałem zwiadowczych krabów vapii zawiodły. Działo się tu więc coś dziwnego. Tym bardziej, że taki brak aktywności przeciwnika, oddanego kultowi maszyn był nie do pomyślenia. Choć z drugiej strony, trzeba przyznać, że i vapii z trudnością odkryły to miejsce. Jego ekspedycja miała tylko przygotować obóz i miejsce pod namnożenie stoczni myśliwców koralowych. Ta planeta nadawała się do tego ze względu na panujące temperatury i potencjalną łatwość dalszego dostosowania biosfery. O ile tego słowa można użyć względem miejsca, gdzie podobno nic nie żyje. Sentaii wiedział jednak, że coś tu nie pasuje. Posiadał znaną intuicję domu Shai, a był zmotywowany tym bardziej, że jego krewny poniósł porażkę w walce ze znienawidzonymi jeedai. To była szansa choć częściowego zmazania winy. Rozmyślania przerwał mu nienaturalny w tej grobowej ciszy odgłos zsuwającego się po stromej ścianie piasku. Shaii zwinnie skręcił tułów w krabim pancerzu i stanął w pozycji obronnej, podobnie jak jego podkomendni. Spojrzał na grzbiet wzniesienia, jednak nie dostrzegł tam nic. Tylko tuman kurzu, wzbity przez wiatr i przemieszczający się równolegle do nich. Odetchnął cicho, ciesząc się, że hełm koralowy maskuje ten odruch przed podwładnymi. Rozejrzał się przytomnie po otoczeniu raz jeszcze. Tylko ponure, obsydianowoczarne rzeźby zdawały się lśnić w zapadającym mroku.

Na szczycie skalnej ściany stała postać w czerni. W watowanym pancerzu z czarnej skóry i długim płaszczu, który zdawał się być oddzielną żywą istotą. Przy pasie wisiała długa metaliczna rękojeść miecza świetlnego. Twarz była ukryta głęboko w kapturze, osłonięta mrokiem. Ciężkie, czarne buty cicho stąpały po piasku. Lord Xeovar już od dłuższego czasu śledził nieproszonych gości. Zawsze w pobliżu, niemal od samego lądowania barki desantowej. To w końcu na jego wniosek dopuszczono pojazd wojowników Yuuzhan Vong do systemu Horuset. Po wielogodzinnych dysputach zdołał wreszcie przekonać Radę Lordów, że należy się niezwłocznie rozeznać w wartości przeciwnika i możliwościach jego zniszczenia. Wkrótce potem wydał rozkaz ukrycie floty Bractwa i śledził lot koralowego pojazdu od samych granic Horuset. Kiedy goście weszli do kanionu, towarzyszył im, idąc szczytem skalnej ściany. Dawno już nie był na Korriban z powodu innych ważnych obowiązków i sam zdecydował, że osobiście zajmie się wrogiem. Zatrzymał się na krawędzi ściany i umyślnie strącił kilka drobnych kamieni, które kaskadą spadły w dół. Z zadowoleniem ocenił szybkość reakcji Yuuzhan. Dawno już nie miał Lord Executor naprawdę wymagających przeciwników w realnej walce. Kiedy spojrzeli w górę, zamaskował się tumanem pyłu i piasku. Yuuzhanie po chwili znowu ruszyli doliną, on tymczasem pospieszył, aby ich wyprzedzić i przygotować powitanie niebezpiecznych gości. Zachodzące słońce rzuciło jeszcze ostatni krwawy blask i dolina pogrążyła się w posępnej szarości.

Sentaii i jego oddział szli wciąż przed siebie, mijając po drodze posągi dziwnych istot, sprawiających wrażenie potężnych władców. W miarę wędrówki amphistaffy były coraz bardziej niespokojne. Wokoło zapadał coraz gęstszy mrok, ale rozkaz wyraźnie mówił o jak najszybszym przeprowadzeniu akcji. Niepowodzenie było surowo karane, a dom Shai nie mógł sobie pozwolić na kolejną utratę statusu. Zresztą, ciemność i tak nie była przeszkodą dla ich żywych hełmów, które przekazywały im obraz otoczenia w wybranym paśmie światła. Nagle jednak coś przed nimi się poruszyło. Na tle ciemnych posągów, w pewnej odległości przed nimi pojawiła się postać tak czarna, że zdawała się emitować mrok, który ich zewsząd otaczał. Jaszczurzy niewolnicy zatrzymali się i przygotowali swe krótkie amphistaffy. Wojownicy Yuuzhan Vong również ustawili się w gotowości do walki. Tymczasem mroczna postać postąpiła kilka kroków w ich stronę.

- Naruszyliście spokój Mrocznych Lordów Sith przybywając na tę planetę. Karą za to jest zniszczenie. - głos dobywał się jakby z głębin planety

Sentaii był zdziwiony zuchwałością tego niewiernego. Nie wiedział zbytnio, o czym on mówi, ale grożenie wojownikom Yuuzhan Vong w pojedynkę wymagało chyba szaleństwa. Shai odezwał się, a ooglith przetłumaczył jego słowa:

- Niewierny głupcze! Ta planeta należy do Yuuzhan Vong, a ty i tobie podobni zostaniecie naszymi niewolnikami lub umrzecie, skamląc o litość! Mimo to doceniam twoją odwagę, godną wojownika błogosławionego przez samego Yum-Yammkę. Dlatego możesz poddać się teraz, a zostaniesz moim sługą, a kiedyś doznasz zaszczytu śmierci w walce ku chwale Vong. Mimo ciemności Sentaii zobaczył uśmiech na twarzy samotnego człowieka. I oczy, gorejące głęboko pod kapturem. Ich wyraz mu się nie podobał.

Lord Xeovar skinął tylko dłonią gdzieś w przestrzeń. Na skalnych półkach, na ścianach kanionu ożywiło się kilka kształtów, które natychmiast zaczęły schodzić w jego stronę. Koło nóg Lorda Executora po chwili stało pięć potężnych drapieżników. Czworonożne, o aksamitnej, czarnej sierści, wielkością przewyższały raltirriańskiego tygrysa. Natychmiast kojarzyły się z wielkimi drapieżnymi kotami. Na głowach miały dziwne, kilkuczłonowe wyrostki, niczym ostro zakończone czułki. Nad pałającymi czerwienią, drapieżnymi ślepiami znajdowały się błyszczące złotem i kryształami amulety Sith. Potężne, umięśnione grzbiety prężyły się już do skoku na ofiarę. Stworzenia pomrukiwały ze złością, uderzając wokoło siebie ogonami. Łapy, uzbrojone w wielkie, czarne pazury orały ziemię, pokazując niecierpliwość zwierząt, hamowaną tylko wolą Lorda Xeovara. Ten stanął w lekkim rozkroku, na delikatnie ugiętych nogach i sięgnął do pasa. Chwycił rękojeść miecza świetlnego i wcisnął dwa włączniki. Z obu końców rękojeści wysunęły się, bucząc cicho, ostrza barwy świeżej krwi. Lord Executor wypowiedział komendę w chropawym, gardłowym języku Sith i wszystkie Tuk'ata sprężyły się gwałtownie do skoku, wyjąc potępieńczo.

Sentaii nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Mimo tego, nadal był przekonany o swej przewadze. Licząc na zmęczenie przeciwnika, w którym widział kolejnego jeedai, posłał do walki tylko gadzich niewolników, a sam ze swoimi wojownikami stał w gotowości. Szybko jednak docenił niezwykłość tych czarnych, drapieżnych stworzeń. Przypominały demony nie tylko z wyglądu, ale i zachowania. Kolejni niewolnicy padali, kiedy stwory szarpały pazurami i kłami. Sentaii przysiągłby też, że kilka razy podniosły one kamienie i cisnęły nimi w niewolników, zupełnie ich nie dotknąwszy. Słyszał już o możliwościach jeedai, ale to zupełnie go zaskoczyło. Zdecydował więc wprowadzić swych podkomendnych do walki. Yuuzhanie z okrzykiem bojowym rzucili się w wir walki. Ich amphistaffy cięły powietrze i trafiały ciała wielkich bestii. Mimo to, żaden ze stworów nadal jeszcze nie padł. Sentaii zwinął swego amphistaffa i uderzał nim jak biczem. Wąż zacisnął się wokół gardła czarnego stwora i wbił swe kły w umięśniony kark. Potwór zawył, zauważając napastnika. Sentaii chwycił mocniej, zaciskając żywą pętle na szyi zwierzęcia. Wiedział, że jad przeniknął już do organizmu, ale drapieżnik wciąż walczył. Shai zaparł się stopami o ziemię i zamachnął się amphistaffem, rzucając przy tym ciężkiego stwora o ścianę kanionu. Wojownicy Yuuzhan Vong zostali sami, wśród zwłok niewolników, ale zobaczywszy walkę swojego przywódcy, starali się ją naśladować. Sentaii ruszył na pomoc podkomendnemu, któremu nie powiodło się z potworem. Nagle jednak coś odwróciło jego uwagę od rozszarpywanego wielkimi, czarnymi pazurami ciała swego pobratymcy. Tym czymś był pomruk niezadowolenia, w którym pobrzmiewała jakaś nuta przewrotnej, złośliwej inteligencji. Senatii odwrócił się i zobaczył bestię wstającą i otrzepującą się z pyłu.

Lord Xeovar wciąż jeszcze nie wkraczał do walki. Z jednej strony miał ochotę się spróbować, z drugiej jednak uważał, że jego ulubieńcy sprawią się doskonale. Nie omylił się. Obdarzone już przez starożytnych Lordów Sith wysoką inteligencją i pewną wprawą we władaniu Mocą Tuk'aty szybko uporały się z jaszczurowatymi niewolnikami Yuuzhan. Kiedy już trzech wojowników zginęło, Lord Executor postanowił ułatwić śmierć pozostałym. Mimo wszystko, szanował ich męstwo, z jakim usiłowali stawić czoła czarnym Bestiom Korriban. Nie czuł samych Yuuzhan poprzez Moc, więc nie mógł zabić ich bezpośrednio. Zamiast tego, poderwał wielki głaz ze ściany skalnej i mentalnym poleceniem cisnął go w dwóch walczących Yuuzhan. Tuk'aty odsunęły się w samą porę. Rozległ się głos łamanych kości i ciężkie uderzenie głazu o ziemię. Jeden z Yuuzhan zbliżył się do Lorda Xeovara, próbując sięgnąć go amphistaffem, jednak Sith zwinnie okręcił się na pięcie i jednym z ostrzy zadał cios w pierś, a drugim w ułamek sekundy potem ciął od dołu. Pancerz nie wytrzymał i Yuuzhanin padł martwy, niemal rozcięty na pół. Lord rozejrzał się po pobojowisku. Wokoło leżało wiele ciał. Dostrzegł też chwiejącego się Yuuzhanina, dowódcę wyprawy. Zgasił miecz i zbliżył się nieco do wojownika, przed którym stał Tuk'ata, gotując się do skoku. Lord Executor wiedział o pewnego rodzaju mentalnej więzi, między Yuuzhaninem, a jego macierzystym statkiem. Tą drogą jego dowódcy zarejestrowali cały przebieg wypadków. Lord mógł dokonać zerwania tego kontaktu, ale to miał być sygnał. Sygnał mówiący "Nie wyjdziecie stąd żywi!". Yuuzhanin odezwał się słabym, drżącym głosem:

- Ty... nie jesteś jeedai? Oni nigdy... nie walczą w ten... sposób.

Lord Xeovar bezwiednie skrzywił się. Tak, Jedi nigdy tak nie walczyli...

- Wiem, że twoi zwierzchnicy mnie słyszą. Jestem Sith i żaden z nas nie pozwoli wam tu dotrzeć. Karą jest zniszczenie! - rzekł głębokim głosem

Dość było już tego. Lord Executor postanowił zakończyć męki przeciwnika, jednocześnie dając Yuuzhanom znać, że Moc nadal ma na nich wpływ. Sięgnął głęboko w siebie. Ze swej jaźni wyszarpnął gniew i nienawiść, zaprzągł je w okowy swej woli i sformował w świecie fizycznym. Moc odpowiedziała na jego żądanie. Zebrana energia uformowała się w jego ręku w mgnieniu oka. Jeden z najstarszych sposobów wykorzystania Ciemnej Strony. Wiązka syczących błyskawic poszybowała z ręki Lorda Executora w Sentaii Shai. Rażony Yuuzhanin krzyknął przeraźliwie, a przez jego ciało przeszły smugi elektryczności.

Lord Xeovar zostawił ciała na pastwę stworzeń Korriban. Napastnicy byli problemem, ale był pewien, że szybka reakcja załatwi sprawę. Flota Bractwa była wystarczająco potężna, by działać na skalę niewiele mniejszą niż admirała Palleona czy Nowej Republiki. Może przyszedł czas wyjść z ukrycia? Może należy sformować korpusy Sith, które będą likwidowały Yuuzhan z pomocą Mandalorian i Massassi? Może czas pokazać Jedi, że są bezsilni wobec takiego zagrożenia bez swych dawno odrzuconych i wzgardzonych Mrocznych Braci? Lord Executor z rozmachem otworzył wielkie drzwi. Wszyscy już na niego czekali. Przy wielkim stole siedzieli Lordowie i Mroczny Lord, a za nimi ich straż przyboczna. W półmroku rozpoznawał wpatrzone w niego z oczekiwaniem, od dawna znane twarze. To od nich będzie zależało, co zrobi Bractwa Sith w czasie nadchodzącej burzy...