Kocham ferie. Uwielbiam tę chwilę, gdy zdawszy w dziekanacie indeks, szczęśliwy i zadowolony zmierzam do domu, by, kiedy przyjdę, oddać się radosnemu nieróbstwu. A moja świadomość jest mile łechtana faktem, iż właściwie, to jeszcze nie ma ferii, ale mam wolne, bo wszystko udało mi się pozaliczać w pierwszych terminach. W domu mam dużo czasu. To nic, że wszyscy kumple i znajomi zostali na uczelni, by w pocie czoła kontynuować zaliczanie sesji. Nie potrzebuję ich. Mam komputer, mogę sobie pograć we wszystko, co sobię zamarzę - wkraczając do krzemowego świata iluzji staję się kimś zupełnie innym i mogę robić, co zapragnę. Mam dużo książek, które mogę czytać i czytać, a one dają mi w zamian poczucie przynależności do innego, lepszego świata - niedostępnego dla przeciętnych zjadaczy chleba. A kiedy już przejdę wszystkie gry i przeczytam wszystkie książki, zawsze mogę jeszcze pooglądać telewizję. Kilkanaście polskich i kilkaset obcojęzycznych kanałów jest w stanie zapewnić rozrywkę na długie samotne wieczory. A kiedy chandra nie daje mi spokoju i nawet ekran magicznej skrzynki zaczyna mnie drażnić wychodzę sobie na spacer. Najlepiej wieczorem, kiedy jest ciemno. Mogę wtedy przemierzać uliczki osiedla zerkając w nisko położone okna i odkrywać w ich poświacie oglądać losy ludzi mi nie znanych, lecz bliskich, bo oddzielonych jedynie cienką, kruchą taflą szyb... Po długim spacerze wracam do domu zmarznięty, lecz szczęśliwy, bo nacieszony tymi chwilami iluzorycznego obcowania z osiedlowymi współmieszkańcami. I udaję, że jestem szczęśliwy. Że, nie słyszę tego wrednego, cienkiego głosiku odzywającego się gdzieś wewnątrz mojej czaszki krzyczącego: "Jesteś SAM!!! Jesteś SAM!! Jesteś SAM!!!". I dopiero po kilku nie przespanych nocach, wilgotna poduszka uświadamia mi prawdę. Że te ferie są do dupy. Że to jakaś wielka bzdura, by odrywać mnie od mojego świata wykładów, ćwiczeń, laboratoriów, egzaminów i zaliczeń z powodu jakichś >>ferii<<. Tylko w tamtym świecie poruszam się ze swobodą i zapewniającą pewność siebie świadomością, że jestem najlepszy. Zabierając ten świat, ferie zabierają mi cząstkę mnie. Zabierają mi ten bezczelny uśmieszek, błysk w oczach, zdolność kojarzenia pozornie odległych faktów. Pozostaje żałosny mały człowieczek, który nie mając znajomych, hobbies, kobiety ani godnego zajęcia nie ma pojęcia zo zrobić z takim darem losu jakim są dwa tygodnie wolnego nie opodatkowanego wysiłkiem czasu. Miotam się po przestrzenii egzystencji goniony strachem przed samotnością lecz osaczony przez obezwładniającą nieśmiałość. To ona, ta wredna suka, dławi gardło, zaciemnia umysł i trzęsie mymi rękoma, gdy tylko mam szansę na poznanie KOGOŚ. I tą przez nią ten KTOŚ odchodzi chichocząc i nabijając się z tego "kretyna". Siedzę więc sam w domu, udając, że to lubię i odliczając w tajemnicy przed samym sobą dni do nowego semestru, który kładąc na me barki ciężar nowych obowiązków nie pozostawi mi nawet chwilki wolnego czasu zbawiając mnie przed uświadomieniem sobie nikłości żywota mojego. Tak... Nienawidzę ferii...