|
"Co gryzie Gilberta Grape'a" - Peter Hedges |
|
Przed chwilą czułam się dokładnie tak samo jak jeden z moich ulubionych bohaterów literackich - Gilbert Grape, kiedy rozmawiał z Becky. Miałam bowiem, tak jak i on, ochotę wrzasnąć na całe gardło "odczepcie się wszyscy od mojego życia", a ochota ta przyszła za sprawą miłościwie tu panującego Phnom Penha :) Nie będę się jednak zagłębiać w tajniki swojej egzystencji - zajmę się raczej Gilbertem. Kto czytał lub oglądał, ten pewnie kojarzy - gruba matka, zwichrowane rodzeństwo, niedorozwinięty Arnie i ojciec, który powiesił się w piwnicy. Zachęcam do bliższego poznania Grape'ów, bo książkę czyta się bardzo przyjemnie, mimo pewnych przejaskrawień w niej występujących. Wyolbrzymia ona bowiem wszystko to, co zwykle jest schowane i niedostępne dla niewprawnych oczu i uszu. Mimo tej przesady, a może właśnie dzięki niej, powieść Petera Hedgesa bardzo dobrze ilustruje życie małego amerykańskiego miasteczka, a w nim rodzinę Grape'ów. Jeżeli sami mieszkacie w małym mieście, to czytanie o Endorze, bo tak się ono zwie, będzie miało pewien dodatkowy smaczek - znajdziecie w "Gilbercie" coś dobrze znanego - swoje codzienne życie, uczucia, które wam także towarzyszą, kiedy patrzycie zawsze na tych samych ludzi, te same ulice, słyszycie te same głosy i wiecie, że pójście inną drogą jest niemożliwe, bo innej drogi po prostu nie ma... A jeżeli jest wam to obce - dostaniecie ironiczny, złośliwy i przezabawny obraz małomiasteczkowej społeczności, z którego będziecie się mogli po prostu śmiać. Poza Endorą w książce występuje jeszcze kilka osób :) Każda jest na swój sposób irytująca, zabawna i wzbudzająca sympatię - dziwna mieszanka, ale warto jej spróbować. Oczywiście, poznajemy przede wszystkim głównego bohatera - Gilberta. Jak już powiedziałam to jedna z moich ulubionych postaci książkowych. Wyobrażacie sobie faceta z takim imieniem? Ja tak - wysoki, chudy, włosy półdługie, uczesane z przedziałkiem- nudziarz, pewny siebie bubek. Koniecznie w szelkach! Brrr.. :) Ale właśnie Grape jest inny. Jaki? Jest odwrotnością dzisiejszego "człowieka sukcesu", nic mu się nie udaje, ma dosyć wszystkiego i jest ciągle zirytowany. Ale, pomyślcie, jak wy byście się zachowywali, gdyby wasz brat w ogóle się nie mył, a pod matką zapadała się podłoga??? No właśnie :) Życie Gilberta toczy się wolno i jest raczej nieciekawe. Zwyczajne, szare życie: kumple, praca pomocnika w sklepie spożywczym, rodzina. Ale, jak już wspomniałam, wszystkie te rzeczy są tak jaskrawo podkreślone, że choć nie są niezwykłe czy dziwne, nie są też do końca zwyczajne. Mamy więc kumpla zafascynowanego siecią fast-foodów, oraz kumpla - syna właściciela zakładu pogrzebowego. Mamy Pana Carvera, agenta ubezpieczeniowego, który utopił się w dziecinnym baseniku (przez przypadek :)), Ellen z jej bzikiem na punkcie własnego dojrzewania i Kościoła, Lance'a Dodge'a - gwiazdę lokalnych mediów, a między nimi wszystkimi plącze się gburowaty i chcący się od nich uwolnić Gilbert Grape. Właściwie to "Co gryzie Gilberta..." powinna być książką smutną i przygnębiającą, bo opowiada o tzw. "beznadziejności wszystkiego", ale kiedy się ją czyta, to ta "beznadziejność" wydaje się być wręcz nierealna, tak bardzo jest....prawdziwa? W każdym razie ja odnoszę takie wrażenie - patrzymy na historię rodziny Grape'ów i śmiejemy się z niej, nie traktując jej poważnie. Ale czy to oznacza, że nie ma gdzieś w jakiejś mieścinie jakiegoś Gilberta, który ma spaprane życie? Można traktować tę książkę poważnie, bo jak każda niesie ze sobą jakieś głębsze przesłanie. Carooseacaroosea@hoga.pl
|
|