| [darkgirl||novelettes::=sharp=::] |
|---|
| Wróć do strony głównej | Opowiadania |
|---|---|
|
Remedium
czyli kontrast Jak co dzień wyszedł kilka minut po siedemnastej z budynku, w którym pracował i jak co dzień skierował swe kroki w stronę ulicy Złotej. Na jego dwudziestopięcioletniej twarzy malował się wyraz zmęczenia całodzienną harówką, a zarazem ulgi, że już ma ją za sobą. Od mieszkania dzieliło go kilkanaście ulic, lecz codziennie, po spędzeniu ośmiu godzin w betonowym klocku, decydował się na spacer. Żałował, że jego droga nie prowadzi przez jakiś piękny lasek, bo lubił ciepłe kołysanie drzew, świeży zapach trawy i barwny przepych leśnych łąk. Zamiast tego musiał iść przez szare zmęczone miasto, ledwie słaniające się na nogach, krztuszące się spalinami i duchotą nagrzanych asfaltów. Codzienna, niekończąca się agonia maskowana była blichtrem plastików i pozornego życia, co razem dawało efekt pląsania w swoistym danse macabre, przy akompaniamencie westchnień zmęczonego popołudniowego miasta. Obok niego z jękiem przetoczył się autobus, z którego wnętrza stłoczeni ludzie z uśpionymi twarzami patrzyli na świat niewidzącym wzrokiem. Widok tego tłumu przywiódł mu na myśl dwuwiersz, który pamiętał jakby z innego, bardzo odległego życia: Płynę sam wśród ludzi powodzi. Słońce mocno i nieprzyjaźnie przebijało się przez osnowę kurzu, dając - zamiast czystego blasku - mglisty i fałszywy jego obraz. Po niebie przekornie wolno pełzło kilka ciężkich sinych chmur, przeplatanych snującymi się z fabrycznych kominów dymami. Wysoko nad ludzkimi głowami krążyły czarne ptaszyska, z szyderstwem przyglądające się zwyczajowej bieganinie. W ich locie było coś złowieszczego, jakiś pierwiastek defetyzmu, jakby z góry dostrzegały wielkie niebezpieczeństwo, które dla ludzi na dole było niewidoczne. Skręcił w cichą i martwą ulicę Słowackiego. Szedł chodnikiem mijając po lewej stronie drzewa, które z założenia miały chyba upiększać okolicę, lecz w rzeczywistości były małe, zasuszone i brzydkie jak rodzynki. Zdawały się ciągle myśleć o tym, że ludzie posadzili je w śmiesznym geście zadośćuczynienia codziennemu wycinaniu i wypalaniu tysięcy ich braci i sióstr, które dumnie wyrosły z łona Matki Natury. Kuliły się ze wstydu, czując brzemię swojej żałosnej komiczności; żałowały, że nie są z plastiku... Mijał właśnie zsiniały, niski, nie dający oznak życia budynek. W oknach falowały szare od kurzu firanki, a stary czarny kundel drzemał w cieniu balkonu, na którym siedział w letargu staruszek. Miał on twarz człowieka, który zbyt wiele przeżył i który z niemą tęsknotą oczekuje pięknej, młodej kobiety, mającej położyć na jego zmęczonych oczach swe, przynoszące ostateczne ukojenie, palce. Nie myśląc o tym dokąd idzie, minął dwa skrzyżowania i znajdował się już całkiem blisko Złotej. W pewnym momencie zauważył półleżącego na trawie mężczyznę. Jego dłonie kurczowo trzymające się szyjki zielonej butelki były zsiniałe, pięćdziesięcioletnia twarz trzydziestolatka pokryta tygodniowym zarostem okalała zamglone oczy, ubranie zaś było szare, brudne, pogniecione, gdzieniegdzie upstrzone plamami zakrzepłej krwi. Co chwila podnosił do ust butelkę i sączył czerwony płyn. Co dziwne, na jego twarzy nie rozkwitał wtedy wyraz zadowolenia, lecz grymas smutku i rozczarowania. Odwrócił wzrok i szedł dalej. Po przebyciu kilkudziesięciu metrów skręcił w ulicę, na której mieszkał. Po chwili znajdował się już w bramie swojej starej, dwupiętrowej kamienicy. Przeszedł korytarz mijając drzwi do mieszkań i zaczął się wspinać po trzeszczących drewnianych schodach. Na półpiętrze, na wysokim parapecie siedział mały, może sześcioletni chłopiec, mieszkający pod czwórką. Wilgotnymi oczami wpatrywał się w świat za zakurzoną szybą. Światło słoneczne oświetlające jego twarz, pozwalało dostrzec na niej wyrzeźbione przez łzy misterne kaniony. Już tutaj słychać było kłótnię jego rodziców, którzy - wydawałoby się - nadrabiali braki w umiejętności słuchania poprzez sztukę zaciekłego, nieustającego wrzasku. W tym czasie ich syn siedział z zaciśniętymi pięściami i szlochał. Był tak pogrążony w swoim smutku, że nawet nie zauważył mężczyzny, który przeszedł obok niego bez zatrzymania i podążył schodami na ostatnie piętro. Tam wyciągnął z kieszeni klucze i otworzył nimi zamek... Wszedł do mieszkania i od razu poczuł jej zapach. Mieszkanie było przesiąknięte ulotną wonią, która wywołała w jego umyśle obraz pochodzący z dzieciństwa lub innego snu: karnawał żółtych motyli melodyjnie pląsających w mistycznym, niekończącym się tańcu. Z pokoju wyszła ona. Kolejny raz uzmysłowił sobie, jak uwielbia jej całe ciało: hebanowe włosy i oczy, tajemniczą i drapieżną twarz pumy, krągłe piersi, których zarys pod koszulką lekko falował z każdym jej krokiem, brzuch, na którym niejednokrotnie gubił sens, aby odnaleźć go na jej kuszących, gładkich udach... Na ułamek sekundy zamknął oczy i błysnął mu jej obraz, jaki pamiętał z szaleńczych aktów miłosnego uniesienia. Zobaczył zmysłowe ramiona drżące w oczekiwaniu na Eden, twarz wstrząsaną wulkanicznymi wybuchami rozkoszy, niemal poczuł na policzku jej przyspieszony, rozkołysany oddech... Podniósł powieki i zobaczył, że jak co dzień przywitała go ciepłym uśmiechem - światłem w tunelu jego życia. Podeszła bliżej i przytuliła się do niego. Położył głowę na jej ramieniu i zadziwiło go, jak ten zapach, będący jeszcze przed chwilą feerią żółtych motyli, stał się nagle cichym lazurem egzotycznego morza. Jej ciepło przeniknęło go i wypełniło niewymownym szczęściem. Chciał przez całą wieczność w ten sposób upajać się błogim spokojem jej obecności. Niewidzialna więź obopólnego zrozumienia, jaka między nimi istniała, pozwalała mu stać w tej chwili bezgłośnie i chłonąć jej bliskość każdą drobiną ciała. Nie potrzebowali dźwięków, aby mówić sobie w tym momencie najprawdziwsze i najpiękniejsze słowa świata - jedyne, które są w stanie na trwałe rozświetlić mrok. Uniosła rękę i zaczęła go gładzić palcami po policzku. W delikatności z jaką to robiła odnalazł to, co ludzie nazywają miłością, sensem, spełnieniem. Kolejny raz dziękował Losowi, za to, że tamtego dnia się spotkali. Pamiętał, że szli wtedy w przeciwne strony - on z wzrokiem utkwionym w ziemi, ona patrząca w niebo - i w wyniku swojej dziecinnej nierozwagi zderzyli się. Tak zaczęła się znajomość, która nauczyła ich patrzeć w jednym kierunku. Wsłuchał się w muzykę jej oddechu - spokojną, pełną poezji balladę o miłości, równowadze i ukojeniu. Każda nuta spływała w jego serce, wypełniała je beztroską i malowała przed oczami ulotny obraz Arkadii. Wiedział już, że znajdzie tę mityczną krainę wszędzie, gdziekolwiek się wybierze, jeśli tylko ona będzie przy nim... Ona - jego jedyne marzenie, jedyna potrzeba, jedyne dążenie. Podniósł głowę i zbliżył usta do jej ucha: Phnom Penh |
| [darkgirl||novelettes::=sharp=::] |
|---|