*** Marilyn Manson - "Portrait of an American Family" ***


Data premiery 12.07.1994
Lista utworów: 01. Prelude (The Family Trip); 02. Cake and Sodomy; 03. Lunchbox; 04. Organ Grinder; 05. Cyclops; 06. Dope Hat; 07. Get Your Gunn; 08. Wrapped in Plastic; 09. Dogma; 10. Sweet Tooth; 11. Snake Eyes and Sissies; 12. My Monkey; 13. Misery Machine
Skład zespołu: Marilyn Manson - wokal; Giget Gein - bas Madonna; Wayne Gacy - klawisze; Sara Lee Lucas - perkusja; Daisy Berkovitz - gitara

Co tu dużo mówić - Manson prezentuje się po raz pierwszy całemu światu. W Ameryce album bardzo oczekiwany przez fanów Marilyn Manson & The Spooky Kids (od 1992 po prostu Marilyn Manson), zachęconych dobrymi taśmami demo i kontrowersyjnymi występami. Bo o Marilyn Manson było głośno jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty! Ale o tym może innym razem. A więc od początku: dzieło to (tak, dzieło!) powstało w domu, w którym odbyła się słynna masakra Charlesa Mansona, czyli w posiadłości Sharon Tate, żony Romana Polańskiego. Już sam ten fakt wzbudzać może zainteresowanie. Do tego należy dodać kontrowersyjną (jak zawsze:)) okładkę (mam nadzieję że możecie ją zobaczyć w tej recenzji) - satyryczny portret amerykańskiej rodziny (POAAF) - ludziki wykonane z czegoś podobnego do masy papierowej czy wystrugane ze styropianu z głupimi minami, matka z fajką, ojciec z browarem, głupio uśmiechnięte dzieci (? - to coś z prawej to chyba dziecko, ale jakieś takie dziwne), nad nimi goła żarówka bez żyrandola. Słowem - sielski obraz, menelskiej familii. Obok okładki widnieje natomiast odwieczne przesłanie Mansona - I AM YOU - ja jestem tobą/wami. Z kolei na samej płycie następna warta uwagi rzecz - nadruk "you cannot sedate all the things you hate" z piosenki "Dogma" (nie możesz uśpić wszystkich znienawidzonych rzeczy). A reszta jak zawsze - we wkładce zdjęcia muzyków (porównując fotosy ze wszystkich albumów można zaobserwować ewolucję zespołu, ale o tym też może kiedy indziej) i oczywiście liryki. No właśnie - Manson zmienia image, style muzyki i identyfikuje się z różnymi postaciami i symbolami, ale teksty piosenek - zawsze na tym samym najwyższym, nie osiągniętym przez żadnego innego znanego mi artystę, poziomie. Wystarczy przesłuchać chociażby "Lunchbox" - drugiego tak ociekającej agresją, nienawiścią i wszelkimi negatywnymi uczuciami kawałka ze świecą szukać. Jest to tym lepsze, że Manson gra tu rolę małego chłopca, co zmusza do spojrzenia na utwór z innej perspektywy (do tego ten dziecięcy głosik na początku: "next motherfucker's gonna get my metal!"). A o innych piosenkach też nie można powiedzieć NIC złego. Już na początku w nastrój płyty wprowadza na "Prelude" - słowa zapożyczone z amerykańskiej bajki "Willy Wonka and the Chocklit Factory". Z tego co wyczytałem w Internecie jest to czołowa pozycja wszystkich tamtejszych dzieci, mająca wpajać im podstawowe zasady moralne, znalazłem nawet porównanie głównej postaci do Chrystusa, a tytułowej fabryki czekolady do Raju. Jednak z pewnością nie o to chodzi naszemu Mr. Mansonowi. Cichutki szept, kapanie wody, inne spokojniutkie głosy w tle... Powoli jednak wszystko staje się głośniejsze, pojawiają się ryki, krzyczą inne głosy, narasta jakieś buczenie, słowem - prawdziwa kakofonia, nieznośne, niepokojące połączenie darcia się Mansona z szeptaniem i wydzieraniem się innych członków zespołu. Nagle wszystko to gładko przechodzi w kolejny kawałek - Cake and Sodomy. Nie będę opisywał wrażeń, jakie wywołują wszystkie piosenki, to po prostu trzeba usłyszeć. Pełno jest niezrozumiałych (początkowo) pojedynczych "zdań czy nawet słów wyszeptywanych w tle (bardzo to lubię), wprost czuje się energię, siłę bijącą z muzyki. Moim zdaniem właśnie tego brakuje późniejszym (od "Mechanical Animals" poczynając) dokonaniom Mansona - tej nieprzewidywalności, pełnego zaangażowania, tego "brudu". Bo tak, o tej płycie można powiedzieć, że jest "brudna", "zanieczyszczona". Nie wiem na czym to polega, ale np. wspomniane MA jest sterylnie czyste, białe, nieskazitelne, a to do osobowości tego muzyka nie pasuje. Nie chodzi o to, że wszystkie utwory są szybkie, dynamiczne, bo tak nie jest, ale są po prostu cały czas coś nas zaskakuje. Słuchałem tego albumu już z pewnością kilkadziesiąt razy, ale nawet teraz zdarza mi się czasami zauważyć coś, czego wcześniej nie zdołałem wychwycić (na pewno wielu z was zna to uczucie). Jak już wspomniałem, nie wszystkie piosenki na płycie są dynamiczne. Jest kilka innych (nie nazwę ich balladami, bo określenie to zupełnie nie pasuje, są po prostu wolniejsze i spokojniejsze od reszty), jak np. "Sweet Tooth" - wg mnie najlepszy kawałek na płycie (ma tylko jedną wadę - pierwsza minuta to jakieś dziwne odgłosy, do dziś nie wiem, czemu mają one służyć). Rytmiczna perkusja, potem bas i klawisze, dalej przy akompaniamencie wspomnianych wcześniej dźwięków, "przerywany" (nie wiem jak inaczej to określić) wokal, wreszcie doskonały refren. Miodzio. Warto wspomnieć też o "Get Your Gunn" - był to pierwszy singiel grupy, do niej też powstał pierwszy teledysk (swoją drogą bardzo dobry). I zwróćcie uwagę na tytuł - "gunn" przez dwa n. Powiem tylko, że gun to pistolet (ale odkrycie, nie?:)), a Gunn to nazwisko doktora słynnego w Ameryce z powodu dwóch rzeczy. Po pierwsze - dokonywał aborcji. Ale nie to jest najważniejsze, bo po drugie - został za to zamordowany przez (o ironio!) Ruch Obrońców Życia (czy jakoś tak). Zapraszam do interpretacji:). To byłoby chyba wszystko, co warto napisać o tej płycie. Jest tam więcej smaczków takich jak ten powyżej (m.in. w jednej z piosenek wykorzystano słowa wiersza Charlesa Mansona, co więcej - tekst ten mówiony jest przez dziecko - kolejna prowokacja), ale o tym - jak już dwa razy pisałem - może kiedy indziej. Aha, jeszcze jedno - jeśli macie dobre słuchawki, to koniecznie skorzystajcie z nich podczas słuchania "Portrait...". Jeśli nie - to naprawdę dużo tracicie. Już w początkowym "Prelude" dźwięki atakują nasze uszy pod różnymi kątami, kapiącą wodę słychać raz w jednej słuchawce, raz w drugiej, a pod koniec jest taki zamęt, że można dostać zawrotów głowy. Poza tym w słuchawkach o wiele łatwiej wychwycić różne kwestie nie zawarte we wkładce z textami, jak np. wielokrotnie wykrzykiwane "white trash" na samym początku "Cake and Sodomy" czy "god is in his holy temple" w "Cyclops" albo wyjękiwane "allelujah" w "Wrapped in Plastic". Tyczy się to zresztą wszystkich albumów Mansona - w tych ostatnich może mniej, ale też można znaleźć takie momenty, których nie wychwyci się "gołym uchem". A więc na koniec - wszystkich, którzy jeszcze nie znają tego albumu, zachęcam do... no, zapoznanie się z nim:). Swoją przygodę z muzyką Mansona najlepiej zacząć od ACS lub właśnie PoaAF. Podsumowując - takiego debiutu można życzyć każdej grupie.

Moja ocena: 9/10 (9 tylko dlatego, że "Antichrist Superstar" jest jednak lepszy).


© Procent <procent@go2.pl>