[darkgirl||novelettes::=sharp=::]
Wróć do strony głównej Opowiadania
Czarny Jeździec

- Jak za starych dobrych czasów - wymruczał z uśmiechem Bilbo. - Hej przyjaciele, możemy przyspieszyć? - krzyknął.
- Jasne, ale gdzie ci się tak spieszy? - odpowiedział pytaniem najstarszy krasnolud.
- Po prostu nie chcę, aby nas ktoś zobaczył. Cały komizm tego planu polega na zaskoczeniu i skrytości - odpowiedział hobbit.
Krasnoludy popatrzyły na niego z lekkim uśmiechem.
- Biedny stary Bilbo - szeptały do siebie.
Kucyki z leniwego człapania przeszły w spokojny cwał.
- Jak dobrze znów poczuć to powietrze! - powiedział Bilbo - Ten zapach przygody - dodał po chwili.
Wspomniał ten dzień, kiedy wybiegł z domu bez chustki do nosa. "Jakże to było dawno" - pomyślał.
Ostatni raz spojrzał na znikający w mroku Pagórek.
Był piękny wieczór. Biała tarcza księżyca powoli wspinała się w górę. Ostatnie ptaki kładły się do swoich gniazd. Drzewa lekko uginały się od słabego wiatru z zachodu. Lisy wychodziły na polowanie, a ich potencjalne ofiary - zające spokojnie kicały po leśnych polankach. Podróżnicy wesoło śpiewali o przygodach, złocie, smokach. Bez problemów przekroczyli Brandywinę i ominęli Buckland. Pierwsze dwa dni podróży były jak spacer, majówka, i byłoby świetnie gdyby Bilbo nie dostał kataru.
- Odzwyczaiłeś się od "tego zapachu" - mówiły ze śmiechem krasnoludy.
Wieczorem trzeciego dnia przypadkowo natrafili na osobliwe ślady. Właśnie schodzili na małą, leśną polankę, aby na niej zanocować, gdy Morin zauważył pogniecioną trawę w miejscu, gdzie miał rozpalić ognisko.
- Patrzcie! - krzyknął
- Ktoś wpadł na ten sam pomysł, co my - stwierdził Thor. Był mistrzem w odczytywaniu i szukaniu śladów. - Ale bardzo mu się spieszyło: nie rozpalał nawet ogniska. Może jakiś hobbit wybrał się na krótką wycieczkę.
- Nie. Hobbity nie zapuszczają się tak daleko za Brandywinę - odparł Bilbo oglądając ślady. - A poza tym tu są ślady butów! - krzyknął. -
I co z tego? - zdziwiły się krasnoludy.
- Tam do licha z krasnalami! - zdenerwował się Bilbo - Przecież hobbici nie noszą butów!
Obóz rozbijali w zamyśleniu, bo chociaż ślady nie wyglądały na nowe to jednak były intrygujące.
- Może to elfy - mówili. Ale pan Baggins nawet nie pomyślał o elfach. Wiedział, że elfy swoimi lekkimi stopami nie zostawiają takich śladów. Myślał raczej o Dużych Ludziach, "ale skąd u diabła ludzie w tych stronach" - rozmyślał.
Polanka, na której się zatrzymali była naprawdę ładna i nie dziwne, że ktoś ją wybrał na nocleg. Porośnięta była bujną trawą. Łagodnym łukiem opadała w stronę strumyka szemrzącego na kamieniach. Otoczona była lasem, przez co była przytulna i osłonięta od wiatru. Od drogi oddzielał ją wąski pas dębów. Krasnoludki rozpaliły małe ognisko niedaleko strumyka. Bilbo jako dobry kucharz przyrządzał kolację. Reszta jego towarzyszy wyciągnęła fajki i hobbickim zwyczajem paliła tytoń. Po kolacji jeszcze długo śpiewali wesołe piosenki.
Następnego dnia wszyscy obudzili się rześcy i weseli. Zjedli śniadanie i ruszyli w drogę.
Nie ujechali nawet mili, gdy przyjemną ciszę poranka zmącił tętent kopyt.
- A to, co? - krzyknęli niemal jednocześnie.
Ich zdziwienie było uzasadnione, ponieważ w ich stronę galopował z wielką prędkością, czarny rumak. Niósł jeźdźca, niewątpliwie człowieka, ubranego w długi czarny płaszcz z kapturem naciągniętym nisko na twarz. Wiatr rozwiewał Jeźdźcowi, czarną jak noc pelerynę. Widok był to niespotykany w tych stronach.

- Witamy w Shire! - ukłonił się Bilbo.
- Szukam Hobbita imieniem Bilbo Baggins - powiedział, a raczej syknął Przybysz nie zwracając uwagi na zwrot grzecznościowy Bilba.
- Nie znamy nikogo takiego - szybko odpowiedział Hobbit.
Nieznajomy z pewnością chciał coś powiedzieć, ale głośny śpiew, czy może krzyk przeszkodził mu. Jeździec obrócił się w stronę źródła dźwięku i znieruchomiał na krótką chwilę. Nagle rumak skoczył z miejsca i tratując Bilba ruszył w stronę Hobbitonu. Kucyki spłoszone rozbiegły się po lesie. Bilbo zobaczył jeszcze Morina spadającego z kuca, a potem tylko ciemność. Stracił przytomność.

- Żyjesz? - obudziło go ciche pytanie.
- Kto? Ja? - odpowiedział nie całkiem mądrym pytaniem. Otworzył oczy i zobaczył piękną twarz pytającego, a raczej pytającej.
Pytająca była elfem. Wszystkie elfy są piękne, ale ona nawet wśród elfów uchodziła za piękną. Miała jasne, długie włosy i niebieskie oczy. Była ubrana w szary strój podróżny. Bilbo żałował, że nie jest elfem.
- Już myślałam, że się nie obudzisz. Cieszę się, że żyjesz - powiedziała melodyjnym głosem.
- Ja też się cieszę - uśmiechnął się hobbit. - Co mi się stało? Pamiętam tylko, że dostałem kopytem tego konia - dreszcz wstrząsnął nim na myśl o jeźdźcu.
- On odjechał - uspokoiła go jakby zgadując jego myśli. - Później wszystkiego się dowiesz. Teraz odpocznij, jesteś poważnie ranny.
Elfka zmieniła mu opatrunek i wróciła do ogniska. Bilbo z przerażeniem stwierdził, że nie może ruszać lewą ręką, jego przerażenie było jeszcze większe, gdy chcąc wyprostować nogi, wyprostował tylko prawą. Jęknął. "Tylko nie to!" - pomyślał. Krzyknął przeraźliwie. Elfy zerwały się z miejsc i podbiegły do niego.
- Co się stało?! - pytali.
- Nie mogę ruszać lewą ręką i lewą nogą - jęczał. - Pomuscie mi p-prose... n-nieeee! - krzyknął przerażony.
Było to jego ostatnie słowo. Nie mógł mówić. Zamiast słów przyjaciele słyszeli tylko niezrozumiały bełkot.
- On… On traci mowę!!! - przeraził się jeden z krasnoludów.
- Gorzej! Już ją stracił! - odparł niemniej przerażony elf.
- Trzeba mu jakoś pomóc!
- Pewnie! Ale jak?!
- Musimy jechać do Rivendell. Elrond będzie umiał mu pomóc - piękna elfka jako jedyna zachowała zimną krew.
Wszyscy przyznali, że to najlepsze rozwiązanie.
- Musimy się spieszyć. Rivendell nie jest za rogiem!
Rzeczywiście piękna dolinka była dość daleko. Zdecydowali, że ruszą zaraz o świcie.

Słońce jeszcze nie pojawiło się na niebie, gdy ruszyli. Bilba umieścili na swego rodzaju noszach zawieszonych między dwoma kucami. Nosze skonstruowane przez elfy, składały się z dwóch mocnych, w miarę prostych gałęzi bukowych, oraz koca zawieszonego między nimi. Nosze były dość wygodne, ale dla Bilba nie miało to znaczenia, ponieważ powoli tracił czucie. Był w fatalnym stanie: oddychał z trudem, często tracił przytomność i miał zaburzenia słuchu. Drużyna posuwała się szybko, cicho i w strachu, że Nieprzyjaciel zaatakuje większą siłą. Strach był uzasadniony. W tych okolicach ostatnio coraz częściej pojawiały się podejrzane typy, trolle niegdyś znane tylko z legend, teraz coraz częściej pojawiały się na pastwiskach, wśród owiec. Na razie nie zbliżały się do osad ludzkich i hobbickich, ale w lasach i na pustkowiach były niebezpieczne. Elfy z Rivendell wiedziały o tym, dlatego Elrond dowiedziawszy się o podróży "przyjaciela elfów" wysłał pięciu elfów-ochotników, aby towarzyszyły hobbitowi i krasnoludom w jego wycieczce. Mądrość i przezorność tego pół-elfa ocaliła Bilba i jego krasnoludzkich przyjaciół.
Gdy tak jechali Bilbo odzyskał przytomność. Spostrzegła to Arwena, (bo trzeba Wam wiedzieć, że piękną elfką była właśnie Arwena, córka Elronda) podjechała na swoim białym koniu bliżej rannego i opowiedziała mu historię spotkania.
- Elrond poprosił mnie, abym wraz z czterema elfami wyjechała Wam na spotkanie - zaczęła. - Bez przeszkód dojechaliśmy do Bree. Doszły nas tam niepokojące wieści o trollach, dziwnych rycerzach i bandach grasujących w tych stronach. Dowiedzieliśmy się, że podejrzani ludzie szukają hobbita o nazwisku Baggins. Wieści te wystraszyły nas nie na żarty. Nie wiedzieliśmy, dlaczego Cię szukają i czy mają dobre zamiary, ale na wszelki wypadek chcieliśmy Cię odnaleźć i uprzedzić. Jechaliśmy dwa dni nie napotykając nic szczególnego. Dziwiło nas jedynie napięcie i cisza, jaka panowała w tych lasach. Rankiem trzeciego dnia spotkała nas dziwna przygoda: daleko przed nami na drodze widzieliśmy czarnego konia i jakieś dziwne, skulone stworzenie pełzające po gościńcu, które na nasz widok podniosło się, wskoczyło na konia i pogalopowało przed siebie. Mimo dużej odległości stwierdziliśmy, że to stworzenie było prawdopodobnie człowiekiem. Było zbyt duże na hobbita. Ten jeździec wydał nam się podejrzany, toteż przyspieszyliśmy, aby go dogonić. Wtedy moje serce ogarnął niepokój, zrozumiałam, kim była tajemnicza postać. Przestraszyłam się tej myśli. Podzieliłam się nią z towarzyszami. Chcieliśmy go przestraszyć, bo walczyć z nim nie mogliśmy. Ten głośny śpiew, który zapewne słyszeliście był jedyną skuteczną bronią, jaką posiadaliśmy przeciw Upiorowi. O, przepraszam! Zapomniałam, że ty nie wiesz o nic o Upiorach. Porozmawiamy o nich w jakimś bezpiecznym miejscu, a na razie dokończę opowieść. No, więc On przestraszył się nas (jeśli można to tak nazwać, bo nie wiem czy one wiedzą, co to prawdziwy strach) i uciekł. W tym szale, jak pamiętasz staranował was. Widziałam jak spadasz z kucyka prosto pod kopyta czarnego konia. Gdy podbiegłam do ciebie, wyglądałeś jak martwy. Na szczęście oddychałeś. Hobbici to twarde sztuki! Leżałeś nieprzytomny całą dobę. Dalej już chyba pamiętasz - zakończyła.
"Wolałbym nie pamiętać" - pomyślał Bilbo.
- Pewnie chciałbyś wiedzieć, co się stało z twoimi przyjaciółmi? - zapytała.
Hobbit kiwnął głową na potwierdzenie.
- Nie doznali poważnych ran - powiedziała. - Są jedynie potłuczeni. Pewnie widziałeś jak oszalałe kucyki zrzucały ich z siodeł.
Bilbo odetchnął z ulgą. Polubił tych krasnali.
Wszyscy poweseleli na wiadomość, że Bilbo odzyskał przytomność. Elfy zaryzykowały cichy śpiew. Arwena, pokazawszy wcześniej swe zdolności przywódcze, zdecydowała, że zejdą z gościńca i ominą Bree od południa. Chciała, kierując się na Zieloną Œcieżkę, ominąć Południowe Wzgórza i skierować się na most na Mitheithel. Ten plan nie był najlepszy zważając na stan Bilba, ale wydawał się najrozsądniejszy biorąc pod uwagę zagrożenie ze strony Jeźdźców. Nie mogli przedrzeć się siłą przez gościniec gdyby natrafili na opór, ponieważ byli w nielicznej grupie, a poza tym prócz jednego krótkiego łuku i noży nie mieli żadnej broni. Byli w nieciekawym położeniu. Ze szlaku zeszli około mili przed Bree. Droga tutaj nie była zbyt uciążliwa, szli po zielonych pastwiskach. Po prawej ręce mieli Stary Las i wysunięte przed niego zielone pagórki. Trzeba jednak zauważyć, że ta droga też nie była bezpieczna: na takim pustkowiu dość łatwo cokolwiek dostrzec (szczególnie drużynę złożoną z pięciu elfów, czterech krasnoludów i jednego, rannego hobbita). Jedyną osłoną były niskie pagórki i pojedyncze drzewa. Na popas zatrzymali się w cieniu jednego z takich drzew. - Piękny dąb! - zachwycił się jeden z elfów.

Drzewo to istotnie było piękne. Wyglądało jak stary król wśród mniejszych lip, dzikich grusz i kolczastych akacji. Elfy kochają drzewa, toteż długo podziwiały majestat dębu. Krasnoludy nie podzielały ich zachwytu.
- Drzewo, jak drzewo. Co tu podziwiać? - mówiły.
- Wy nie umiecie podziwiać prawdziwego piękna - odpowiadały elfy.
- Tylko bez kłótni! Nie mamy na to czasu! - przerwała Arwena.
Wszyscy ucichli. Przypomnieli sobie w jakim położeniu się znajdują.
Arwena zmieniła opatrunki Bilba.
- Rany od kopyt nie chcą się goić, tu musi działać jakaś klątwa, zaklęcie - stwierdziła. - Ale przynajmniej twój stan się ustabilizował - pocieszyła go.
Towarzysze nauczyli się "rozmawiać" z Bilbem na swego rodzaju migi. Nie były to prawdziwe migi z bardzo prostego powodu:
Bilbo miał sprawną tylko prawą rękę i mięśnie twarzy.
O przygodach niebezpiecznych można pisać długo i ciekawie, natomiast o przygodach łatwych, przyjemnych i bez niespodzianek nie ma sensu się rozpisywać, ponieważ to nie są interesujące.
Droga drużyny przez równiny między Południowymi Wzgórzami, a Zieloną Œcieżką była monotonna i odbyła się bez utrudnień.
Jadący cały czas widzieli przed sobą ciemno-niebieską wstążkę rzeki.
- Co to za rzeka? - spytał Morin. - Czy to rzeka zwana przez elfów Mitheithel?
- Tak mi się wydaje - odpowiedział Lindir
- Więc niedługo będziemy przechodzili przez most? - zapytał krasnolud.
- Tak - odparła Arwena. - I wcale się nie cieszę z tego powodu. Nie wiadomo, kto tam może na nas czekać - dodała zamyślona.
- Nie martw się Arweno - pocieszył ją elf - Może zaprzestali pościgu.
- Nie powinniśmy na to liczyć.
Podróżnicy stracili dobry humor. Myśl o ponownym spotkaniu z jeźdźcami nie była wesoła. Do mostu był jeszcze spory kawałek drogi, ale widok rzeki nie pozwalał zapomnieć o tej obawie. Na razie myśleli tylko o dotarciu do rzeki i przejściu przez most, nie zastanawiali się jaką drogą dalej pójdą. Uważali, że mają jeszcze czas na zastanowienie. Jedynie Bilbo myślał o tamtym brzegu rzeki, pamiętał o trollach grasujących po lasach i równinach. Bolało go, że jest poważnym utrudnieniem dla podróży, wiedział dlaczego ścigają (lub ścigali) ich jeźdźcy i przykro mu było, że przez niego przyjaciele są w niebezpieczeństwie. Jego zatroskana minę zauważyła Arwena.
- Martwisz się o swoje zdrowie? - zapytała - Myślę, że nie grozi ci już niebezpieczeństwo.
Bilbo pokręcił głową na zaprzeczenie, że nie o to mu chodzi.
- Więc o co ci chodzi - ponownie zapytała
Pokazał palcem na nią, elfy i krasnoludy.
- Rozumiem - powiedziała - Nie martw się, dotrzemy do Rivendell.
Uśmiechnął się słabo i pytającym wzrokiem wskazał na leżącą obok mapę.
- Nie zastanawiałam się jeszcze nad dalszą drogą - odparła zgadując myśli hobbita. - Ale myślę, że nie powinniśmy wracać na gościniec.
Zgodził się z nią.
- Może zejdziemy do lasu ciągnącego się wzdłuż drogi? - zaproponowała.
Hobbit przerażony pokręcił głową.
- Myślisz o trollach? - zapytała - Nie martw się zdążymy przejść przez las w ciągu dnia.
To go wcale nie uspokoiło, ale nie miał sił na dalszą rozmowę. Jego stan nieco się pogorszył, wieczorem elf dyżurujący przy nim stwierdził u niego gorączkę. W nocy jego rana zaczęła krwawić. Elfy zatamowały krwotok, ale Bilbo stracił przytomność. Nieprzytomny leżał całą noc. O świcie drużyna postanowiła nie czekać na jego oprzytomnienie. Ułożyli go wygodnie na noszach i wyruszyli w dalszą drogę.

Dookoła roztaczał się bardzo monotonny krajobraz: zielone łąki poprzecinane błękitnymi wstęgami strumieni, miejscami niskie, kamieniste pagórki, czasem pojawiało się jakieś samotne drzewo. Zwierząt było tu niewiele: susły wygrzewające się na skałach, czasem pojawiał się orzeł polujący na nie, po łąkach włóczyły się zdziczałe psy i stadka owiec-uciekinierów. Pogoda, dotychczas wspaniała, zaczęła się pogarszać: pojawiły się ciemne, ciężkie chmury burzowe i zaczęło mocniej wiać.
- Zanosi się na burzę - stwierdził elf Kalethel.
- Tak, zbierają się nad nami czarne chmury - dodał Glinfindun.
- Nocowanie pod chmurką! - powiedział z kwaśną miną Morin.
- Musimy znaleźć jakieś schronienie przed deszczem!
Wszyscy zajęli się szukaniem czegoś odpowiedniego na osłonę przed deszczem. Na początku rozglądali się za drzewami, ale drzewa występujące na tej równinie nie dawały dobrego schronienia przed deszczem: ich korony nie były zbyt gęste. Stwierdzili, że dobrym schronieniem byłaby półka skalna wystająca, z któregoś pagórka. W końcu krasnoludy znalazły malutką pieczarę zagłębiającą się w jeden z pagórków. Była wystarczająco duża, aby pomieścić całą drużynę. Thor rozpalił ognisko przy "wejściu" do groty. Elfy zajęły się przygotowaniem kolacji. Zrobiło się ciepło i przyjemnie. Po zjedzonej kolacji śpiewali cicho. W końcu wszyscy położyli się do snu.
Bilbo odzyskał przytomność akurat tej nocy. Stwierdził, że leży w małej niszy skalnej przy którymś z krasnoludów. Obok siebie wyczuł jakiś ruch. Z trudem podniósł się, aby zobaczyć, co się dzieje. To, co zobaczył przeraziło go. Gdyby mógł krzyczeć, jego krzyk obudziłby całą okolicę w promieniu dziesięciu mil. Ogromna postać schylała się nad jasnowłosym elfem. Przypomniał sobie historię z jego poprzedniej wyprawy i napadzie goblinów w Górach Mglistych. Wtedy napastnikami były gobliny, teraz są nimi… trolle! Tego Bilbo obawiał się najbardziej.
"Co robić? Co robić?" - zadawał sobie pytanie.
Nagle wpadł na szalony pomysł: skoro on nie może krzyczeć, to może ktoś go w tym wyręczy! Wyciągnął swoje wierne Żądełko, wycelował i rzucił nim z całej siły w najbliższego trolla.
- Aaaaaaaa! Ratunku! Atakują! -wrzasnął straszliwie troll.
Ten krzyk obudziłby zmarłego. Elfy zerwały się na równe nogi, krasnoludy przestraszone aż podskoczyły. Ci, którzy nie byli związani złapali za noże, kije i wszystko inne, co mieli akurat pod ręką. Rozegrała się straszna, nierówna walka. Trolle były uzbrojone w wielkie maczugi, młoty lub rzadziej szerokie miecze. Głośny ryk oznajmił śmierć pierwszego z napastników: to Thor wbił trollowi pochylającemu się nad nim swój długi nóż. Polała się krew, dużo krwi. Drużyna była nieuzbrojona, ale broniła się mężnie. Arwena odsunęła się od ogniska bitwy i ze swojego pięknego łuku celnie strzelała do napastników.
Pierwsza strzała poszybowała w szyję ogromnego trolla dobierającego się do Bilba. Przed śmiercią zobaczył jeszcze następną strzałę dosięgającą trolla machającego maczugą nad głową Kalethela. Trzecia strzała przeleciała tuż nad uchem Morina i zagłębiła się w klatkę piersiową trolla walczącego z Glinfindunem. Jeszcze jedno jęknięcie cięciwy i kolejny troll leży na ziemi. Regularne brzęknięcia łuku zostały przerwane piskliwym krzykiem Arweny. Jakiś mały troll zaszedł ją od tyłu, rozbroił i związał brutalnie. Glinfindun podniósł ciężki miecz zabitego wcześniej trolla i stanął do walki z wrogiem. Starł się z tym małym trollem. Odparł jego pierwsze uderzenie i jednym, szybkim cięciem wytrącił mu z ręki młot, drugim strącił mu głowę. Gandolin - najmłodszy z elfów walczył zaciekle. W jednej ręce trzymał zdobyczny miecz a w drugiej swój nóż. Położył trzech trolli i teraz walczył z czwartym. Zaatakował pierwszy. Przeciwnik bez trudu odbił cios wycelowany w głowę. Elf przytrzymując mieczem broń rywala zrobił obrót i spróbował wbić ukryty nóż w brzuch trolla. Niestety, potwór zwinnie złapał rękę pięknego elfa i silnym łapskiem zmiażdżył mu dłoń. Gandolinowi z bólu zakręciło się w głowie, krzyknął, był to jego ostatni krzyk: troll wykorzystując moment nieuwagi elfa wbił mu swój długi miecz między żebra. Elf powoli osunął się na zbroczoną krwią ziemię. Przyjaciele zauważyli śmierć młodego elfa, ale sami nie byli w lepszej sytuacji: Nain, kuzyn Daina, ledwie utrzymywał się na nogach: dostał w głowę maczugą. Kalethel jako jedyny skoczył do trolla aby pomścić śmierć kolegi. W ślepej furii wytrącił zaskoczonemu trollowi miecz. Drugim cięciem przeciął mu twardą skórę na brzuchu. Chlapnęła krew. Zrobił obrót i trzecim cięciem roztrzaskał trollowi głowę.
- Thorze weź Bilba! - krzyknął Glinfindun - Wszyscy do mnie!
Zebrali się w gromadę. Kalethel miał zarzucone na plecy ciało Gandolina.
- Nie możemy go tu zostawić - powiedział łamiącym się głosem.
- W gromadzie będzie nam łatwiej się bronić - stwierdził Glinfindun - Spróbujemy ratować się ucieczką.
- To się nie uda! - pesymistycznie skomentował Morin.
- Może jednak!
Trolle okrążyły ich. Nie było ich już wiele, może z piętnastu, ale i tak byli groźnymi przeciwnikami.
- Poddajcie się! Nie macie szans! - krzyknął któryś.
Arwena chwyciła za łuk i wypuściła strzałę prosto w krtań krzykacza.
- To go nauczy milczenia - powiedziała - Gorzej, że to była moja ostatnia strzała. - dodała.
Rozwścieczone trolle zaatakowały ze zdwojoną furią. Nain dostał ponownie w głowę. Tego już nie wytrzymał, padł na ziemię.
- Nie!!! - krzyknął przez płacz Morin. Kucnął przy nim, próbował go ocucić.
- On nie żyje. Nie pomożesz mu - łkając szepnęła Arwena.
- Czy musimy tak zginąć?! - zapytał ktoś z drużyny.
- Tak!!! - odpowiedziały ochrypłym śmiechem trolle.
Jeden z nich stanął nad płaczącym Morinem i potężnym walnięciem maczugi roztrzaskał mu głowę. Arwena widząc śmierć krasnoluda krzyknęła:
- Ty tchórzu! Bezbronnego od tyłu…
Końcem łuku rąbnęła trolla w twarz.
- Moje oko! - wrzasnął okropnie.
Podniósł maczugę nad głowę, aby jej przyłożyć. Zacharczał niezrozumiale. Maczuga wyśliznęła mu się z dłoni. Z głuchym odgłosem upadła na ziemię. Troll zastygł.
"Czyżby zamienił się w kamień?" - pomyślała sparaliżowana strachem Arwena. - Przecież jest ciemna noc!"
Troll powoli opadł na kolana. Z jego klatki piersiowej wystawało białe piórko strzały. Ze świstem przeleciała druga strzała. Dosięgła jego głowy. Troll bezwładnie opadł na ziemię, przygniatając własnym ciężarem Arwenę. Strzały poszybowały w stronę innych trolli. Trafieni nawet trzema naraz padali na trawę. Ci, którzy przeżyli próbowali uciekać, ale jeźdźcy konni doganiali każdego z nich. Niektórzy odwracali się i próbowali się bronić, jeden nawet strącił przeciwnika z konia, ale ten leżąc na ziemi podciął mu mieczem nogi, następny jeździec przybywając koledze na pomoc wbił trollowi złote ostrze włóczni w miejsce gdzie zazwyczaj jest serce. Mimo odwagi i swojej ogromnej siły nie mieli szans. Jeźdźców było zbyt wielu. Błysk miecza, ochrypły krzyk i ostatni troll runął na kamienie z rozpłataną czaszką.
Glinfindun odwrócił zakrwawioną twarz w stronę jeźdźców. Uśmiechnął się lekko i padł na ziemię.
Bilbo leżał w środku koła utworzonego przez broniące się elfy i krasnoludy widział straszne sceny śmierci przyjaciół.
Odezwała się rana na głowie.
- "Czarni Jeźdźcy!" - pomyślał - "To na pewno oni. Jak to mówią: z deszczu pod rynnę. Wszyscy zginiemy!"
Zrobiło mu się żal przyjaciół walczących o swoje i jego życie. Ból głowy stawał się nie do zniesienia. Popatrzył jeszcze na przyjaciół leżących na ziemi. Nikt nie wyszedł z tego cało.
- "Mam nadzieję, że żyją" - to była jego ostatnia trzeźwa myśl. Stracił przytomność.

- Żyjesz? - obudziło go ciche pytanie.
- Kto? Ja? - odpowiedział nie całkiem mądrym pytaniem. Krzyknął z radości. Do jego pokoju zbiegły się wszystkie elfy z pięknej doliny Rivendell. Bo Bilbo był oczywiście w Rivendell.
- Ja mówię. Ja mówię! - krzyknął. - Elrondzie Półelfie jesteś cudotwórcą!

Ekthelion (bulks)

P.s. Opowidanko dość luźno nawiązuje do książek Tokiena, kto czytał będzie wiedział czego.
P.s.2 Wersja ocenzurowana i okrojona. (hehe) Może wysle ja w pierwotnym stanie.
P.s.3 To be continued...

Noł kopi.
wszystkie prawa zakonserwowane.

[darkgirl||novelettes::=sharp=::]

(C) 2001 DarkGirl||darkgirl@net.e.pl