[darkgirl||novelettes::=sharp=::]
Wróć do strony głównej Opowiadania
Sprawa nr 7982


Ich oczom ukazał się posępny budynek z odpadającym tynkiem. Chałupa swój okres świetności miała już dawno za sobą. Odpadający tynk, powybijane szyby, dziurawy dach, spróchniałe schody, oto jak wyglądał ten złowieszczy dom. Od dawna był opuszczony, władze gminy przeznaczyły go najpierw na sprzedaż, ale z braku chętnych na zakup w końcu postanowiono wyburzyć obiekt.
Zaczęli powoli wchodzić po stopniach na werandę. Stanęli przed drewnianymi drzwiami, które bezwładnie poruszały się tam i z powrotem za sprawą szalejącego wiatru, skrzypiąc przy tym przeraźliwie. Wymienili miedzy sobą porozumiewawcze spojrzenia i weszli powoli do przepastnego wnętrza starej rudery.
Było ich dwoje, a konkretnie dwóch mężczyzn, ubrani byli w eleganckie służbowe płaszcze, mieli lakierowane buty zrobione z wybornej skóry, nosili ciemne okulary.
W środku było ponuro, tylko czasami wnętrze rozświetlały błyskawice: oznaki nadchodzącej burzy. Niebo było całkowicie przesłonięte ciemnymi chmurami. Od miasta biła jasna łuna, która jakoś dziwnie kontrastowała z mrokiem panującym tu, na przedmieściach. Właściwie okolica ta była bezludna wykluczając mała jednostkę wojskową leżącą jakieś 2 kilometry na północ. Niedaleko przebiegała międzystanowa droga, którą co jakiś czas przejeżdżały samochody ciężarowe. Okolica była w miarę spokojna, choćby ze względu na to, że niedaleko znajdował się cmentarz wojskowy.
Było około godziny 2 w nocy.
- Dobra, Jack, po co mnie tu ściągnąłeś?? - zapytał niższy i bardziej barczysty mężczyzna
- Pamiętasz tą sprawę o zabójstwo, którą zakończyliśmy 2 miesiące temu z powodu braku dowodów?
- No nie za bardzo, przypomnij mi...
Jack przez jakąś chwilę tłumaczył wspólnikowi całą sprawę. Okazało się, że niejaki Roland, który był głównym podejrzanym o zabójstwo dwóch osób, ukrywa się w tej właśnie melinie.
- A skąd wiesz, że go tutaj znajdziemy?? - dostałem cynk przez telefon - krótko skomentował Jack.
- No to do roboty - odpowiedział Franc zacierając jednocześnie ręce
Ich oczom ukazał się dosyć pokaźnych rozmiarów holl, o dziwo znajdowały się w nim całkiem sporo dobrych mebli i innych sprzętów. Wszystko to było pokryte kurzem, w kominku dopalał się ogień, który rzucał migotliwe blaski na całe pomieszczenie. Przez okno pozbawione szyby wlatywał zimny wiatr. Pod nogą jednego z nich zachrzęściło szkło, które kiedyś prawdopodobnie było "kryształowym" wazonem.
- Może wyciągniemy latarki? - spytał Franc, ale zamiast odpowiedzi dostrzegł tylko machnięcie ręką, co pewnie miało oznaczać : "nie".
I tak pokój po pokoju przeszukiwali stare domisko. Zostały tylko jeszcze dwa pomieszczenia na piętrze. Nasi znajomi postanowili się rozdzielić i każdy z osobna sprawdzić przydzielony teren, ale i tam nic nie znaleźli. Zaczęli powoli schodzić na dół. Wszystko wyglądało tak jak przedtem, tylko, że ogień już się nie palił i było o wiele ciemniej.
- No to teraz wyciągamy latarki. - Jack zanim to wypowiedział już trzymał w ręce mały podręczny reflektorek.
Jasny snop światła oświetlił pomieszczenie. Jego wnętrze było teraz jakoś bardziej... bardziej przerażające. Jack przesuwał strumieniem światła z jednego kąta pokoju do drugiego.
Nagle, w pokoju, który kiedyś był kuchnią usłyszeli dźwięki drapania o żelazo, które wywołują ciarki na plecach. Później wybiegł stamtąd jakiś dziki kot. Franc podskoczył ze strachu.
Obaj mężczyźni jak na znak wyciągnęli gnaty. I tak w jednej ręce trzymając pistolet a w drugiej latarkę szli krok po kroku w miejsce, z którego niedawno dobył się ten złowieszczy dźwięk.
Ich latarki nie dawały zbyt mocnego światła w przepastnej kuchni. Z kranu leniwie kropla po kropli kapała woda. W rogu obok okna znajdowały się niedomknięte drzwiczki, pewnie prowadzące do spiżarni. Ruszyli w stronę drzwi prowadzących nie wiadomo do kąd. Im bliżej byli celu tym wyraźniej słyszeli głośny, chrapliwy i przyśpieszony oddech kogoś, kto był za tymi drzwiami. Nagle oddech ucichł. Stali teraz bezpośrednio przed zbitymi z desek wrotami prowadzącymi diabeł wie, dokąd.
Jack powoli chwycił klamkę i pociągnął drzwi w swoją stronę. Biedak nie wiedział, że za tymi drzwiami czeka na niego.... śmierć. Śmierć miała zielone oczy i niewiarygodny wzrost. Człowiek, jeśli to coś człowiekiem można nazwać, miał na sobie strzępy ubrania. Osobnik był przyczajony w kącie pomieszczenia wypełnionego słoikami. Szykował się do skoku, każdy jego miesień był napięty do granic wytrzymałości. Obaj agenci stali jak wryci, domyślali się, że są to ich ostatnie chwile życia, wiedzieli, że nie dotrwają do wschodu słońca. Te zielone oczy, hipnotyzowały, nie, nie nie mogły należeć do człowieka, to było zwierzę. Osobnik napawając się strachem swoich przyszłych ofiar, obnażył swoje wielkie i żółte kły. W jednej chwili skoczył w ich stronę i powalił na ziemię Jacka. Tymczasem Franc już oprzytomniał i wybiegł z diabelskiego domu. Biegł ile sił w nogach. Leciał przed siebie na oślep, nie wiedział gdzie jest. Wbiegł prze bramę na cmentarz i spróbował znaleźć jakąś kaplicę czy w ogóle jakieś schronienie. Skradał się od grobu do grobu, aby nie zostać zauważonym. Wreszcie jego oczom ukazał się mały budynek, który służył jako szopa na różne ogrodnicze sprzęty. Jeszcze raz się dokładnie rozglądnął i pobiegł w stronę zielonych drzwi. Wreszcie znalazł się tam gdzie chciał, od bezpiecznego wnętrza dzielił go tylko kawałek drewna. Bez namysłu wyciągnął pistolet i strzelił w kłódkę, która natychmiast rozsypała się. Ale niestety nie było mu dane wejść do środka. Za plecami poczuł czyjąś obecność. Stał za nim ów stwór. Z pyska kapała mu krew. Demoniczne oczy opalizowały jasnym światłem. Wydawało się jakby wilkołak uśmiechał się.
Franc oddał kilka strzałów, ale ku jego rozpaczy nie wyrządziły one żadnej krzywdy napastnikowi. Stwór po woli szedł w jego stronę, nie tracąc tego dziwnego wyrazu twarzy (mordy ?)
Agent zaczął uciekać, ale po chwili już leżał na ziemi przygnieciony ciężarem zwierza. Jednym ciosem łapy uzbrojonej w długie pazury napastnik rozorał gardło ofiary.
Franc czuł jak wypływają z niego resztki siły tak jak wypływa woda z przewróconej butelki, wiedział, że za parę chwil wykrwawi się na śmierć. Czuł jak uchodzi z niego życie. Wilkołak zostawił ofiarę na pewną śmierć i odszedł a właściwie pobiegł na czterech łapach z powrotem do domu.
Franc dostawał drgawek, zaczęła go ogarniać słabość. Stracił władzę w całym ciele i w końcu i jego powieki opadły, ogarnęła go pustka, ciemność. Wszystko to obserwował kamienny anioł z nagrobka nieopodal. Patrzył na to swoimi obojętnymi nieżywymi oczami, w rękach trzymał różaniec.
W oddali rozległo się wycie - to myśliwy szukał następnej ofiary. Niebo się rozjaśniło, chmury odsłoniły księżyc w pełni...

Royal Gryffin ( phantazm@interia.pl )

[darkgirl||novelettes::=sharp=::]

(C) 2001 DarkGirl||darkgirl@net.e.pl