[darkgirl||novelettes::=sharp=::]
Wróć do strony głównej Opowiadania
Sweet Leaf

Jeszcze raz zaciągnął się gryzącym dymem. Chociaż 'gryzący' nie było tutaj najlepszym określeniem. 'Gryzł' dym z tytoniu, a on i tak nie palił nałogowo papierosów. W dymie, który właśnie wylądował w jego płucach można było wyczuć pewien charakterystyczny smak. Może: 'słodkawy'? Tak, gdzieś już słyszał takie porównanie. "I love You Sweet Leaf", kto to śpiewał?... Chyba Ozzy. Czy był to Ozzy? Tak mu się zdawało. Ale teraz nie była pora na rozmyślania o smaku dymu. Nie ważne, jaki był, ważne, że BYŁ.
Czuł jak owy dym rozprzestrzenia się w jego organizmie. Wiedział doskonale, że z płuc trafia rozmaitymi drogami do mózgu. Było to tak samo oczywiste jak fakt, że zagości w nim przez najbliższy czas. Kiedy skończył, łapczywie wciągnął kilka razy powietrze. Z lekka zmęczony opadł na łóżko i czekał... Czekał aż nadejdzie nieprzewidywalne.
Kiedyś ktoś [? może on sam?] zadał mu pytanie: 'dlaczego?' Początkowo powód zmieniał się za każdym razem. Z ciekawości. Dla szpanu. W formie buntu. Teraz wiedział już jak to jest, więc ciekawość nie wchodziła w grę. Tak samo jak szpan, przecież leżał na środku łóżka. Sam jeden. W pokoju, ba! w całym mieszkaniu nie było nikogo. W takiej sytuacji trudno przed kimś szpanować, nieprawdaż? Teraz odpowiedź była bardziej zawiła, bardziej skomplikowana. I bez wątpienia nie dała się zawrzeć w dwóch-trzech słowach. Ten dym obecnie był czymś w formie azylu, ucieczki od ogarniającej go rzeczywistości, która niejednokrotnie go przerastała. Dawał mu chwilę wytchnienia, pozwalał zostawić "z tyłu" cały świat. Przez tą chwilę mógł nie zamartwiać się problemami życia codziennego. Nie spotykał się tu z tak częstym dla jego środowiska chamstwem, nie było nietolerancji, odrzucenia. Te pojęcia nie istniały. To było jak osobny, inny świat. Coś jak Midian, do którego mógł się udać każdy bez względu na to, kim był nawet Mojżesz ...
Jego rozmyślania przerwał przyciszony, dobiegający jakby zza ściany, głos dzwonka. Był już na tyle zdezorientowany, że dłuższą chwilę zastanawiał się, co tak na prawdę dzwoniło. Może telefon? A może domofon? Dzwonek się powtórzył. Teraz już wiedział, że ktoś dzwoni do drzwi. "Ktoś lub Coś" przeszło mu przez głowę, ale nie zwrócił zbytniej uwagi na tę myśl. Umknęła w potoku innych myśli, które pojawiały się w jego głowie z częstotliwością około pięciu na sekundę. Musiał otworzyć. Wstał z łóżka i wyszedł do przedpokoju. Nogi jak z waty. Znowu dzwonek.
- Idę!
Krzyknął i małymi krokami zmierzał w stronę drzwi wejściowych. Nagle korytarz wydłużył się. Drzwi stały się praktycznie niewidoczne. Widział tylko mały, brązowy prostokąt na końcu baaardzo długiego tunelu. Minęło kilka sekund i przedpokój zatrząsł się. Powrócił do swojej pierwotnej długości i w tej chwili zaledwie kilka metrów dzieliło go od klamki. Niemniej, były to bardzo długie metry. Nie w kategoriach rzeczywistej długości, nie tej, którą można było zmierzyć w metrach, calach czy w jakiejkolwiek innej jednostce długości. Te metry siedziały głęboko w nim. Przebycie każdego z nich zmuszało go do stoczenia wewnętrznej walki. Do zmuszenia organizmu, aby wykonał ten kolejny krok. Dla kogoś "z zewnątrz" walka ta nie zajmowała dużo czasy, bo przecież postać stojąca w przedpokoju, choć poruszała się wolno, to jednak konsekwentnie brnęła do przodu. Ale to tylko złudzenie. Prawdą jest, że stawianie kroków nie było gigantyczną trudnością, przecież nie cofał się w rozwoju, za to jego przysłonięty mgiełką umysł miał znaczne trudności z zachowaniem równowagi. Chciał mu pomóc i oprzeć się ręką o ścianę. I kiedy był pewny, że tak właśnie zrobił, że opiera się o polakierowane listwy boazerii - te nagle odsunęły się. Nie było to nic nowego, zła ocena odległości prawie zawsze towarzyszyła stanowi, w jakim się obecnie znajdował. Teraz musiał stoczyć kolejną walkę. Walkę o zachowanie równowagi. Przegrana był równoznaczna z bliskim kontaktem z podłogą. O wiele bardziej bliskim, niżby sobie tego życzył. W praktyce oznaczało to kilka siniaków a w najgorszym przypadku złamanie jednej z kończyn.
Ale udało się. Stał. Może nieco chwiejnie, ale stał. Na dodatek drzwi było już blisko [ a przynajmniej tak mu się wydawało ]. W duchu zaczął się modlić, aby nie było to kolejne złudzenie, aby klamka, po którą wyciągnął właśnie rękę, nie poszła w ślady boazerii i nie zmieniła swego położenia. Wtedy przypomniał sobie, że już dwa lata temu porzucił wpajaną mu tak skrupulatnie przez rodziców wiarę. Gdyby okoliczności były bardziej sprzyjające pewnie zastanowiłby się nad tym dłużej, ale obecnie osoba stojąca za drzwiami niecierpliwiła się i dała temu wyraz w postaci kolejnego dzwonka.
Jednak klamka nie miała dzisiaj zamiaru odsuwać się spod ręki. Posłusznie dała się nacisnąć i odblokowała mechanizm w drzwiach... Lub prościej: drzwi się otworzyły.

- Dzień dobry, chcielibyśmy założyć komputerową sieć osiedlową, zbieram wstępne zapisy, czy byłby pan zainteresowany...
Nie dał mu dokończyć. W tym momencie jego średnich rozmiarów dłoń zmieniła się w zaciśniętą pięść i wylądowała na twarzy "zbieracza zapisów". I choć siła uderzenia była znacznie złagodzona przez stan, w jakim się znajdował, czuł jak miażdży mu wargę. Nie było to przyjemne uczucie. Ale należało mu się. Tak długa droga, przebyta z takim trudem, i wszystko to, bo jakiś gnojek wybrał sobie dzisiejsze przedpołudnie na zbieranie zasranych podpisów! Trzasnął głośno i z dezaprobatą drzwiami. Usiadł i plecami oparł się o framugę. Nawet nie chciał myśleć o tym, że musi pokonać tę drogę jeszcze raz.

[darkgirl||novelettes::=sharp=::]

(C) 2001 DarkGirl||darkgirl@net.e.pl