ZE SZKOŁY ŚREDNIEJ NA STUDIA Każdy, kto kiedyś zaczynał studia, przerabiał tę historię. Niektórych czeka ona w tym roku, innych trochę później. U mnie ta sprawa jest świeża, bowiem w październiku zacząłem studiować. Dlaczego akurat o tym piszę? Bo jest to dość duży przeskok, zupelnie inny niż z podstawówki do szkoły ponadpodstawowej. W naszych poczciwych ośmiolatkach (bo wszyscy, którzy studiują, bądź będą w najblizszych latach, takowe jeszcze podstawówki kończyli) uczyliśmy się, byliśmy odpytywani, pisało się kartkówki, sprawdziany, dyktanda, ale program przypominał raczej groch z kapustą. Od czwartej klasy wzwyż we wrześniu zawsze na polskim mówiło się o wojnie, W szóstej z Kochanowskiego fraszki, w siódmej treny, ułamki z matmy kuło się w każdej klasie, tylko w wyższych było trochę trudniej. Po przyjściu do ogólniaka (byłem w liceum, więc tylko o nim napiszę) fakt, nauki było więcej, program był ułożony chronolo- gicznie, co roku z każdego przedmiotu coś nowego, ale nadal uczyliśmy się, byliśmy odpytywani, pisaliśmy kartkówki, sprawdziany, dyktand już może nie (przynajmniej u mnie). Dobra, rozczuliłem się:). Miałem pisać o wrażeniach z rozpoczęcia studiów. W całej historii AM pamiętam kilka tekstów na ten temat, tutaj zwrócę uwagę na dwa. Jeden jest baaardzo dawny, pod tytułem "Poradnik dla studentów AGH" autorstwa Fulka de Lorche, drugi trochę późniejszy, który wyszedł spod pióra, (a raczej spod klawiszy) Pazool i nosił tytuł "Pląsawica muzgoo, czyli studiowanie", Gdy zaczyanłem studia, przypomniałem sobie oba. Pierwszy dotyczy tylko jednej uczelni, lecz to, co jest w nim napisane o pierwszym roku, tyczy się w zasadzie wszystkich. Nie będę przytaczał fragmentów, zainteresowanych odsyłam do AM nr 5. W drugim jest mowa o nauce (a raczej jej ogromie) na pierwszym roku studiów. W moim arcie też trochę na ten temat będzie. Teraz obiecuję, że dalej będzie ściśle na temat:). Wszyscy pamiętacie podział godzin z podstawówki: jasno napisane, gdzie, w jakiej sali, co i kiedy. Gdy zobaczyłem rozkład zajęć na studiach, zareagowałem tak samo, jakbym czytał tekst po chińsku: "Co to u diabła jeeest!!!!!!!" Jakieś trójkaty, tabelki, zielone kropki, liczby i litery. Dopiero po piętnastu minutach załapałem o co chodzi. I tak mam szczęście, bo do- piero raczkujący Uniwerek Rzeszowski, na którym pochłaniam wiedzę z zakresu prawa, ma dość mało budynków, a ja mam zajęcia tylko w dwóch. Mój kumpel z AGH, gdy ostatnio go widziałem, mówił mi, jak u nich szuka się danej sali. Przytoczę jego słowa: "Patrzy się na numer, aha, 402b. No to AGH ma osiem budynków, które mają co najmniej cztery piętra, tam szukamy. W jednym inna numeracja, w drugim remont, w trzecim ta sala to kantorek, do czwartego biegniemy!!" (może coś przekręciłem, ale myślę, że wiadomo o co chodzi). Zostańmy przy rozkładzie zajęć. "Ale fajnie" - pomyślałem sobie, gdy już załapałem, o co w tym podziale chodzi - mam dwa wolne dni w ciągu tygodnia, co za luz!" Nic bardziej mylnego, rycia jest tyle, że w wolne dni, jeśli takowe będą, każdy będzie miał co robić, niezależnie od tego, gdzie i co studiuje. Dobrze przynajmniej, że ja kuję rzeczy, które mnie w jakimś stopniu interesują, mój wspomniany już kumpel z AGH trafił gorzej, mówił o swoich studiach tak:" Studiuję informatykę, więc moim przedmiotem kierunkowym, jak sama nazwa wskazuje, jest fizyka, a na zajęciach mam trzy rodzaje matematyki". Fakt, że to wszystko jest ze sobą powiązane, ale chyba trochę tego za dużo. Następna sprawa to kadra naukowa. Studencie, zapomnij o troskliwej pani wychowawczyni, która poprawiała na każdym kroku i robiła wszystko, żebyś dobrze wypadł! Teraz módl się, zeby profesor, który do ciebie przyjedzie, nie zapomniał, że jest wśród studentów, a nie na naukowym sympozjum i żebyś cokolwiek zrozumiał z wykładu. Nektórzy mówią tak cicho, że słyszą ich trzy pierwsze rzędy, niektórzy za szybko, inni tylko fachowym językiem, czasem trafi się jakiś dziwak. Mam zajęcia z jednym profesorem, który mówi sześcioma językami. Kiedyś zauważył na wykła- dzie, że jedna dziewczyna leży i podpiera się na łokciu. Powiedział nam, jak jest "leżeć podpartym na łokciu" po łacinie, węgiersku, słowacku, angielsku, niemiecku i rusku. I my możemy zostać o to zapyta- ni na egzaminie! Kiedyś mazał tablicę i mówi: "Moja praca jest niebez- pieczna, bo od mazania mogę dostać pylicy płuc. A pylica płuc to po łacinie tak, po węgiersku tak......" itd. I też mamy umieć. Co by się nie robiło, on to sobie z czymś skojarzy, poda we wszystkich językach, które zna i każe się nauczyć. Dziekan innego wydziału, na którym studiuje mój kolega, pisywał wiersze, a studenci na pierwszym roku mieli pisać na ich temat pracę! Gdyby nie miał studentów, pewnie nikt by tych wierszy nie czytał. A już wszystkich pobił wykładowca mojego znajomego z AGH, o którym juz wcześniej pisałem, który stwierdził, że: "Każda teoria matematyczna, o ile jest elegancka, prędzej czy później znajdzie zastosowanie". Brzmi niezrozumiale? Przeczytajcie to zdanie kilka razy, aż zrozumiecie. Niezłe jaja, nie? Profesorzy żyją w zupeł- nie innym świecie. Na koniec kwestia oceniania. Ktoś przyzwyczajony do tego, że w ogólnia- ku dostawał same piątki i szóstki, może być zszokowany, gdy pierwszego kolokwium nie zaliczy, a z drugiego dostanie "ledwie" trzy i pół. Znowu nic bardziej mylnego! Już w średniej szkole, moim zdaniem, były oceny dostateczne i dostateczne, "mocną" tróję dzieliła od "słabej" przepaść. Z jednej strony - porządna, zadowalająca wiedza, z drugiej - ledwie lepsza od dopuszczającej, która ino ino wystarcza. Trója na studiach to zawsze to pierwsze, a trzy i pół to już pełne zadowolenie!:) I jak wszędzie nie trzeba zbytnio przejmować się gadaniem, bo nie taki diabeł straszny, jak go malują. Mimo wszystko studia to znakomita spra- wa (jak sobie trochę postudiuję, to moze wystukam coś o imprezach i popijawach, na razie zbieram doświadczenie :))))))). Kończę tego arta i może coś pozakuwam, bo chcę jeszcze być na studiach, gdy Wy będziecie go czytać. Donald 27 listopada 2001