â?? I nastał czas prawdyâ?? â?? rzekł mi Ktoś.
Stanąłem na rozwidleniu życiowych dróg, ale nie mogę się ruszyć z miejsca. Moje członki są jak odlane z ołowiu, ciężkie, zbyt ciężkie, aby móc nimi poruszyć. To nie od mojej siły czy sprawności zależy mój los. To nie ja zadecyduję o moim, być może ostatnim kroku. Losy moje spoczywają w rękach zgromadzenia znanego pod mrożącą krew w żyłach nazwą Rada Pedagogiczna. Ponure towarzystwo, tajemnicze i nieprzystępne o kamiennych twarzach i niewzruszonych spojrzeniach, pozwoli mi żyć, lub definitywnie przekreśli moją nędzną egzystencję.
Monotonny głos dyrektora ciągnie swój wykład z lodowatą obojętnością, przedstawiając suche fakty z mojej niedalekiej, bo obejmującej 2,5 roku przeszłości. Nie ma czasu na sentymenty, litość czy współczucie. Liczą się fakty. A te są bezlitosne i skierowane przeciwko mnie. Jak na ironię losu to ja jestem głównym sprawcą mojego dzisiejszego położenia. Bardzo wiele przemawia na moją niekorzyść, zbyt wiele.
Kolejny głos, równie zimny jak poprzedni, tym razem należący do młodej kobiety, przedstawia pozostałym zgromadzonym moją ostatnią deskę ratunku. Jest to niewielki, bo formatu A4, kawałek czystego papieru, na którym widnieje nabazgrane niedbałym pismem kilka zdań mających obronić mnie przed zdaje się pewnym wyrokiem jakim jest negatywny wynik głosowania. Ten spisany niemal na kolanie papier zwany urzędowo podaniem, ma mówić w moim imieniu. Nie mogę bronić się osobiście przed tym stadem żądnych krwi bezdusznych belfrów. Zebranie jest zamknięte i basta. Nie ma nikogo, kto chociaż mógłby mnie reprezentować. Na wychowawczynię nie liczę, bo wiem że ona pierwsza mnie skreśli. Tylko moje nędzne podanie proszące o dopuszczenie mnie do egzaminów klasyfikacyjnych z dwóch przedmiotów stanie w mojej obronie. Będzie krążyć z rąk do rąk, ale nikogo nie przekona. Cóż z tego że krzyczy iż pracuję, i nie zawsze mogę być w szkole. Co z tego że powie o ciężkich warunkach dojazdu, utrudnionych dodatkowo przez ubiegłoroczną powódź. Co z tego że do końca pozostały nędzne 3 miesiące.
Do nich to nie przemówi, będą głusi na moje argumenty. Ich to nic nie obchodzi.
Nie zauważam upływającego czasu, straciłem całkowicie rachubę, ale zdaje się że dość długo Rada debatuje nad moim wnioskiem. Dziwne, ale nie czuję żadnego napięcia. Siedzę sam w skąpo oświetlonym korytarzu, oczekując końca zebrania, a stres, o dziwo nie zżera mojego żołądka od środka. Spokój, a może nawet obojętność zaskakuje mnie do tego stopnia że na myśl przychodzą mi ubiegłe lata, które bezpowrotnie zmarnowałem i utraciłem. Ileż to razy byłem w podobnych sytuacjach, już nie pamiętam. Ile nerwów poświęciłem, też nie zliczę. A wszystko to przez własną głupotę, lekceważenie obowiązków, lenistwo i lekkomyślność.
Czy nie można było tego wszystkiego uniknąć? Czy moje życie nie mogło się potoczyć normalnym torem? Czy jest to tylko i wyłącznie moja wina, czy też jednak okoliczności zewnętrzne w równym stopniu są odpowiedzialne za taki stan rzeczy?
Doprawdy nie wiem. Nieraz zachowuję się dziwnie i mówię i robię rzeczy, których nie chcę wypowiedzieć i zrobić. Wbrew sobie popełniam te same błędy !
Jak to możliwe ?
He he, nie tyle możliwe co prawdziwe, przecież siedzę tu na korytarzu i czekam na werdykt, tej swoistej ławy przysięgłych ( lub sprzysiężonych przeciwko mnie...)
Czekam jak zbity pies na swego pana, który może rzuci jakiś ochłap i pozwoli mi wegetować, albo pozostawi na pastwę okrutnego losu.
Lecz, cóż to ? Rozległ się dźwięk szkolnego dzwonka, a po chwili na piętrze słyszę znajome głosy nauczycielek uczących mnie na co dzień. Czekam na odpowiedni moment, aby zapytać któregoś z nauczycieli o moje dalsze losy.
Wyszli, uśmiechnięci, uradowani, żartują między sobą. Tacy beztroscy, weseli, roześmiani, nie przypominający zupełnie osób, które 1,5 godziny temu wchodziły do budynku. Byłem nawet skłonny uwierzyć że wszystko poszło dobrze i mogę pójść do domu nie zawracając nikomu głowy i psuć tego sielankowego nastroju. Jedyne co mnie zaniepokoiło to twarz jedengo z nauczycieli, którego znam i tak się składa że to on namówił mnie do napisania podania. Jego twarz ukazywała zwątpienie i zamyślenie, nie pasowała w ogóle do całej reszty. Przechodzili obok mnie, ale nie zauważali mojej skromnej osoby ukrytej w mroku korytarza. Odczekałem moment i podążyłem za zatroskanym nauczycielem. Tak się złożyło że razem z nim szła moja wychowawczyni, która zauważyła mnie, gdy byłem dostatecznie blisko. Jej słowa przez kolejne dwa dni i dwie noce dźwięczeć mi będą w czaszce niczym żałobne reqiuem wykonane na kościelnych organach. â??Niestety proszę pana, Rada nie przychyliła się do pańskiego wniosku, musi pan powtarzać semestr.â??
Nie patrzyłem w jej wykrzywioną w triumfalnym grymasie twarz, już nie słuchałem jej piskliwego głosu drążącego mój mózg. Oczyma przyszłości widziałem siebie pośród bezmiaru ludzkiej głupoty, tonącego i wzywającego pomocy. Nikt jednak nie slyszał moich dźwięków wydobywających się z jamy gębowej. Niewielka garstka ludzi, którzy wierzyli we mnie, w mój potencjał i moje możliwości stoi ze smutnymi twarzami nad krawędzią morza ciemnoty i ogląda mój upadek, ostateczny cios po którym podnieść już się nie można.
Najbardziej martwi mnie reakcja najbliższych znajomych z którymi utrzymuję jako taki kontakt - Ani, Iha, Dyły, Stolageâ??a. Cóż takiego oni rzekną czego ja nie wiem.
Po raz kolejny doświadczyłem ogromnego rozczarowania. Jeszcze moment, a czara goryczy przepełni się, a ja nie wytrzymam tego. Zostawiłem za sobą kolejny dowód na niezaprzeczalny fakt iż należę do kategorii ludzi gorszych, niezdolnych do zmiany czegokolwiek, nie mających wpływu na nic, nie potrafiących podnieść rękawicy jaką rzucił okrutny los.
Nie pytałem o nic więcej tej nauczycielki z piekła rodem, miałem już dosyć. Ruszyłem przed siebie wolnym krokiem potykając się co chwilę o nierówności posocjalistycznego chodnika pokrytego ubitym śniegiem. Moje nogi automatycznie skierowały mnie na przystanek kolejowy, gdzie próbowałem zebrać myśli i poukładać je w jakąś sensowną całość. Szedłem nie zważając na przejeżdżające samochody, ani na przechodniów patrzących wrogo na moją pochyloną, garbatą sylwetkę, przypominającą drwala uginającego się pod ciężarem niesionego drzewa. Ja dźwigałem coś znacznie cięższego; bagaż życiowych doświadczeń, do których dołożyłem kolejną porażkę. Zastanawiam się jak będę wyglądał za kolejne 20 czy 40 lat. Jeśli teraz na początku życiowej wędrówki ciężar jest tak trudny do wytrzymania to co będzie później ? Oczywiście zakładając że tak długo będę żył...
Nie zauważyłem kiedy dotarłem do wiaduktu kolejowego wysokiego na jakieś 7 metrów. Wspiąłem się powoli na tę skomplikowaną architektonicznie konstrukcję i spojrzałem wokoło siebie a następnie w dół. Wokoło setki świateł, życie w Stalowej Woli powoli przenosi się do tysięcy domów i mieszkań. Ulice pustoszeją, wszyscy spieszą się, aby zdążyć na kolejny bo już 2345678 odcinek brazylijsko-wenezuelsko-portugalskiej telejebaneli, gdzie Carlos Eduardo Gonzalez pieprzy jakąś naiwną, ślepą i biedną sierotką z prowincji, podczas gdy Maria Concitta Fernandez Mendoza zrodzona z kazirodczego związku, onanizuje się przed swoim stryjecznym wujkiem swojej przyrodniej siostry, bo ten z kolei nie ma siły i nie chce ryzykować zawału.
Większą poularność zdobyła jednak następna edycja największej zachodniej tandety zaczerpniętej z bogatej kultury Zachodu. Mowa oczywiście o Wielkim Bracie, bo tak zwie się to ustrojstowo. O tak, to typowe dla naszego narodu, oglądać stado bezmózgich kretynów i nabijać kasę SMS-ami czy innymi audiotelami. Jak się nie ma własnego życia, trzeba podglądać cudze... Nawet jeśli jest to pieprzona iluzja!
Nieważne, ja mam większe problemy na głowie. Stałem oparty o barierkę i mimowolnie spojrzałem w dół. Dziwne uczucie ukojenia nawiedziło nagle mój umysł. Tylko siedem metrów w dół i można by zakończyć wszystkie kłopoty. Siedem metrów jak siedem grzechów. To przecież takie proste. Wystarczy tylko krótki impuls, który przez moment niepodzielnie zapanuje w głowie i spowoduje że ciało jako niewolnik umysłu podporządkuje się jednemu nakazowi...
Niestety, nie miałem pewności że faktycznie udało by się opuścić ten ziemski padół.
Ludzie skakali z 4 piętra i udawało im się jakimś cudem przeżyć. Nie, ja muszę mieć pewność. Poza tym mam lęk wysokości :-)
Zaczekałem jeszcze 15 minut i nadjechał pociąg.
Kiedy piętrzą się kłopoty, człowiek czuje się bezradny i całkowicie bezsilny w głowie pojawiają się koszmarne myśli, nawet samobójcze. Nie chcąc sprawdzać jak bardzo jestem podatny na ich działanie wsiadłem do pociągu i ułożywszy się najwygodniej jak to tylko możliwe natychmiast zasnąłem. A może właśnie się obudziłem ?