Samotny król osobistego królestwa. W czarnej, długiej, pomarszczonej szacie. Spójrz: właśnie upadł. Leży na posadzce, tuż pod majestatycznymi schodami stanowiącymi stopy Jego tronu. W kryształowym pałacu, którego mrok rozświetla słoneczny blask wysokich, gotyckich okien. Po Jego bladych policzkach spływają błękitne łzy. Podąża wzrokiem wzdłuż otchłani swojego cierpienia. Niezbadane przestworza astrali, ponad którymi niegdyś radośnie się wznosił, odeszły już dawno w zapomnienie. Lodowy podmuch wiatru... Tego samego, który nieustannie i z uporem maniaka próbuje przypomnieć mu, że istnieje jeszcze inny świat.
   Wąski strumyczek czarnej krwi spływa łagodnie po Jego gardle. Teraz leży prawie martwy, bez życia. Dusza Jego nie płonie już jasnym blaskiem. Zgładzone dawno Ego wypełza z ostatnią kroplą życiodajnej energii. Jedyne, co zostało po Jego jakże plugawym człowieczeństwie...
   Bladobłękitny sztylet, o klindze jaśniejącej ogniem piekielnych zaklęć, unosi się bezwładnie ponad Jego piersią.
   - Kim jesteś?
   - Przecież znasz odpowiedź... Idealną Jaźnią, Najwyższym Imperatywem, Jahwe, Stwórcą, Bytem Pierwotnym, Allachem, Ostatecznym Sędzią, Ahura-Mazdą... jestem Tobą, głupcze.
zly_jez