Nigdy nie miałem
psa... Nie wiem co to pies. Nie znam się na psach. Może pies to nie pies... Kto
go tam wie... ja tam nie wiem. Ale wiem jedno. Wiem, że pies to coś co ma cztery
łapy! I do tego ma kły... A jeśli łapy i cztery kły to lepiej na takiego
psa uważać. O tak... Wiem co mowie. Pamiętam... była jesień (wczesna jesień).
Godzina późna w nocy, tak gdzieś po pierwszej (bo później już nie). Szedłem
sobie powoli na dworzec, wracałem od domu mojej ukochanej. Och... ona o tym
nie wie - to platoniczna miłość, stałem pod jej oknem i czekałem... gwizdałem...
krząkałem... w końcu odszedłem, ale wróciłem i znowu odszedłem... w końcu sobie
poszedłem. Więc ide tak sobie i ide w strone dworca... Nic tu po mnie - myśle
sobie (i dobrze myślałem). Księżyc blado prześwitywał przez przepływające
chmury, niczym czarne ptaki na tle latarni... Ulica pusta, słabo
oświetlona, rozwalający się chodnik przy pustej szosie... Nagle ujrzałem na
końcu ulicy grupę ludzi. Ruchliwi byli... co chwila ktoś wymachiwał rękami, ktoś
kogoś odpychał, słychać krzyki i śmiechy... To nie są spokojni ludzie -
pomyślałem (i dobrze pomyślałem). Co robić...? Iść w ich stronę...? Nie! To się
może źle skończyć, przynajmniej dla mnie. Zwiewam! Teraz w lewo do tego parku,
czy tam jakiegoś lasku... już! Cholera! Chyba spostrzegli mnie i moją
ucieczkę przed nimi... O nie... gonią mnie! Spieprzać co sił w nogach! Szybko...
między drzewami! Au! Pieprzone gałęzie! Jak sobie teraz przypominam - tę
ucieczke... ja wtedy płuca z sercem gubiłem, a gałęzie waliły o moją twarz...
Więc gonie! Może już się odwrócić? Nie... jeszcze nie... Dość, tu padne! Uf...!
Niech złapie oddech... Co za czasy, żeby w ciemną noc tak zwykłego człowieka...
no nie. Szlag by ich...! Zaraz... nikt mnie nie goni... posiedze jeszcze
chwile... Dobra, chyba jest już bezpiecznie. I co teraz? Wracać? Lepiej
nie... a jak pójdę teraz prosto to zrobie sobie chyba skróty. Nigdy tu nie
byłem, zresztą w tym mieście rzadko bywam, ale teraz częściej. Już trzy razy w
tym tygodniu... ech... gdyby tylko wiedziała... Powiem jej, następnym razem jej
powiem! Ocho...! Dalej chyba nie pójdę... jakieś ogrodzenie... Kurde, jaki
zarośnięty ten park! Nie wiele widać... A co tam, to sie da przejść. Tak też
zrobiłem. Metalowe ogrodzenie, wysokie jakby czyjejś posiadłości. He he... ale
tu nikt nie mieszka. Żadne mi tu "he he", chyba, że dla otuchy (to było dla
otuchy). Dobrze idę, z ogrodzenia widziałem przebijające przez drzewa
światła miejskie. Jeszcze przejdę przez te trawsko... Cicho! Coś słyszałem...
Cholera, ciarki przeszły przez moją skórę, brrr...! Łatwo mnie przestraszyć...
he he... (to też dla otuchy). Lepiej będzie jak prędzej się stąd zmyje.
Szybko... przed siebie! ...Hej! Co to jest...!? Orz kurde...! No ładnie...! Ja
chyba jestem na jakimś starym cmentarzu... i to żydowskim (to był stary,
żydowski cmentarz)! Nic nie mam przeciwko żydom, oprócz ich cmentarza tutaj.
Brrrr...! Dreszcz mnie przeszedł! O nie!! I znowu coś słyszałem... jakiś
szelest... Coś tu jest! Moje wszystkie włosy się podniosły w zimnym
dreszczu przeszywającym moje ciało. Spokojnie... tylko spokojnie... (to
była jedna z najbardziej niespokojnych chwil mojego życia). Cisza... zupełna
cisza... Stałem tak zamarły w bezruchu może z minutę... I nagle wyskoczyło coś z
najbliższej gęstwiny warcząc niczym wściekły pies. Myślałem, że moje serce
stanęło, a nogi same ugięły się w kolanach... Jasny gwint! To coś stało i
warczało. Po stokroć wolałem spotkać się z tymi z ulicy, niż teraz umierając ze
strachu przed czymś warczącym i to na cmentarzu. To coś widocznie było psem i
być może wściekłym. A co u licha na cmentarzu robi pies i to warczący jakby był
wściekły!? I co ja w ogóle tu robię...!?? Chwila niepewności i strachu
przeciągała się okrutnie. Dość! Muszę coś zrobić... ale co? Zacząłem z
niezwykłym trudem powoli się cofać, ten pies ni pies stał dalej i warczał.
Cofałem się... cofałem... i nie wytrzymałem, odwróciłem się i zacząłem
biec, na oślep przed siebie. Chyba za mną biegł... Goniłem niczym szalony,
bez opamiętania... nic nie widziałem... Nagle potknąłem się i upadłem,
wywróciłem się przy jakimś grobowcu. Szybko przywarłem do niego plecami łapiąc
zgubiony oddech. Czekałem ciężko dysząc... zamknąłem oczy, strach mnie
całkowicie wykończył, było mi już wszystko jedno albo chciałem żeby tak było...
Minęła chwila (może 5 sekund, pół minuty - nie wiem), z bólem złapałem głębszy
oddech i otworzyłem oczy. Nic... nie ma go... cisza... Siedziałem i czekałem,
tylko nie wiem na co. W końcu wyjrzałem zza grobu... O nie!!! Stał metr przede
mną! Widziałem jego ślepia, wdziałem jego kły. No to po mnie... Znów przywarłem
do grobowca, nawet nie myślałem, że w nim jest trup, pełno trupów wszędzie było.
Ale trup to trup, a coś jak wściekły pies to coś jak nie wiadomo co, nawet gdyby
był to wściekły pies. Nie ma żartów (i nie było). Zaraz pewno rzuci się na
mnie... Ale... mam coś! Jakiś kij wymacałem pod ręką. Wówczas jakiś instynkt
samoobrony przewyższył nad moim strachem. Nie zastanawiałem się długo, złapałem
kij mocno w obie dłonie i z okrzykiem wypadłem zza grobu. Wtem moja furia
zamieniła się w przerażenie na granicy zawału serca. W moje uszy wdarł się
wrzask przenikający przeze mnie aż do pięt. I nie był to mój wrzask... I gdy
moje serce znów zaczęło bić zorientowałem się co się dzieje. Jakiś facet coś
bełkocząc z przerażenia i miotając panicznie swoimi kończynami wygramalał
się z krzaków (widocznie musiał tam wskoczyć na mój widok i to z okropnym
wrzaskiem). Gdy był już na nogach zaczął uciekać, ale znów wywalił się w krzaki.
Ja też nie czekałem, rzuciłem kij, odwróciłem się i zacząłem spieprzać jak
się dało. Jak najdalej stąd przed siebie. Ciąłem między grobami nie
zastanawiając się nad niczym. Ani nad psem nie psem, który szlag wie gdzie się
podział, ani nad tamtym facetem, ani nad trupami i ich cmentarzem... Po prostu
biegłem. Dobiegłem do ogrodzenia, wdrapałem się na nie nawet nie wiedząc
jak, zeskoczyłem i dalej biegłem. Minąłem pare drzew i byłem już na chodniku
ulicznym. Zatrzymałem się dopiero za chwile. Ale tylko na chwile. Po obejrzeniu
się ruszyłem szybkim krokiem nawet nie czując zbytnio zmęczenia. Strach
niósł moje nogi, chociaż myślałem, że zaraz padnę. Aby dojść do tego cholernego
dworca...!
Pociąg miałem
za godzinę. Siedziałem sam na dworcu i starałem sobie niczego nie przypominać.
Nigdy już tu nie wrócę - tak myślałem (źle myślałem). Mam gdzieś tą dziewczynę
(ale nie miałem). Ale ze mnie głupek, żeby dzisiaj tyle siedzieć przed jej domem
bezsensownie... (faktycznie głupek byłem). (...) Siedziałem już w pociągu,
teraz zacząłem sobie wszystko przypominać... co to był za pies...? No przecież
nie był to pies tego faceta. Nie, to musiał być jakiś strasznie straszny pies z
nikąd - jeśli to był pies. Nie znam się na psach. Nigdy nie miałem
psa.
JakBym