...:::Książki Tolkiena:::...

Czy są cukierkowe?

Na łamach czytelni ;) spotkałem się z pewnym określeniem twórczości tego wspaniałego autora. Zapewne wiecie, że chodzi mi o "cukierkowe".
Nie sądzę, iż te książki są cukierkowe, ja nie odniosłem tego wrażenia, pomimo mojego wieku (średniego ;). Jednak nie nad moim wiekiem mam się rozwodzić, bo to jeszcze nie te lata (prawda Phnom? ;).

A teraz na ostro. Nie są to ani baśnie, ani utwory dziecinne. Prawda, że są w nich elementy baśni i były pisane dla młodych odbiorców.
Złudzenie cukierkowatości może być wynikiem brutalności naszych czasów, gdzie nieraz się słyszy zamiast znaków interpunkcyjnych i spójników wyrazy "nieparlamentarne". Ja znam gościa, który przeczytał "H" i "Wp" w wieku 24 lat, i jeszcze powiedział: "ale akcja! jakiej jeszcze nie czytałem". Mówiąc akcja, nie miał na myśli ogólnie zdarzeń, ale fabułę. A fabuła na pewno nie przypomina baśniowej. Nigdy się nie spotkałem z baśnią, w której występuje pierścień. Zasadniczą różnicą między baśniami i książkami Tolkiena jest objętość fabuły. W baśni uświadczamy kilku kolejnych zdarzeń, bez zarysu historycznego lub podobnego. W "Wp" mamy wiele wątków, opisy przedstawiające historię Śródziemia, i szerokie epickie opisy przyrody.

I jeszcze pod koniec dobro i zło. Nie wiem czy ktoś zauważył, że akcja książki toczy się tuż i w trakcie wielkiej wojny ze złem. A podczas wojny nie ma, że grasz bezstronnie w swojej armii (np. jesteś Rosjaninem, ale nie walczysz w 2WŚ, chociaż jesteś do tego zobowiązany). Nie wiem czy pojęliście aluzję, ale chodzi o to, że wtedy była wojna, a co za tym idzie dwie frakcje black&white :). A szarego nie było, prędzej czy później zlałby się z jedną z większych frakcji.

Nie jest to może jakieś odkrycie wszechczasów, jednak książki Tolkiena są uniwersalne, przeznaczone dla szerokiego grona odbiorców, a cukierkowatość i baśniowość to złudzenia. Złudzenia powodowane, nie tyle przez nas, a społeczność, w której żyjemy.

Splatch