Soladur spojrzał w niebo. Zebrał się na nim ogrom
ptaków, każdy lecący w inną stronę. Co sprawiło że
zachowują się tak chaotycznie, nie wiedział. Właściwie nie
interesowało go to.
Opuścił głowę i ruszył przed siebie, począł wchodzić na
stopnie długich, drewnianych schodów. Szedł dobrą minutę
zanim zauważył przed sobą ich kres. Już chciał odetchnąć,
ale nie pozwolił mu na to hałas dobywający się zza jego pleców.
Usłyszał ... sam nie wiedział co. Gdy obejrzał się za siebie
zobaczył jak kilka stopni wraz z drzewcem do którego były
doczepione odpada. Odruchowo spojrzał na dół. Zakręciło mu
się w głowie. Dziwne, nigdy nie miał lęku wysokości. Po
chwili stracił równowagę i podzieliłby los spadających desek
gdyby nie oparcie. Coś znów skrzypnęło. Soladur odskoczył do
tyłu, znalazł się na górze. Oparcie, barierka, która uratowała
go przed upadkiem również spadła.
Nie miał zamiaru drugi raz patrzeć na dół, ruszył ku
wielkiemudomu. Przy drzwiach była kołatka. Zastukał dwa razy.
Więcej nie mógł, gdyż oderwała się ona od drzwi i została
w jego ręce.
- Nie zdziwiłbym się gdyby cały dom zawaliłby się teraz na
mnie. - powiedział jakby chcąc uświadomić sobie że nie ma się
czego bać. Jednak strach go nie opuszczał nawet na chwilę.
Po chwili spojrzał niepewnie na górę jakby jego słowa miały
się za chwilę spełnić. Na najwyższym oknie doniczka zaczęła
poruszać się to w jedną, to w drugą stronę. W końcu spadła
na dół i rozbiła się z trzaskiem. Okazało się że w środku
była jakaś zielona maź, która rozprysła się wszędzie, również
na jego plecach, co nie należało do najprzyjemniejszych odczuć.
Wymierzył kopniaka w drzwi. Po chwili jednak cofnął nogę
jakby za drzwiami ktoś czekał na niego. Uderzenie nie było
dosyć silne, musiał powtórzyć czynność. Tym razem
poskutkowało, jego noga (lecz tylko ona) znalazła się w środku.
Czuł się jakoś dziwnie. Nie mógł wydostać kończyny z drzwi,
szarpał z całych sił. Uderzył na koniec ręką w drzwi. Co
dziwne, nie dość że udało mu się ją wyjąć to w tym samym
momencie zamek puścił. Drzwi, a raczej wrota stały otworem.
Mina mu zrzedła. Nie, nie z powodu widoku wnętrza, po prostu na
nodze brakowało buta. Po następnych trzech krokach naprzód był
już w środku. Kamienie stały się okropnie zimne, wręcz nie
do wytrzymania. Mimo to nie zatrzymywał się.
Dziwiły go pochodnie. Do każdej kolumny były doczepione co
najmniej dwie. Jednak ogień nie przeszkadzał powstającym tuż
obok pajęczynom.
Gdy nie odgarniał sprzed drogi sieci pająków miał czas oglądać
sufit. Były na nim malowidła, także runy. Choć bardzo chciał
z nich coś zrozumieć, nie potrafił.
Nagle nastała ciemność. Wydało się to dla niego bardzo
dziwne, w końcu komnatę oświetlało kilkanaście pochodni. Któż
mógłby je zgasić za mrugnięciem oka?
Całkowita ciemność nie trwała długo. Jedna okiennica, mimo
że obrośnięta kurzem oświetliła kilka kamieni. Miał jakieś
przeczucie, które nie pozwoliło mu pójść dalej. I dobrze.
Chwilę później z góry zleciał bezszelestnie istny ciąg łańcuchów.
Wydały one odgłos jedynie przy spotkaniu z kamiennym podłożem.
Echo powtórzyło go kilkakrotnie. Gdy bardziej przyjrzał się
leżącemu łańcuchowi rozpoznał znak. Czytał kiedyś księgę,
rozpoznawał go, ale nie pamiętał co oznaczał. Wiedział
jedynie że nie wróżył on niczego dobrego. Soladur nie ruszał
się przez chwilę. Chciał uspokoić źrenice przemierzające
ciemność w poszukiwaniu niebezpieczeństwa.
- Cóż może mi się stać - tym razem nie powiedział na głos,
lecz pomyślał.
Gdy wymówił ostatnie słowo na ogrom łańcuchów spadło jabłko.
Zatrzymało się ono w samym środku znaku. Soladur skupił na
nim wzrok.
Minuta nie minęła gdy jabłko zajaśniało. Z nikąd pojawił
się płomień, który objął owoc. Soladur był zmęczony
patrzeniem w ogień. Zamknął na chwilę powieki. Gdy je otworzył
wszystko było na swoim miejscu, wszystko oprócz jabłka.
Miejsce owocu zajęła czaszka. Po plecach Soladura przeszły
ciarki.
Czaszka nie była własnością człowieka, raczej jakiegoś
ogromnego monstrum. Skąd wiedział? Była ona czterokrotnie większa
od ludzkiej.
Patrząc się chwilę na ogień przypomniał sobie co oznaczał
owy znak.
- śmierć, znak śmierci - wyszeptał.
Powiedziawszy to przełknął ślinę. Ledwo przeszła mu przez
gardło. Nie zamierzał czekać w tym miejscu dłużej. Szerokim
łukiem ominął znak i zaczął maszerować przez ciemność.
Nie minęła chwila gdy marsz przerodził się w bieg.
- Po co wchodziłem do tego przeklętego miejsca.
Pocieszył się gdy znalazł mniejsze pomieszczenie. Czym prędzej
wszedł do niego. To był jego błąd, ostatni jaki popełnił.
Mała komnata jakby zjechała niżej uniemożliwiając ucieczkę.
Z drzwi, którymi tutaj wszedł widział już tylko małą część,
na samej górze, przy suficie.
- Przynajmniej nie umrę z braku powietrza.
Nagle zgasło światło. Gdy znów się zapaliło Soladur nie mógł
się poruszyć. Ze strachu... Każdą ścianę, a również sufit
zajmowały pająki. Ogrom pająków. Zaczęły one się poruszać
schodzić na podłogę. Po niedługiej chwili wchodziły mu do
buta, nogawki.
Usłyszał śmiech. Przez otwór na górze zobaczył buty. Czarne
... jak śmierć. Otwór. Właśnie. Wyjął miecz i podważając
go próbował podnieść pomieszczenie i poszerzyć górne przejście.
Wszystko na nic. Czuł pająki we włosach.
śmiech przerażał go. Dołączyło się do niego echo. Chciał
go przerwać. Wychylił przez szparę miecz, wymierzył cios.
Miecz pomknął w stronę kostki śmiejącego się. Ominął ją,
a raczej przeniknął przez nią, jak przez powietrze. Nogi znikły.
śmiech został.
Pająki były już w jego nosie, ustach. Nie mógł tego wytrzymać.
Gdy myślał o powolnej śmierci w tym małym pomieszczeniu zapełnionym
milionami pająków, przechodziły go ciarki. Przestawał już
widzieć, miał przed oczami mgłę. Wyciągnął miecz przed
siebie klingą do przodu. Jednym ruchem wepchnął go, prosto w
swoje serce. Chciał dla pewności przekręcić. Nie miał już
siły. Widział ciemność. Gdy upadał miecz przebił go na
wylot.
Soladur obudził się. Przypomniał co się stało. Na jego głowę
spadła doniczka, stracił przytomność.
Nie pamiętał snu. Ruszył do drzwi, a następnie zastukał dwa
razy w kołatkę. Oderwała się ona. Milczał dwie minuty. Po
nich powiedział:
- Może u kogoś innego poszukam czegoś do jedzenia.
Zaczął się wracać, ominął zieloną maź, przeskoczył dziurę
w schodach. Spojrzał na niebo. Grupa ptaków leciała na zachód.
Tam też się wybrał.