Kto to jest Jerzy Łoziński miłośnikom fantasy chyba mówić nie muszę, gdyż o to, czy przetłumaczył on lepiej od Marii Skibniewskiej "Władcę Pierścieni" czy też nie, toczyły się już zacięte batalie. Tłumacz ten ma zarówno dużo przeciwników, jak i zwolenników.
Wszystko zaczęło się od tego, że przetłumaczył on znanego wszystkim Władcę Pierścieni w sposób zdecydowanie odmienny od pani Skibniewskiej. (Gdyby nie ta 'robota' zapewne nigdy nie stał by się tak znany jak to jest w chwili obecnej :P) Już na samym początku wszyscy fani twórczości Tolkiena skapli się, że coś tu nie gra, ponieważ sam wierszyk wprowadzający nas w świat Śródziemia różni się od tego przełożonego przez panią Marię. Dalej to już poszło hurtem; żeby wymienić zaledwie kilka:
Shire - Włość Obieżyświat - Łazik krasnoludy - krzaty Rivendell - Tajar Baggins - Bagosz A te przeze mnie wspomniane to dopiero początek (po więcej odsyłam do numeru Listopadowego Tawerny RPG z 2000 roku). I niby na tym, że pan Jerzy tak przełożył LotR można by skończyć, ale okazuje się, że to nie wszystko. Nie wiem czy on nie czytuje wydanej wcześniej literatury science-fiction i fantasy przed przetłumaczeniem jej drugi raz, ale ten jeden przekręt to 'dopiero' początek. Pan Łoziński przekładał również ponownie "Diunę" Franka Herberta. Ja co prawda jeszcze tego cyklu nie czytałem, ale zamierzam to nie długo to zrobić, co zapewne uświadczycie w PKK. Z tego co mi mój przyjaciel opowiadał to wiem, że na Arrakis występują chociażby czerwie, a jedna ze stron sporu nazywa się Fremeni. W przekładzie zaś w/w tłumacza są to kolejno - piaskal i Wolanie. Nie uważacie, że to jest trochę śmieszne? Ja styczność ze światem Diuny miałem już bardzo dawno temu, jeszcze na Amidze 600 przy świetnej strategii pt. Diuna. Pamiętam dokładnie, że były czerwie, Fremeni, Harkonnenowie i Atrydzi (czy coś w tym stylu). Również w filmie, który oglądałem występowały takie nazwy, a nie inne. Ale nie! Oczywiście Łoziński musiał sobie wymyślić coś innego. Ja nie wiem, jak ten koleś może tak bezcześcić klasyczne dzieła literatury fantastycznej. Po jakiego musiał 'spolszczać' te wszystkie nazwy własne? Przecież po to je Tolkien i Herbert tworzyli, żeby takimi pozostały. To tak samo, jakby do naszego kraju przyjechał pan Brown i wszyscy by się do niego zwracali panie Brązowy... Jeśli już ktoś chciałby się dowiedzieć co oznaczają jakieś imiona lub nazwy, to od czego jest słownik? A jeśli takowego brak, to wystarczy się spytać nauczyciela angielskiego w szkole (bo przypuszczam, że teraz każdy ma taki przedmiot), tylko broń Boże, żeby nie przełożył tego tak jak Łoziński... ^_^
Wydaje mi się, że pan Jerzy jest zdecydowanie na przekór wszystkim. Tłumaczy wszystko jak leci, a nazwy własne w większości sam sobie wymyśla, że już o krzatach nie wspomnę. Jedynie w jego przekładzie LotR znajdziecie takie stworzenia. Ja się zastanawiam gdzie mają łeb ci wszyscy, co go zatrudniają do powtórnego tłumaczenia jakiś książek. Według mnie tylko na tym tracą. Dajmy na to, że jestem w EMPIKu. Stoję przed półką zastawioną najprzeróżniejszymi wydaniami Władcy Pierścieni. Ja wybieram z pośród nich dwa, które wyglądają najładniej i są w miarę tanie. Jedno jest tańsze o załóżmy 10 złoty, ale wybieram mimo wszystko to drugie, ponieważ tańsze było przekładu Jerzego Łozińskiego, a dla mnie jest ono, lekko mówiąc, do d***. I takich ludzi, którzy postąpiliby tak jak ja jest o wiele więcej.
Nie wiem czy tekst ten da wam coś do myślenia, bo w sumie to ja tu nic ciekawego nie napisałem. Taki trochę nieskładny zbiór myśli, ale oglądałem kiedyś taki film - "Buntownik z wyboru" - i wydaje mi się, że pan Jerzy takim właśnie buntownikiem jest. Cieszę się jedynie, że nie dali mu do przetłumaczenia filmu, żeby napisy były w 'jego języku' - to by był istny koszmar ^_^.
© Copyright by MetFan www.metfan.rapnet.pl |