Czy patrzyliście kiedyś w płomień ogniska?
Jest piękny... Jego tajemnicza poświata rzuca pełgające cienie na wszystko wokół. Sprawia, że świat wydaje się lepszy. Tak, świat jest lepszy. Jest cudowny...
Gdziekolwiek się obrócę, dostrzegam piękno. Na górze, tam wysoko, płyną białe obłoki. Są wspaniałe - takiej delikatności nie widać nigdzie indziej. Powłóczyste smugi, olbrzymie kłęby, przelewają się przez nieboskłon z niebywałą gracją, pchane przez aksamitne podmuchy wiatru. W dole, tu na ziemi, każda mrówka ma swoje miejsce. Z właściwą sobie precyzją współtworzy świat, w którym się znajduje. Jest szczęśliwa...
Ja także. Cały świat mnie raduje. W sercu czuję obecność siły, która jest dla mnie zagadką. Może to optymizm? Pewność, że jutro wszystko będzie dobrze? Nie wiem, ale jestem zadowolony.
Wiem, że wystarczy jedno spojrzenie na otaczające mnie cuda natury, a wszystko wyda się inne, prostsze. Nie będzie przede mną nic, czemu nie sprostałbym. Każde, nawet najskrytsze marzenie, jest osiągalne. Jestem władcą świata. Leży on u mych stóp. Wznoszę się na skrzydłach jego wspaniałości.
Z mego umysłu wypływa potok pozytywnej energii. Ze strumienia myśli... Nie, z luk pomiędzy nimi, z czystej świadomości, wyłania się istota szczęścia. Istota doskonałości. Jasny promień, potrafiący skruszyć ciemność mroku, przepełnia mój umysł i szepcze. Mówi, że jako człowiek jestem doskonały. Mogę wszystko. Wystarczy tylko sięgnąć...

Czy patrzyliście kiedyś na krople deszczu?
Jakże żałosny jest ich żywot... Brudne, niemal brunatne spadają z ołowianych chmur tylko po to, żeby się połączyć z ekskrementami tego świata. Ze wszystkim tym, co na dole. Z odrapanymi ulicami, szarymi przedmiotami, w końcu z każdym żyjącym stworzeniem. Zdają się wiedzieć, że miast zmywać, powiększają jedynie ciężar kamienia trosk. Głazu, który przygniata wszystko co żyje. Każde stworzenie, nawet najmniejsza mrówka, czuje, że nie uwolni się od niego już nigdy.
Ja także. Jestem skazany na kolejne upadki, kończące bezsensowne próby wyrwania się z objęć ramion melancholii i bezradności. Wiem, że zawsze przegram. Niezależnie od tego, ile wysiłku włożę, za każdym razem braknie tej odrobiny. Kruszyny, która ulotniła się wraz z naiwnymi marzeniami o szczęściu.
Jestem skazany na klęskę. Nic nie jest w stanie mnie pocieszyć. Błądzę w labiryncie zmartwień, pozbawiony nadziei i złudnych pragnień. Na progu szaleństwa proszę o szklankę marzeń, lecz wiem, że nikt nie zlituje się nad śmieszną karykaturą człowieka. Jestem nagi. Brutalne życie odarło mnie z szat prawdy i człowieczeństwa. Najchętniej odebrałbym sobie życie, ale nie potrafię. Brak mi odwagi. Znikła gdzieś w konfrontacji z problemami dnia codziennego. Teraz po prostu czekam, aż wyczerpią się baterie życia...

Czy patrzyliście kiedyś na człowieka?
Jaką dziwną istotą jest, gdy boryka się z przytłaczającymi go problemami.
Jestem człowiekiem, jak każdy. Mam te same zmartwienia. Czasem nie daję rady unieść ich ciężaru. Ale nie poddaję się. Idę dalej, mimo wszystko. Dźwigam ładunek trosk i kłopotów, bo wiem, że kiedyś będzie inaczej. Coś osiągnę. Jestem świadom, że każda kłoda pod moimi nogami jest tylko stopniem na schodach życia. Być może ostatnim, być może przewyższającym moją wolę. Nie zawsze się wygrywa. nie byłbym istotą ludzką, gdybym nie zaznał goryczy klęski.
Tak właśnie jest. Ogień parzy, ale jednocześnie oczyszcza. Woda zaś zmywa wszystko. One są we mnie obecne i walczą. Nie wiem które zwycięży... Choć podświadomie pragnę dotknąć tej doskonałości, coś mi przeszkadza.
Być może to bagaż dotychczasowego życia? Jego negatywy, śmiecące umysł przebrzamiałymi wartościami, które w konfrontacji z umykającym czasem zamieniają się w pył? Nie jestem pewien... Ale wiem jedno.

Nie pozwolę, aby kropla deszczu spadła mi na policzek...


Gregorius