"Undertow" - Tool

Ponieważ o Toolu mało się u was pisze, postanowiłem więc po mojej biografii tegoż zespołu opisać trzy sztandarowe, zjawiskowe płyty Maynarda i spółki: Undertow, Aenima, Lateralus. Dziś napiszę o wydanym w 1993 roku, drugim albumie kapeli pod tytułem "Undertow". O wspomnianych dwóch następnych w niedalekiej przyszłości.

Jak wiemy, Tool po wydaniu debiutanckiego minialbumu "Opiate" pozostawał nadal niemal podziemną grupą z Los Angeles. Ale zespół specjalnie się tym nie przejął. Dlatego też na swym kolejnym dziele, zaproponował muzykę jeszcze trudniejszą i bardziej awangardową. Z dość standardowego hardcore-metalu muzyka przeszła w mroczniejsze rejony, aranżacje stały się wyrafinowane, a całe kompozycje bardziej odjechane i progresywne. Taka fuzja ciężkiej muzy, hardcore'u z rockiem symfonicznym (King Crimson, Yes, Pink Floyd). Ktoś powie - co taki Tool ma wspólnego z floydami? Otóż ma, i nie chodzi mi o brzmienie, raczej o podejście członków obu grup do komponowania utworów. Podobnie jak u Pink Floyd oraz art-rockowych zespołów z lat 70-tych, członkowie Toola pozwalają sobie na wszelkiej maści eksperymenty, odloty, progresywne pomysły w ich muzyce, a przede wszystkim nie narzucają sobie ograniczeń przy ich tworzeniu, pozwalają się im rozwijać. Dlatego też niektóre kawałki trwają ponad 6,7 minut. Doskonałym przykładem może tu być przedostatni na krążku FLOOD (trwający 7 minut 45 sekund). Pierwsza jego część to instrumentalne, monotonne preludium, przechodzące przez fajny basowy motyw do drugiej części. A ta to już tradycyjny (o ile słowo "tradycja" można napisać w kontekście do twórczości tej kapeli), toolowy wykop z solowymi partiami Adama Jonesa i przeszywającym głosem Maynarda. Cała ta płyta, cała muzyka jest generalnie nastawiona dla wymagających słuchaczy, na pewno nie dla miłośników popowej papki, a nawet nie dla ludzi zasłuchanych w tradycyjne heavymetalowe czy rockowe granie. Jest skierowana dla ludzi zasłuchanych w nietuzinkowe, awangardowe kompozycje, potrafiących docenić śmiałe eksperymenty współczesnej muzyki. Przeciętny słuchacz nie będzie potrafił docenić smaczków drzemiących np. w skądinąd rewelacyjnym utworze pt. 4 DEGREES (ósmy na płycie). Orientalny riff w dalszej części tej kompozycji, wschodnia melodyka, śpiew też taki jakiś "hinduski", nie wspominając już o intrze zagranym na sitarze. Po prostu cudo. Perłą albumu jest bez wątpienia SOBER, z resztą wybrany przez sam zespół jako pierwszy singiel z płyty (niesamowity teledysk). "Kroczący", płynnie się rozwijający rytm zbliżony do tego z KASHMIRU Led Zeppelin, potem stopniowe przyłojenie sabbathowym ciężarem i potężny refren, następnie utwór robi się coraz bardziej odjechany i mroczny. Kolejnym, genialnym fragmentem krążka jest drugi numer wybrany do promocji - PRISON SEX. Prowadzi go basowy, "klangowany" riff wspomagamy mocniejszymi partiami gitary i rytmicznym wokalem Keenana. W dalszej części klimatyczne uspokojenie i stłumiona solówka Jonesa. Całość robi niesamowite wrażenie. Warto też wspomnieć o recytowanym fragmencie przez Henry Rollinsa (Black Flag, Rollins Band) w mocarnym BOTTOM oraz ekwilibrystycznym, perkusyjnym popisie Danny Careya w środku utworu tytułowego. Każdy numer zasługuje na indywidualny opis, ale nie będę się rozpisywał, Aha, jeszcze przerażające teksty Maynarda (kiedyś przetłumaczę liryki Toola dla kącika muzycznego, a wtedy będziecie mieć jasność). Nie da się wszystkiego docenić po pierwszym przesłuchaniu, jest to niemożliwe. Ale ostrzegam: dla osób o silnej woli, bo płyta po pewnym czasie wciąga jak narkotyk!

Skład: Maynard James Keenan - /wokal/

Adam Jones - /gitara/

Paul D'Amore - /gitara basowa/

Danny Carey - /instrumenty perkusyjne/

 

Toolowiec85