Krew na
monitorze
Na ekranie pojawia się kolejny załom
labiryntu, z głośników sączy się nastrojowa muzyka będąca jedyną
rzeczą jaka niweczy ciszę w pokoju...no może poza jego oddechem. Naciska
klawisz kursora, obraz w monitorze zmienia się – bohater pokonuje załom.
Nagle na ekranie pojawia się postać wroga, palec prawej ręki wykonuje kilka
szybkich uderzeń w klawisz myszy i łeb wroga efektownie oddziela się od
ciała.
Powyższe klika linijek to niezbyt wesoły wstęp,
ale tutaj jest on moim zdaniem jak najbardziej na miejscu, bo rozprawiać
będę o brutalności gier komputerowych. Wybaczcie mi od razu banalny
i powszechny temat – najprawdopodobniej nie wniosę do niego nic nowego,
ale jednak postanawiam pod wypływem wielu zasłyszanych i przeczytanych opinii
skorzystać z prawa do wypowiadania się i oto przedstawiam pewien zbitek
wniosków, który dumnie nazwę moim zdaniem.
Na scenie słychać zwykle dwa rodzaje głosów – zgorszonych niemoralnością
dziennikarzy i obrońców dobra rodzinnego oraz przerażonych psychologów,
a po drugiej stronie stoją typowi gracze mający na swoim sumieniu niejedną
grę o mało „laleczkowym” charakterze, którzy z zacięciem bronią
swej normalności. Otóż moim zdaniem, jak to zwykle w życiu
bywa, obie strony mają rację do pewnego miejsca.
Ci, którzy chcą napiętnować demoralizujący
charakter gier komputerowych twierdzą, że gry wyzwalają agresję zwłaszcza
w młodych i „niewykończonych” umysłach, a także powodują zerwanie więzi
i rzeczywistością. Druga strona natomiast replikuje, że sama brutalność
nie doprowadzi w zdrowym umyśle do żadnych antyspołecznych konsekwencji,
a ci wszyscy co popełniają najróżniejsze zbrodnie pod wpływem cyfrowego
świata, to nic innego tylko wariaci.
A ja teraz przejadę się po obu skrajnych opiniach.
Co do brutalności w grach, to muszę niektórych rozczarować – nie
tylko to jest winne temu wszystkiemu, co się dzieje. Tak naprawdę
brutalność jest wszędzie – w książkach, gazetach, telewizji, bajkach, przypowieściach
i mitach. Prawda jest taka, że brutalność doskonale się sprzedaje,
na dodatek urzeczywistnia i zabarwia wszystko, do pewnej granicy jest „towarem”
niezwykle atrakcyjnym i pożądanym. Przykładem jeszcze z zamierzchłych
czasów (kiedy nie było ani telewizji, ani tych przeklętych komputerów)
są igrzyska urządzane w starożytnym Rzymie. Natomiast agresja jest
w każdym z nas, tyle tylko, że ujęta karbami cywilizacji przybiera formy
niebezpośrednie (któż czasem nie marzył o tym żeby skompromitować
kogoś, kogo nie lubi – to jest już pewna agresja). Agresja po prostu
przycicha udając, że już jej w nas nie ma. Temat ten poruszył na przykład
autor dzieła „Doktor Jekil i pan Hyde”. Nie jest więc tak prosto, że
z gier komputerowych uczymy się przemocy – one mogą ją w nas pobudzić.
Ale jak zapewniają reprezentanci drugiej strony,
nie pobudzą pod warunkiem, że jesteśmy zdrowi psychicznie. Z nimi
też się nie jestem w stanie zgodzić całkowicie, bo nie wszystkie aspołecznie
zboczenia są uwarunkowane genetycznie – nie ze wszystkim się rodzimy.
Wedle mojej wiedzy taki Robespierre (jeden z „katów” okresu Wielkiego
Terroru – z jego rozkazu ścięto we Francji setki ludzi), czy Hitler nie
wykazywali żadnych dziwnych skłonności w niemowlęctwie. A więc wariatem
i sadystą nie zawsze się po prostu jest – czasem się nim zostaje.
Ponadto są też ludzie podatni na wpływy środowiska, którzy mogą szybko
stracić z oczu granicę między wmawianym im światem imaginacji, a rzeczywistością.
Tak naprawdę wiele zależy od tego jak ktoś zostaje
wychowany, oczywiście są dzieci, które same dochodzą do wniosku,
że strój supermana nie daje umiejętności latania, skok z dwudziestego
piętra z parasolką nie uchroni od obrażeń, a „żyć” w życiu ma się jedno.
Na przykład w moim wypadku sprawa jest bardzo prosta – rodzice mi ufają
i wiedzą, że ja nie wyjdę na ulicę z nożem, a ponadto mam pewne granice
dobrego smaku – gry są dla mnie sposobem na stres (takim samym jak dla innych
walenie w worek treningowy). Są też jednak tacy, którym dorośli
powinni pomóc wyznaczyć takie granice, rozmawiać z dziećmi i tłumaczyć
im pewne elementarne zasady – wbrew temu co się niektórym wydaje nie
wszyscy rodzimy się ze „zdroworozsądkowym” podejściem do życia.
Sumując to wszystko stwierdzam, że nie można wszystkiego
zwalić na gry, ale też nie należy twierdzić, że nie mają one na nikogo
wpływu. Ponadto o tym czy gra jest brutalna powinno się ostrzegać,
ale ostateczna decyzja powinna zawsze należeć, albo do rodziców,
albo jeżeli mamy do siebie zaufanie lub jesteśmy pełnoletni, to do nas samych
– nie powinno się gier zabraniać, bo i tak krążyć będą w szarym obiegu,
a i zainteresowanie nimi będzie większe, bo „zakazany owoc lepiej smakuje”.
Nie jest w porządku twierdzenie, że każdy kto gra w
Half-Life jest zdemoralizowanym mordercą, ale tak naprawdę droga jest
otwarta – gry mogą (podkreślam mogą) uczyć przedmiotowego traktowania życia
ludzkiego. Wiem, że dla wielu to piramidalna bzdura, ale dla mnie
taka właśnie jest prawda – nie ma co się obruszać. Tyle tylko, że ostatecznie
wszystko zależy od nas i naszego otoczenia oraz rodziców – kierujmy
się zasadą złotego środka zamiast wszczynać krucjaty to za, to przeciw grom.
Tym akcentem kończę i obiecuję, że postaram się następny tekst napisać
na jakiś ciekawszy temat. Z góry też dziękuję wszystkim, którzy
doczytali do tego miejsca(nawet jeżeli jedyną osobą był Qn'ik).
P.S. Wcale nie jestem taka zdroworozsądkowa, jak wydawać by się mogło