"Na święta do Rivendell"



       Bilbo i trzech krasnoludów zjechało na tyłkach z ośnieżonego pagórka. Po około dwóch godzinach marszu przez śnieżne zaspy przebyli drogę dzielącą Pagórek od Osady Nad Wodą. Zatrzymali się na chwilę przy Kamieniu Trzech Ćwiartek, po czym obrali kierunek na most przy Brandywinie. Gdy dotarli do jej skutych lodem brzegów, postanowili trochę się poślizgać. Nie obyło się bez upadków i dużej ilości siniaków, lecz przyjaciele nie zrazili się tym zbytnio. Następnie rozpalili ognisko, ułożyli się pod wcześniej przybraną przez nich w bombki i łańcuchy sosną, po czym zasnęli.
       Po przebudzeniu się ze snów pełnych prezentów wyruszyli w dalszą drogę. Przez blisko dziesięć godzin szli Wschodnim Dziedzińcem, nie napotykając żadnego świątecznego elfa, po czym skręcili na popas do Starego Lasu.
       Po kolacji zaczęli wspominać stare, dobre czasy. Rozpamiętywali chwile, jak to podstępem udało im się podejść Mikołaja, dzięki czemu ten musiał dać im o wiele więcej prezentów niż zwykle, bo w przeciwnym razie by go wydali. Niestety, nie wiadomo z jakiego powodu, następnego roku nie odwiedził ich już. Najprawdopodobniej zapomniał o nich lub zabrakło mu czasu.
       Ich opowiadania przerwały śmiechy dobiegające z lasu. Hobbit od razu rozpoznał dźwięk elfich głosów. Okazało się, że grupkę elfów prowadził nie kto inny, tylko wspominany wcześniej przez nich Mikołaj.
    - Witaj kochany Mikołaju! - zakrzyknęli równocześnie wędrowcy.
    - Nie! Tylko nie wy! - odparł z przerażeniem ich rozmówca.
    - Czyżbyś o nas zapomniał przez te wszystkie lata, które na ciebie bezskutecznie czekaliśmy? - zapytał Bilbo, a ton jego głosu nie wróżył nic dobrego.
    - Nie, nie zapomniałem o was chłopcy... Po prostu nie miałem wystarczająco dużo czasu, by was odwiedzić... - tym razem Mikołaj był już przerażony nie na żarty.
    - Czyżby? Chłopaki! Brać go!
       Po tych słowach wywiązała się krwawa walka. Po obu stronach było mnóstwo ofiar. Mikołaj stracił ponad połowę swoich elfów, a sam został poważnie ranny. Po stronie Bilba straty wynosiły dwa i pół krasnoluda. Mimo braku przewagi liczebnej zwycięzcami w walce na śnieżki została drużyna hobbita i krasnoludów. Ich przeciwnik skapitulował. W zamian za swe życie musiał oddać wszystkie prezenty, które niósł (a trochę tego tam było) oraz podarować swe czerwone ubranko tyranowi Bilbowi. Został także zobowiązany do dostarczenia hobbitowi magicznego pierścienia, który ten, przez postępującą sklerozę, zostawił w domu.
       Następnego dnia Bilbo wraz z trzema krasnoludami spostrzegł, iż został bezczelnie obrabowany ze swych wczorajszych łupów wojennych. Zginął także jego czerwony strój, który zdobył od Mikołaja (już nie dziwił się, czemu było mu tak zimno w nocy). Przyjaciele poprzysięgli krwawą zemstę na przeciwniku za ten haniebny czyn, jakim była nocna kradzież ich mienia.
       Nie zastanawiając się dłużej, jakie tortury mogliby zadać Mikołajowi gdy go już dopadną, wyruszyli w dalszą drogę.
       W końcu, po dwóch tygodniach drogi (niestety nie spotkali Mikołaja ponownie), dotarli do miejsca, które wszyscy dobrze znali. Było to miejsce, w którym niegdyś drużyna składajśca się z trzynastu krasnoludów i jednego hobbita spotkała trzy trolle, z którymi zabalowali trochę zbyt długo, przez co potwory zapomniały schować się przed wschodzącym słońcem i zamieniły się w kamienie.
       Historia chyba lubi się powtarzać, a może trolle mają takie zwyczaje, bo w tym samym miejscu ucztowało właśnie trzech innych trolli, którymi drużyna wyraziła szczere zainteresowanie.
    - Pamiętacie tamten dzień, kiedy to zjedliśmy tą wspaniałą wieczerzę z pieczonych elfów? - zapytał Bilbo.
    - Tak, tak, pamiętamy... - odparły krasnoludy oblizując wargi. - To dopiero była uczta...
    - No to sprawdźmy, czy nadal trolle są tak towarzyskie jak dawniej - powiedział Bilbo i ruszył w stronę ogniska.
    - Stój Bilbo! Lepiej nie ryzykować! Coś czuję, że dziś to my możemy stać się przepysznym posiłkiem - próbowały go powstrzymać krasnoludy, lecz ten wkroczył już na polankę. Zaszedł od tyłu największego z trójki trolli, po czym tak mocno klepnął go w plecy, że ten o mało co, a wylądowałby w ognisku, stając się dzisiejszą kolacją. Potwór zawył przeciągle z bólu.
       Krasnoludy, obserwujące przez cały czas zajście, wyruszyły w kierunku swego towarzysza śmiejąc się przy tym do rozpuku. Trolle już chciały dobrać się do skóry przybyszom, gdy wtem ich przywódca spostrzegł, z kim mają do czynienia.
    - Toż to nasz kochany Bilbo i jego przyjaciele! - hobbit spojrzał się na niego, po czym odparł z radością:
    - Kruszynek? To naprawdę ty? Myślałem, że stałeś się kamieniem. W takim razie ci dwaj to Śnieżynek i Pępuś? Czy mam rację?
    - Zgadłeś przyjacielu! - odpowiedział tamten - To wszystko przez to, że jakiś głupi pies nas oszczał i dzięki temu zostaliśmy odczarowani...
    - To wszystko wyjaśnia... - odezwał się jeden z krasnoludów - Magiczne Szczochy psa Rudego Dżila... A myślałem, że on już nie żyje...
    - Mniejsza z tym. Może byśmy tak powspominali stare czasy?
    - Dobry pomysł!
       Po tych słowach zasiedli do suto zakrapianej wieczerzy i rozmyślali nad ich ostatnim spotkaniem. Nie przeszkadzało im w tym nawet zimno, którego nie czuli dzięki solidnemu znieczuleniu alkoholem.
       Niedużo czasu minęło, a Bilbo wraz z drużyną jednak poczuli lekki chłód, więc jeden z trolli użyczył im swej skórzanej torby. Przyjaciele poczuli się bardzo przyjemnie i niedługo zasnęli. Trolle zaś próbowały dyskretnie wydostać się z obozowiska, lecz przeszkodził im w tym pewien ubrany na czerwono jeździec, który zajechał im drogę swoim reniferem.
    - Possszukuję hobbita i trójki krassnoludów - zasyczał przybysz do trolli.
    - Kogo? - zapytał jeden z mocno pijanych już trolli.
    - Hobbita imieniem Bilbo...
    - Nie znam go. A wy go znacie chłopaki?
    - Nie - odpowiedzieli jego towarzysze. - Niby skąd miałbym znać się z jakimś... tfu... hobbitem? - mimo tych słów Czerwony Jeździec wyczuł, że trolle kpią sobie z niego w żywe oczy. Gdy już miał się z nimi rozprawić, nagle ze skórzanej torby wygramolił się schlany w trupa krasnolud i wybełkotał:
    - Ja... ja go... go... snam. Leszy f... f tym forku... - po czym padł na śnieg i zasnął snem świętego. Przybysz natomiast spróbował podnieść skórzaną torbę, w której to miał być Bilbo. Coś jednak strzyknęło mu w kręgosłupie i upuścił worek. Jeden z trójki trolli podążył mu z pomocą:
    - Może ja ci pomogę.
    - Ani się waż! - odkrzyknął tamten, po czym zamienił wszystkie trolle w kamienne posągi... Czerwony Jeździec spróbował ponownie podnieść torbę, lecz jego wysiłki spełzły na niczym. Ostatecznie pomógł mu jego renifer, Rudolf, który silnymi kopniakami swych nóg spowodował, że z worka wypadły kolejne dwa krasnoludy i hobbit. Przybysz doskoczył do Bilba i podniósł go za kołnierz do góry.
    - Gdzie jest mój brat! - hobbit spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem. Po chwili namysłu Czerwony Jeździec ponownie zabrał głos:
    - Przynieść mi tu wody! Natychmiast! - po kilku minutach zorientował się wreszcie, że nikt nie posłuchał jego rozkazu. Nawet jego wierny Rudolf pochrapywał z cicha. Zdenerwował się niepomiernie, po czym poszedł po manierkę leżącą koło ogniska. Następnie oblał głowę Bilba wodą i solidnie nim potrząsnął, przez co mało brakło, a jego nowe ubranko zostałoby zbezczeszczone przez hobbita.
    - Gdzie jest mój brat? - zapytał ponownie.
    - Braat? Jaaki braat?
    - No przecież wiesz! Mikołaj!
    - Taa gnidaa? Gdziee on jezd! Zaaraaz dostaniee... - Czerwony Jeździec stracił już wszelką nadzieję na dowiedzenie się, gdzie obecnie znajduje się Mikołaj, gdy wtem odezwał się jeden z krasnoludów:
    - Nie zapomniałeś o czymś?
    - O czym miałbym zapomnieć?
    - Podobno boli cię kręgosłup... - po tych słowach przybysz osunął się na ziemię skomląc z bólu. Jego błazenadę przerwała kulka śnieżna, która o milimetry minęła jego ogromny, bo dopiero teraz to zauważono, nos. Zza drzewa zaś, wyłonił się Mikołaj wraz z drużyną swoich elfów świątecznych, z okrutnym uśmiechem na twarzy oraz śnieżką w dłoni.
    - To ty! - krzyknął brat Mikołaja. - Jak mogłeś mnie zostawić samego z tą nimfomanką, Merry Christmas! Nie daruję ci tego! - po wypowiedzeniu tych słów rzucił się na Mikołaja z okrzykiem bojowym i kulką śnieżną w ręku.
       Walka była krótka. Przewaga liczebna kompanii Mikołaja była zbyt przytłaczająca dla Czerwonego Jeźdźca i jego renifera Rudolfa. Wkrótce obaj zostali wzięci do niewoli. Nie wiadomo jednak z jakiej przyczyny, ale o Bilbie i trzech krasnoludach zapomniano. Następnego dnia Bilbo obudził się z paskudnym bólem głowy. Jednak gdy zobaczył leżący nieopodal strój Mikołaja niepomiernie się ucieszył. Szybko przywdział go na siebie, po czym ogarnął wzrokiem resztę obozowiska.
       Pierwszą rzeczą jaką spostrzegł były trolle ponownie zamienione w kamienie. Najbardziej zdziwiło go jednak to, że obok nich uganiały się krasnoludy, oblepiając je obficie śniegiem. Okazało się, że jego towarzysze postanowili zrobić z nich bałwany. Dowiedziawszy się o tym, Bilbo, z chęcią przystąpił do pracy i w niedługim czasie stanęły przed nimi trzy, chyba największe, jakie kiedykolwiek ulepiono, bałwany. Później czwórka przyjaciół wyruszyła w dalszą drogę do Rivendell, by tam spędzić święta Bożego Narodzenia. Niestety w tej kilkudniowej drodze nie doświadczyli już więcej rozrywek. Nawet ślizganie się po Grzmiącej Rzece nie bawiło ich już tak, jak na Brandywinie.
       Gdy dotarli na miejsce Bilbo zastukał do drzwi tak mocno, że te wpadły do środka. Przez przypadek przechodził tamtędy czarownik Gandalf, który został przytrzaśnięty spadającymi drzwiami, które swoje ważyły. Kiedy wygramolił się z pod nich, tak się rozzłościł, że przemienił hobbita i jego kompanów w bombki, a następnie powiesił ich na domowej choince.
       Najgorsze było jednak to, że już nikt nigdy nie dowiedział się, dlaczego Bilbo i trzech krasnoludów nie dotarło na święta do Rivendell, ani tym bardziej, gdzie się podziali, ponieważ wszelka wieść o nich zaginęła...

KONIEC


© Copyright by MetFan
www.metfan.rapnet.pl