Heh. Tak zupełnie przez przypadek zajrzałem do AM. "Ciekawe, o co tu chodzi?" Czytam, czytam, ot, trochę pierdół, trochę tekstów zaangażowanych, trochę jakiś dziwnych wywodów. I tak sobie myślę, że może i ja ulżę swojej grafomanii i popełnie zbrodnie, yyyy... znaczy tekst, oczywiście. A o czym chciałbym napisać? Większość czytelników to dzieciaki i młodzież, więc może coś co ja wiem, a co niektórym z nich może się przydać? OK. Niech będzie. Więc napisze trochę o tym, co jednych przeraża i wywołuje napad złości i chęć protestowania, a innych niezdrowo wręcz podnieca. Napiszę o polskiej armii i obowiązku służby wojskowej. A nuż niektórzy z Was staną naprzeciw decyzji, ściemnić, udać wariata, dać łapówkę lekarzowi, pójść do jakiejś marnej szkoły i spróbować odwlec zagrożenie, czy może jednak zdobyć sie na odwagę (czy też głupotę) i ruszyć w kamasze. Wojsko nie jest złe. Nie jest też dobre. Jedni czują się tam bardzo dobrze, inni z pewnym oporem, ale adaptują się do wojskowej rzeczywistości, inni zupełnie do niej nie pasują. Nasza, polska doktryna obronna zakłada, że jakiś tam procent poborowych, bodaj 20%, musi przejść przeszkolenie, by w razie wojny miał kto bronić naszej ojczyzny. Oj wiem, że większość dzisiejszej młodzieży ma w poważaniu takie hasła jak ojczyzna czy obowiązek, dzisiaj prawie każdy deklaruje, że jest kosmopolita (czyli kimś, kto czuje się obywatelem świata, nie jakiegoś państwa). Ale nie zmienia to faktu, że jakoś niechętnie widzielibyśmy, aby ktoś nam wywracał życie do góry nogami i kazał uczyć się innego języka, zmienić religię, albo by nas przesiedlał na siłę. Więc uznajmy, że przynajmniej w obecnej wersji rzeczywistości należy się zabezpieczyć przed wojną. Najlepszym zabezpieczeniem jest jak na razie posiadanie armii. To taki straszak, mówiący potencjalnemu agresorowi: "Chcesz, to chodź, ale łatwo nie będzie, wielu twoich chłopców zginie, a jak już wygrasz, to nadal będziemy robić trudności". I właściwie o to chodzi w polskiej strategii obronnej, bo ukształtowanie terenu skazuje nas na niechybną porażkę (utrzymać to moglibyśmy co najwyżej góry, miast Polski byłaby Republika Góralska). Więc skoro wiemy, że armia naprawdę jest (w obecnej sytuacji) niezbędna, zastanówmy się, czy dobrze jest tam trafić. Ja tam byłem i spędziłem 12 zas...ych miechów. Czy jestem zadowolony? Hmm... TAK! Trafiłem do woja w okresie, w którym nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Maturę zrobiłem, ale uczyć mi się nie bardzo chciało. W pracy wytrzymywałem tylko chwilę, bezrobocie stało się nieznośne z powodu marudzących rodziców i poczucia marnowania czasu. Od dziecka ciągnęło mnie do wojska, czasem bardziej, czasem mniej. A niech im będzie. Postanowiłem pójść do komandosów. Jak już biegać z karabinem, to z poczuciem, że robi się coś naprawdę i porządnie. Niestety, życie różni się od filmów. Durna biurokracja miast do desantu czy rozpoznania skierowała mnie do szkółki na kapsla (dowódca drużyny piechoty w stopniu kaprala). Miały być 4 miechy gdzieś na skończonym zadupiu (przeprosiny dla mieszkańców Bartoszyc), a później służba obok domu, w Wesołej pod Warszawą. Nie będę opowiadał jak los ze mnie drwił i co chwila zmieniano mi przydziały. Jak co i rusz przeżywałem zawody i w końcu zupełnie przestało mnie cokolwiek w wojsku ruszać. Więc chwila prawdy o wojsku polskim, choć odnoszę wrażenie, że tak naprawdę jest tak wszędzie. Armia to chaos, logika absurdu, wyobcowanie, skur...ństwo, bycie wilkiem dla wszystkich wokół. Jeśli nie paliłeś, tam masz dużą szansę, że zaczniesz. Jeśli nie piłeś lub robiłeś to w rozsądnych ilościach, tam masz szansę wpaść w nałóg. Z narkotykami w '98 było trochę lepiej, ale do dziś i pewnie w to można się wpakować nawet jeśli w cywilu się nie ćpało. Ogólnie dół. Więc co może być w tym dobrego? Kopniak. Tak, właśnie kopniak. Solidny, prosto w żyć (znaczy pupę :). Taki po którym jeśli się podniesiesz, to już łatwo się nie przewrócisz. Jeśli ktoś czuje się słaby, nie wierzy w siebie, całe życie trzyma się mamy, niech broni się przed wojskiem z całych sił. Mówię poważnie. Widziałem żołnierzy, którzy sfiksowali. Choć nie wojsko było przyczyną. Oni byli słabsi już przedtem. Ale wojsko jest takim wąskim mostem nad przepaścią, po którym rzadko przechodzi ktoś, kto boi się wysokości. Taki ktoś zazwyczaj spada. "Nie patrz w dół, nie patrz w dół. Shrek! Ja patrzę w dół!!!" ;> Do wojska trafiają też ludzie, którzy mają pecha. Brak perspektyw, pochodzenie z zabitej dechami dziury, w której nie ma możliwości znalezienia pracy - to ich kamień ciążący u szyi. W wojsku początkowy zapał do "bycia żołnierzem" szybko mija. Zastępuje go miernota, rutyna, walka o stołki (o tzw. grupę uposażenia, czyli wysokość zarobków). Oczywiście mówię o tych, którzy w wojsku zostają na zawodowych. Problem w tym, że szarość i nijakość ich życia zalewa wszystkich wokół i dla tego w wojsku jest i MUSI być beznadziejnie. Dlatego prawdziwi fanatycy wojskowości są tam odosobnieni, są outsiderami, tak naprawdę nie lubieni i gnębieni przez wszystkich. Czego można się nauczyć w wojsku? Cwaniactwa, kur..stwa, olewania, wazeliniarstwa, RWD (osławiona pieczątka rozumiana jaka zasada "Ratuj Własną Dupę"). Ale można też nauczyć się, jak być silnym, gdy wszyscy podkładają ci kłody pod nogi, jak radzić sobie bez wsparcia drugiej osoby, jak mieszkać z dwudziestoma ludźmi w jednym pomieszczeniu i być samotnym, jakby się siedziało w głębokim lesie. No i najważniejszego, przynajmniej dla mnie. W armii nauczyłem się, czym jest wolność, jak niezwykle jest ona dla mnie cenna i że posiadając wolność jestem szczęśliwy bez względu na sytuację. Warto to przemyśleć. 12 miesięcy upodlenia i Innego Świata może zmienić nasze spojrzenie na cały świat. Nie każdy tego potrzebuje, nie każdy może to wytrzymać. Nie zawsze warto. Ale to nie koniec świata. Bo kiedyś się wyjdzie i będzie się tak wolnym jak poprzednio - ale tak naprawdę będzie się o wiele wolniejszym, bo będzie się tej swojej wolności świadomym. Pozdr. Grey