Kiedyś widząc słoneczko i słysząc śpiew ptaków cieszyłam się i dziękowałam Bogu że mogę żyć i odczuwać piękno które mnie otacza. Kiedy zdawałam do plastyka cieszyłam się że będę malować i myślałam "teraz wszystkim pokażę". Od lat powtarzam sobie "nie będę samotna". No cóż, z tego wszystkiego nici. Moja miłość do malarstwa jak i szkoły plastycznej trwała rok, potem przez kolejne 4 lata męczyłam się i marzyłam aby szybko to dziadowanie skończyć. Od kiedy skończyłam to wolę nie pamiętać że chodziłam do szkoły o takim proflu. Jakoś tak wstyd się przyznawać bo większość ludzi kiedy słyszy że jestem po plastyku mówi "To musisz ładnie malować". W tym sęk że ja nie potrafię ani malować ani rysować. Może kiedyś potrafiłam ale ta szkoła to skutecznie zabiła. Po wszystkich egzaminach praktycznych odłożyłam pędzel na półkę, blejtramy pochowałam abym ich widoku nie musiała znosić i wyrzuciłam większość prac. To było ponad rok temu a mimo to nadal mnie skręca na widok pędzli i farb. 5 lat niewiadomo czego które doprowadziło jedynie do tego że przestałam rozumieć się ze światem, zamknęłam w sferze marzeń i pozostałam samotna. I nie potrafię tego zmienić. Wciąż za mną ciągnie się to nieszczęśne pięć lat buntu i pokazywania "jestem artystą - cudakiem, do mnie należy świat". Pewnie, cudakiem jestem - z natury, ze stylu bycia i ubioru ale świat nigdy nie będzie do mnie należał. W marzeniach - owszem ale w rzeczywistości pozostanę kolejnym, szarym człowieczkiem który nie wie co ze sobą zrobić. Im człowiek starszy tym bardziej uzmysławia sobie wartość lub bezcelowość swojego istnienia. Jeszcze pół roku temu na ostatnim ognisku klasowym z niemałą zazdrością wysłuchiwałam planów koleżanek: prawie wszystkie wybierały się na studia a ja? Cóż, wolałam się nie wybierać bo jak to się mówi "jeżeli nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze". Częściowo chodziło o pieniądze a częściowo o to że jestem mało pojętną uczennicą, która nawet nie wie co chce robić bo szybko wszystko ją nudzi. Rodzice zupełnie nie interesowali się moimi wynikami w szkole - grunt że przechodziłam z klasy do klasy. Po zdaniu matury widocznie doszli do wniosku że nie warto inwestować w takie tępe stworzenie a że ja nie jestem skłonna do żebractwa to w końcu nie zdawałam na żadną uczelnie. W rezultacie do prawie końca września nie wiedziałam co będzie ze mną dalej. Przypadek sprawił że znalazłam tanią, zaoczną, policealną szkołę, która już po pierwszych zajęciach okazała się beznadziejnym syfem z dość ciekawym towarzystwem. No i dla tego towarzystwa /męskiego bo żeńskiego mam po dziurki w nosie - w sumie 5 lat z 20 babami skutecznie mi pokazało iż baby to wredne stworzenia wpędzające w niemałe kompleksy/ jeszcze w tej szkole jestem. Czasami kiedy po całym dniu na nic-nie-robieniu tylko siedzeniu w Internecie żałuje że nie zabrałam papierów jednak z drugiej strony co 2 tygodnie mam niezły ubaw z chłopakami. Nie umiem zrezygnować z tej formy rozrywki bo jest to jedyna nić łącząca mnie ze światem. Na ogół jestem w domu i: albo siedzę przy komputerze albo czytam ksiązki albo idę rozładować energię na basen i tak przez 12 dni aż do kolejnej wizyty w szkole. Często ogarnia mnie czarna rozpacz iż takie bytowanie nie ma żadnego sensu i najlepiej byłoby z tym skończyć. W końcu kogo interesuje to co robię i jak się uczę? Nikogo. A taka obojętność zabija mnie od środka. Na swoje szczęście jestem zbyt wielkim tchórzem żeby pozbawić się życia. No i moja ciekawość też mi na to nie pozwala. Jednak kiedy kolejny dzień jest dniem spędzonym na niczym znowu myślę czy życie ma sens. I za każdym razem dochodzę do wniosku że nie. Jak pomyślę że jeszcze nie tak dawno umiałam doceniać życie i to co mnie otacza to sama sobie się dziwie. Ja? Dziękowałam za to że zyje? Ciekawe po co? Zupełnie bezsensu.

anna1981@poczta.fm