Gdy tylko zacząłem omawiać na języku polskim modernizm, od razu spostrzegłem, że nastroje tamtej epoki są łudząco podobne nastrojom czasów, w jakich przyszło mi żyć. Dekadentyzm, spleen, sceptycyzm, defetyzm, negacja wszelkich ideałów i wzorów - wszystko to wydawało się niezwykle znajome, przywodziło na myśl nie tylko twórczość współczesnych artystów, ale także niekiedy uczucia znane mi z autopsji. W utworach Baudelaire'a, Verlaine'a i przede wszystkim Tetmajera, znajdowałem genialne wyrażenie moich stanów duchowych, lęków, myśli, nawet tych zalegających w głębokiej podświadomości. Fragment wiersza "Dziś", który zawarłem w motcie, choć napisany sto lat temu, podaje dokładną analizę mentalności niejednego człowieka początku wieku XXI. Choć mówiąc o ludziach mi współczesnych mam na myśli głównie samego siebie, bo - parafrazując Lema - cóż mogę wiedzieć o sekretnych uczuciach, obawach i nadziejach towarzyszów mojej ziemskiej wędrówki? Znam tylko siebie.
To swoiste wyznanie niewiary w nic jest charakterystyczne dla młodopolskich artystów, a i nieobce jest zapewne niejednemu współczesnemu człowiekowi. Marazm, brak ideałów, celów są niewątpliwie cechami łączącymi te dwie epoki. Marzenia jednostki w konfrontacji z rzeczywistością okazują się nierealne, niewykonalne, więc najlepiej pogrążyć się apatii, nie mieć ambicji i pragnień, bo unika się w ten sposób rozczarowań. Ludzie dochodzą do wniosku, że nie ma sensu w nic wierzyć, bo cóż dała rodzajowi ludzkiemu wiara? Cóż dały idee? "Lat już minęły tysiące, a idee są zawsze tylko ideami" - odpowiada Tetmajer. Od takiego postponowania wszystkiego jest niedaleko do pogrążenia się w bezmyślnej wegetacji, co było pragnieniem wielu twórców modernistycznych, że wspomnę tylko Tetmajera i jego "Hymn do Nirwany". Wydaje mi się, że jest to oznaka słabości ducha, bo skoro nirwana jest zatopieniem się w niebycie, to czym to się różni od popełnienia samobójstwa? Biciem serca? Uciec jest łatwo, trudniej jest walczyć.
Właśnie do walki, do aktywnego przeciwstawienia się złu namawia w swoich wczesnych utworach, jak na przykład "Kowal" i "Odrzućmyż raz...", Leopold Staff. Wydaje się on być zniesmaczony młodopolskimi sposobami postrzegania świata. O dekadentach mówi, że za maską dumy, wyniosłości, szyderstwa jest po prostu strach, a ich pycha jest nieumiejętnie skrywaną uległością. Przyrównuje typowego modernistę - bez zbędnej egzaltacji - do "psa, co, bity, stopy panu liże". Tym okrutnym panem jest życie, straszna rzeczywistość.
Klęska pozytywistycznych planów zmienienia świata poprzez wytrwałą pracę dla dobra całego społeczeństwa ukazała jak nikczemny jest człowiek, ponieważ dba jedynie o własne interesy i własny dobrobyt. Pochodzące z wcześniejszych epok pomysły na polepszenie ludzkiego bytu i pozbawienie go cierpień, również okazały się nierealne, najczęściej przez błędne założenie, że ludzie są z natury dobrzy i poświęcą swoje prywatne zachcianki pro publico bono. Z doświadczeń poprzednich pokoleń neoromantycy wyciągnęli wniosek, że wszelkie marzenia o poprawie świata są tylko rojeniami, przekraczającymi wszelkie granice w swej niedorzeczności. Również tego założenia Młodej Polski trzyma się niejeden osobnik urodzony pod koniec wieku dwudziestego.
Sposobem, w jaki młodopolscy twórcy próbowali załagodzić trawiący ich Weltschmerz, była akceptacja świata takim, jaki jest. Takie stoickie poglądy wyrażał Leopold Staff w kilku swoich utworach. W jego wierszu "Życie bez zdarzeń" prezentowana jest postawa, która mnie osobiście przeraża. Podmiot liryczny marzy o egzystencji bez depresji, ale i bez zachwytu, bez strat, ale i bez zdobyczy, sugeruje pogrążenie się w pracy, aby zapomnieć o wszystkich bólach i troskach, jak to czynił Aureliano Buendia wyrabiając swoje złote rybki. Takie zautomatyzowanie życia jest dla mnie koszmarem - cały żywot składa się z jednego dnia, powtarzanego w nieskończoność, do znudzenia, do śmierci. A czymże byłby nasz pobyt na tym padole bez uczuć, emocji??? Plastikową wegetacją?
Bliższy mojemu postrzeganiu świata jest inny utwór Staffa, zatytułowany "Przedśpiew". Prezentowana w nim postawa afirmacji rzeczywistości nie jest bowiem przepełniona biernością, ale zawiera w sobie - wynikającą z mądrości i doświadczenia - umiejętność cieszenia się życiem, miłością, małymi sprawami i spokojnego przyjmowania smutku, jako nieuniknionego, ale poniekąd wartościowego i uszlachetniającego elementu otaczającego świata.
Wielkim pytaniem - zadawanym sobie zarówno przez człowieka ówczesnego, jak i współczesnego - jest niewątpliwie pytanie o istotę Boga: nie tylko czy jest, ale też o to jaki jest, jeśli jest. Nie tylko więc ateistom nie było łatwo żyć. Oni nie mogli mieć nadziei na jakiekolwiek życie po śmierci, ale przynajmniej byli pewni swego, mogli się z tym pogodzić. A ci, którzy wierzyli w Boga, nie mogli czasem znaleźć w Nim oparcia. O tym pisał Kasprowicz w swoim niezwykle nastrojowym i ekspresyjnym "Dies irae". Tam Przedwieczny przedstawiany jest jako surowy ojciec, nie znający miłosierdzia, a podmiot liryczny sprzecza się z nim i wytyka mu, że stworzył wszystko, co złe lub przynajmniej na to zezwolił ("Nic co się stało pod sklepieniem niebiosów, bez Twej się woli nie stało"), że stworzył człowieka grzesznym, a teraz każe go za to, że popełnia błędy. W późniejszej swej twórczości jednak (a zwłaszcza w "Księdze ubogich", która wygląda dla mnie na ostateczną, rozpaczliwą próbę zachowania wiary) wyraża opinię, że należy z prostotą, bez zbędnego mędrkowania przyjąć Boga, nie zastanawiać się nad motywami Jego czynów, nie roztrząsać Jego istnienia, bo można dojść do przerażającego wniosku, że Go nie ma...
Dzisiejsi ludzie są dziećmi racjonalnych mejoz, prawnukami małp, wyznawcami ewolucji, dla wielu wykluczających istnienie Wielkiego Konstruktora. Gdy niemal wszystko zostało wyjaśnione przez naukowców, Bóg przestał odgrywać swoją rolę przyczyny wszystkiego. W niewierze dodatkowo utwierdza wielu widok otaczającego świata: tysiące głodujących ludzi, wojny pochłaniające mnóstwo ofiar (jak na ironię często konflikty te mają podłoże religijne), całe kraje afrykańskie umierające na AIDS. Nie można jednak nie zauważyć, że wielu ateistów pragnie, aby okazało się, że nie mają racji. Dają w ten sposób łatwo do zrozumienia, że zazdroszczą ludziom wierzącym. Ale to dziwić nie powinno.
Dla wielu ludzi formą walki z przytłaczającą rzeczywistością jest sztuka: zarówno jej tworzenie, jak i odbiór. Artysta podczas aktu tworzenia doznaje radości kreacji, ma wrażenie pozostawiania po sobie czegoś wartościowego, likwiduje, choćby chwilowo, uczucie pustki życia. Podobnie jest podczas chłonięcia sztuki, z tym, że wtedy źródłem ulgi jest zanurzenie się w arcydziele, zapomnienie, oderwanie się od rzeczywistości poprzez przeniesienie się w inny świat, świat wyższych idei - świat sztuki. Tak podchodzili do tworzenia artyści młodopolscy, z tym że oni - w całej swej megalomanii - uważali się za wybrańców Boga, za kapłanów sztuki, za indywidua postawione wysoko nad motłochem. O swojej wyższości pisali: Tetmajer i guru polskich modernistów - Przybyszewski.
Ucieczki od zgiełku i hałasu miast, chaosu codziennego szybkiego życia szukano (i szuka się wciąż) w obcowaniu z naturą. Leśne łąki przepełnione ciszą, górskie szczyty emanujące spokojem, morskie wybrzeża usypiające szumem i kołysaniem fal, są celem wędrówek ludzi zmęczonych codziennym życiem. Widok idealnych form zwierzęcych, roślinnych czy skalnych przynosi ukojenie oczom oglądającym codziennie twory ludzkich rąk: żelbetonowe budynki, asfaltowe ulice, śmierć dziesiątek ludzi co wieczór w telewizji. Dlatego tak często w poezji, prozie, malarstwie - zarówno w modernizmie, jak i współcześnie - spotykamy znakomite, częstokroć przepełnione magią dzieła, opisujące wspaniałe twory Matki Natury.
To uczucie przygnębienia toczące modernistów miało jeszcze jedno źródło - samotność wynikającą z odmienności, wyobcowania, które jest normalne dla ludzi wybitnie inteligentnych, odznaczających się nadwrażliwością będącą tymi zbyt ciężkimi skrzydłami albatrosa, o których pisał Baudelaire. Sądzę, że moderniści myśleli podobnie jak wielu ludzi mi współczesnych, którzy czują się za mało odporni na ludzką hipokryzję, głupotę, bezwzględność, materializm ("kto pieniędzy nie ma, jest pariasem"), konsumpcyjny styl życia ("niechaj pasie brzuchy nędzny filistrów naród"). Uważam, że ucieczką od rzeczywistości, sposobem na załagodzenie bólu istnienia może być miłość, choć twórcy okresu Młodej Polski głównie szukali chwilowej utraty świadomości w fizycznym akcie uniesienia miłosnego, o czym świadczą choćby słowa jednego z utworów Tetmejara: "Ja, kiedy usta ku twym ustom chylę, (...) chcę czuć najwyższą rozkosz - zapomnienia". Dla mnie jednak uczucie to jest dużo bardziej skomplikowane i ma podłoże duchowe, nie fizyczne - polega przede wszystkim na tym, że można w pełni zaufać osobie, która jest uosobieniem wszelkich pozytywnych cech, odnaleźć w niej oazę spokoju, dającą wytchnienie w najgorszych chwilach życia. Może i mam niedzisiejsze i naiwne spojrzenie na świat, ale uważam, że jeżeli jest miłość między dwojgiem ludzi, jeśli jest ona prawdziwa i istnieją warunki do rozwijania tego uczucia, to do szczęścia nie potrzeba niczego więcej.
Na to pytanie Tetmajera już odpowiedziałem: miłość. Wiem, że brzmi to bardzo cukierkowo, ale każdy kto kiedykolwiek kochał prawdziwie, chyba zgodzi się ze mną. Niemniej jednak wiem, jak ciężko jest takie uczucie znaleźć, jak ono jest kruche i kapryśne. Zdaję sobie też sprawę z tego, że każdy ma swoje własne życie i że to co mi przynosi ukojenie nie musi być panaceum dla wszystkich.
Phnom Penh
phnom_penh@poczta.onet.pl