"Małżeństwo doskonałe..."
Spojrzałem na niego. Był srebrny, przybrudzony smarem, mocno podrapany i zużyty.
Ale co z tego? Do tego co miał robić był dobry. Ten klucz miałem lata.
Wreszcie się przyda do czegoś innego.
Wystarczyło tylko nim mocno przywalić. Byle celnie. Tak też zrobiłem.
Podszedłem bez pośpiechu do niego. Znałem go 15 lat. Był wysoki, dobrze
zbudowany. Nic dziwnego, że moja żona z nim mnie zdradzała. Nadszedł czas
zemsty. Zamachnąłem się i uderzyłem go w potylicę. Padł na ziemię bez żadnego
jęku. Nareszcie - pomyślałem.
Wpakowałem go do bagażnika mojej Hondy. Sprawdziłem czy nie zakrwawi
tapicerki. Nie, nie zakrwawi.
Krew nie wypływa znikąd. Pewnie nadal żyje. Tym lepiej.
Zawiozłem go do lasu. A co? Miałem go zostawić w centrum miasta? Poszukałem
dobrej siekiery. Ostrej i ciężkiej. Wystarczyło tylko mocno przywalić. Tak,
krew bryzgnęła ciurkiem na moją twarz. Tak, jeszcze raz, i jeszcze. Mocniej!
Mocniej! Niech skurwysyn wie, że źle zrobił.
Nagle usłyszałem cichy jęk. Nareszcie zdechł. Wziąłem i uderzyłem go porządnie
w nogo. Po drugim uderzeniu odpadła. Teraz druga. I ręce. Głowa, tak
nareszcie się jej pozbędzie.
Gdzie jest ta cholerna piła mechaniczna? A tak, w aucie. Cholera, nie chce
zapalić. Hm, może nie ma benzyny... Zaraz, zaraz. Tu niedaleko jest tartak.
Dobry pomysł!
Zaniosłem go tam. No może nie "go", a jego resztki. Położyłem na
tacy pilarki stołowej i zacząłem ciąć. Jak masło. Ostrze wchodziło w
resztki. Krew powoli ciekła. Kawałki robiły się co raz mniejsze. Tak, co raz
mniejsze. Ciekawa, kto będzie musiał sprzątać tę podłogę.
Zostały z niego takie małe kawałki. Zaraz, słyszę chyba psa. Może jest głodny?
Zjadł wszystko, widać biedak wygłodzony. Hm, szkoda psa. Taki ładny, czarny,
duży, z klapniętym uchem. Przywiązany do budy właściciela tego tartaku.
Wróciłem do domu i rozsiadłem się w fotelu wygodnie. Wreszcie przyszła ona,
kobieta zwana moją żoną.
***
Przyszedł. Rozsiadł się w fotelu i zażądał piwa. Dostanie je. Dostanie z
nadwyżką.
Podeszłam do półki pod zlewozmywakiem, wyjęłam zeń małe, białe pudełeczko
z zawartością dosyć toksycznego środka do czyszczenia zlewozmywaków. Niech
będzie, będzie miał więcej napoju.
Wsypałam od serca. Podeszłam do niego, pogładziłam po czółku i dałam
piwo. Nawet się nie domyślał.
Wypił wszystko jednym haustem i... Padł na ziemię. Zwymiotował pierwszy raz,
drugi, trzeci. Zaczął rzygać sokami żołądkowymi. Zawrzasnął: "Dzwoń
po lekarza" i: "Ty głupia babo!".
Potem przyjechała policja. Aresztowała mnie i zamknęła w celi śmierci. Niedługo
czeka mnie łóżko, strzykawki i lekarz.
-Ojcze, wybacz mi, bo zgrzeszyłam
-Obawiam się, że ci nie wybaczy, moje dziecko...
Sharadca
członek SMMF-u
www.rpg.net.pl/smmf