*** Marilyn Manson - "Smells Like Children" ***
Data premiery 24.10.1995
Lista utworów: 01. The Hands of Small Children; 02. Diary of a Dope Fiend; 03. Shitty Chicken Gang Bang; 04. Kiddie Grinder (Remix); 05. Sympathy for the Parents; 06. Sweet Dreams (are made of this); 07. Everlasting Cocksucker (Remix); 08. Fuck Frankie; 09. I Put a Spell on You; 10. May Cause Discoloration of the Urine or Feces; 11. Scabs, Guns, and Peanut Butter; 12. Dance of the Dope Hats (Remix); 13. White Trash (Remixed by Tony F. Wiggins); 14. Dancing with the One-Legged; 15. Rock'n'Roll Nigger
Skład zespołu: Marilyn Manson - wokal; Twiggy Ramirez - bas; Madonna Wayne Gacy - klawisze; Ginger Fish - perkusja; Daisy Berkovitz - gitara
Mówiąc krótko - album tylko dla fanów z "długim stażem", przyzwyczajonych do niecodzienności muzyki Mansona i lubiących naprawdę dziwne kawałki. Na płycie nie ma ani jednej nowej piosenki zespołu, wszystkie utwory to remixy tych znanych z "Portrait of an American Family", covery cudzych dokonań i urywki wywiadów, jakieś gadki. Nie każdemu się spodoba. Ja miałem tego pecha, że była to pierwsza płyta Mansona z jaką się zetknąłem i - co tu dużo mówić - bardzo mnie zniechęciła. Gdyby nie "Sweet Dreams" to prawdopodobnie na tym skończyłaby się moja przygoda z zespołem. Ale o samych piosenkach później. Okładka - ze wszystkich albumów MM SLC ma chyba najgorszą. Marilyn w czarnym kapeluszu i ubranku, z białym makijażem gapi się na nas i wskazuje nas palcem jakby prawił nam kazanie. Za to tylna okładka to już zupełnie coś innego - zdjęcie całej grupy, ale jakie! Twiggy oczywiście w sukience, Ginger z biało-czarną czupryną, Manson z miną jakby miał się zaraz porzygać i biali jak zawsze Pogo i Daisy. I to wszystko. Warto wspomnieć jeszcze trochę o historii tego albumu. Otóż to, co dostępne jest teraz w sklepach, to wersja ocenzurowana, pierwowzór pojawił się tylko w Stanach i został wycofany z obiegu, zamiast niego wypuszczono inne wydanie. Oryginał zawierał między innymi nagranie z dwóch sesji, podczas których fani zwierzali się członkom zespołu ze swoich grzechów i problemów (słyszałem to - naprawdę straszne, w jakim stanie emocjonalnym znajdowali się ci ludzie), "Procardia" - inną wersję "May Cause Discoloration..." i, jeśli się nie mylę, piosenkę Spooky Kids "Choklit Factory". Ale to tak na marginesie. A więc wracając do tego co nam zaoferowano na ogólnie dostępnej płytce: Muzyka... naprawdę bardzo dziwna. Niektóre kawałki prezentują najwyższy poziom i można ich słuchać godzinami, inne natomiast męczą, są nieznośnie głośne, bez jakiegoś rytmu, motywu przewodniego, takie bezładne łupanie - chyba muzycy bawią się w zabawę "czyj-instrument- umie-zagrać-głośniej". Do tych pierwszych z pewnością zalicza się "Sweet Dreams (are made of this)", doskonały cover Eurythmics ze świetnym teledyskiem. Jedyne co mi się w nim nie podoba to słowa, ale to już nie zależy od Mansona. Oryginał swoją drogą też bardzo dobry, moim zdaniem jedna z najlepszych piosenek lat 80-tych. Ale w wykonaniu MM nabiera zupełnie innego charakteru, staje się taka mroczna, ponura. Warto wspomnieć także co działo się na koncertach podczas tego utworu (na tych poprzednich, sprzed "Mechanical Animals"). Otóż Manson bierze butelkę wina, oblewa się nim, a następnie roztrzaskuje flaszkę i tnie się szyjką do krwi. Publika szaleje, a głos Mansona staje się naprawdę niepowtarzalny, łamie się, słychać w nim ból, i w tym momencie bardziej śpiewa tłum niż sam artysta. Widziałem to na urywkach z dwóch różnych koncertów i na obu tak to wyglądało. Ale poza Sweet Dreams są też inne kawałki warte uwagi, jak np. świetny cover "I Put a Spell on You" Screamin' Jay Hawkinsa. Jest on tak dobry, że nawet znalazł się na soundtracku do "Zagubionej Autostrady" Davida Lyncha (oprócz tego jest tam też "Apple of Sodom" - to już nie żaden cover tylko od A do Z utwór Mansona). W ogóle covery to moim zdaniem największy plus tej płyty. Poza dwoma wspomnianymi jest też "Rock'n'Roll Nigger" Patti Smith. Chyba wszystkie te utwory są lepsze od oryginalnych, chociaż trudno porównywać Mansona z np. Jay Hawkinsem, który "uprawia" zupełnie inny gatunek muzyki (nie mam pojęcia co to jest, ale jak na takie coś to w sumie niezłe). A z remixów... chyba tylko "Diary of a Dope Fiend", przeróbka "Dope Hat" jest warty uwagi. Ma w sobie to coś, atmosferę, klimat, niezwykłość, możecie to nazwać jak chcecie, ale oznacza to tylko jedno - ogólnie super utwór. A reszta remixów - opisałem to wcześniej, szczególnie "Everlasting Cocksucker" pasuje do tego opisu - chociaż i one po jakimś czasie mogą się spodobać. Pozostałe "ścieżki" na płycie (nie wiem jak inaczej to nazwać, bo z pewnością nie są to piosenki czy utwory) to dziwne eksperymenty instrumentalne, krótkie wypowiedzi zespołu poddane różnym efektom jak spowolnienie, przewijanie czy powtarzanie, gadka telefoniczna a nawet odgłosy udawanego (?) stosunku płciowego (na temat "Fuck Frankie" istnieją różne opinie, ale ta wydaje mi się najbardziej prawdopodobna; jest też wytłumaczenie dlaczego nazywa się toto "Fuck Frankie", a nie Tommy, Johnny czy inny Eddie - Frankie to imię ówczesnego menedżera zespołu, widocznie im podpadł:)). Podsumowując - nie wiem czy warto nabyć SLC. Ma swoje mocne strony, lecz kilka fajnych piosenek nie czyni z albumu rzeczy wartej sporych w sumie pieniędzy (chociaż ostatnio w Empikach i w internetowym VIVID obniżka na płyty MM). A już na pewno nie dla początkujących. Aha, jeszcze jedno: w słuchawkach wszystko jest zupełnie inne, takie gwałtowne i... lepsze.
Moja ocena: 6/10