Bilbo i trzech krasnoludów zbiegło z pagórka. Po niecałej godzinie marszu przebyli drogę dzielącą Pagórek od Osady Nad Wodą. Zatrzymali się na chwilę przy Kamieniu Trzech Ćwiartek, po czym obrali kierunek na most przy Brandywinie. Gdy dotarli do jej brzegów, postanowili zatrzymać się na odpoczynek. Ułożyli się pod drzewem i zasnęli.
Po przebudzeniu wyruszyli w dalszą drogę. Przez siedem godzin szli Wschodnim Dziedzińcem, do czasu, gdy skręcili na popas do Starego Lasu. Wybrali miejsce na małej polanie niedaleko drogi i rozpalili ognisko.
Po kolacji zaczęli wspominać stare, dobre czasy. Rozpamiętywali chwile, jak to podstępem udało im się wywabić smoka Smauga z jego kryjówki, dzięki czemu krasnoludy odzyskały swoje skarby, a Bilbo stał się bohaterem...
Ich opowiadania przerwały dźwięki muzyki dobiegającej ich z lasu. Hobbit od razu rozpoznał śpiew elfów. Okazało się, że grupkę elfów prowadził nie kto inny, tylko sam Gildor Inglorion, z którym to Bilbo miał już okazję się spotkać.
- Witaj, Bilbo Bagginsie, Przyjacielu Elfów! - zakrzyknął uradowanym głosem elf. - Dawno żeśmy się nie widzieli!
- Czcigodny Gildorze z rodu Finroda! Raduje się moje serce, gdy cię widzi!
- Dokąd to zmierzasz, hobbicie?
- Udaję się z przyjaciółmi do Rivendell. Zamierzam osiąść tam na stałe...
- Czyli wkrótce na pewno znów się spotkamy. Teraz jednak mamy świetną okazję, żeby usiąść i spokojnie ze sobą porozmawiać.
- Oj mamy, mamy... A ty zapewne masz mi dużo do powiedzenia - odparł Bilbo, po czym udali się w ustronne miejsce.
W ten sposób skromna z początku wieczerza przekształciła się w suto zakrapianą biesiadę. Niedużo minęło czasu, a Bilbo, przy dźwiękach elfich pieśni, zasnął. Gildor zaś, wraz ze swoją kompanią, opuścił obozowisko i poszedł w swoją stronę.
Następnego dnia Bilbo z trzema krasnoludami oraz lekkim bólem głowy wyruszyli w dalszą drogę. Przez cały ten czas Bilbo czuł silną potrzebę chociażby dotknięcia Pierścienia. Chciał go posiadać tylko dla siebie, żeby tylko on mógł na niego patrzeć i dotykać go. Raz nawet zdarzyło mu się, że pod osłoną nocy wymknął się z obozowiska i z całych sił popędził w stronę Shire. Pierścień go przyzywał. Bilbo pragnął go z całego serca i czuł, że Jedyny również chce z nim przebywać. Gdyby nie interwencja krasnoludów, Bilbo zapewne osiągnąłby swój wymarzony cel. Spętany przez nich niczym kurczak przygotowywany na rożno, został dostarczony na polanę, na której razem się rozłożyli.
Później też próbował wrócić do Pierścienia, lecz warty, które pełnili jego przyjaciele, były skuteczne. Bilbo nie mógł już wydostać się z obozowiska niezauważony. W takich chwilach żałował jeszcze bardziej, że nie ma przy nim Jego Skarbu (jak ostatnio zaczął nazywać Pierścień). Gdyby tylko mógł go mieć przy sobie, ucieczka byłaby dziecinnie łatwa. W tej sytuacji pozostawał jednak bez najmniejszych szans.
W końcu, po dwóch tygodniach, dotarli do miejsca, które wszyscy dobrze znali. Było to miejsce, w którym niegdyś drużyna składająca się z trzynastu krasnoludów i jednego hobbita spotkała trzy trolle, które, według Bilba, Gandalf zamienił w kamienie.
Historia chyba lubi się powtarzać, a może trolle mają takie zwyczaje, bo w tym samym miejscu ucztowało właśnie trzech innych trolli, którymi Bilbo wyraził szczere zainteresowanie.
- Pamiętacie tamten dzień, kiedy to ja, Bilbo Baggins, uratowałem całą drużynę od pożarcia przez te okrutne bestie?
- Tak, tak, pamiętamy... - odrzekły z ironicznym uśmieszkiem krasnoludy.
- No to sprawdźmy, czy nadal jestem w tak doskonałej formie jak dawniej - powiedział Bilbo i ruszył cichcem w stronę ogniska.
- Nie rób tego, Bilbo! - próbowały go przekonać krasnoludy, lecz ten wkroczył już na polankę. Zaszedł od tyłu największego z trójki trolli, lecz gdy "zajrzał" do jego kieszeni, znalazł tam jedynie pułapkę na myszy, która wystrzeliła prosto na jego drobne palce. Bilbo zawył z bólu i zniknął w skórzanej torbie, którą troll zarzucił na jego głowę.
Krasnoludy, obserwujące przez cały czas zajście, wyruszyły na pomoc swemu towarzyszowi. Niestety, oni również wpadli w łapy trolli i podzielili los hobbita, lądując w skórzanym worze.
Pierwszą rzeczą, jaką spostrzegł Bilbo po odzyskaniu utraconej nagle i na moment świadomości, była ogarniająca go ciemność. Zaraz też usłyszał tupot nóg trzech krasnoludów, odgłosy krótkiej walki i poczuł, że coś lub ktoś przygniata jego drobne ciało, solidnie przy tym przeklinając "szalonego hobbita, który zamiast mózgu posiada sieczkę".
Następnie usłyszał, jak ich oprawcy sprzeczają się, jak mają przyrządzić swą zdobycz. Po chwili spór dobiegł końca, a stwory najwyraźniej postanowiły powrócić do kryjówki.
Nagle Bilbo usłyszał tęten kopyt. Ktoś jechał najprawdopodobniej w ich kierunku. Hobbit zaczął wołać o pomoc, a po chwili przyłączyli się do niego towarzysze niedoli:
- Ratunku! Pomocy! Niech ktoś nam pomoże! - krzyczeli jak mogli najgłośniej.
- Zamknąć się! - starał się uciszyć ich jeden z trolli. Jego wysiłki zdały się na nic, więc Blibo nie zdziwił się wcale, gdy po chwili poczuł siarczystego kopniaka na swoich plecach. W czasie, gdy on i krasnoludy zostały uciszone, jeździec dojechał do grupki trzech trolli i szamocącej się torby.
- Kogo trzymacie w tej torbie? - zagaił niewyraźnym głosem przybysz.
- A co cię to obchodzi? Nie twoja sprawa! Odjedź stąd natychmiast, bo inaczej porachujemy ci kości!
- Jessteśś tego pewny? - odparł złowróżbnym szeptem tajemniczy przybysz. Trolle zawahały się przez chwilę, w końcu jednak ruszyły na ubranego w czerń jeźdźca. Ich śmierć była szybka. Jeden wylądował z głową położoną trzy metry dalej od ciała, a drugi z nożem wbitym w gardło. Ostatni z trójki trolli porzucił swój łup, po czym uciekł w kierunku kryjówki.
Z torby wyłonił się najpierw jeden, a potem jeszcze dwóch innych krasnoludów. Zaczerpnęli ogromny haust powietrza, którego brakowało im w ich więzieniu, a potem, nawet nie patrząc na swojego wybawcę, rzucili się do zgubionej przez uciekającego trolla manierki z wodą.
W międzyczasie tajemniczy jeździec podszedł do skórzanej torby i wyjął z niej ledwie dychającego hobbita. Bilbo, gdy już nawdychał się życiodajnego powietrza, poprosił o wodę.
- Dajcie mu wody - powiedział nie znoszącym sprzeciwu głosem przybysz.
Jeden z krasnoludów posłusznie wykonał jego rozkaz. Kiedy Bilbo opróżnił już manierkę, zwrócił się w stronę jeźdźca:
- Dziękujemy za ratunek - ich wybawca nie odpowiedział. - Jestem Bilbo Baggins z Shire. Gdyby nie twoja pomoc, moglibyśmy już nie żyć - po tych słowach hobbit spojrzał na twarz jeźdźca i stanął jak sparaliżowany. On nie miał twarzy! Zamiast niej, pod czarnym kapturem tkwiła kompletna pustka...!
- Przybyłem po Pierśścień... - zasyczał ten, po czym dodał: - Daj mi go natychmiasst.
- Ale, ale... Ja go nie mam przy so... sobie... - odpowiedział przerażony hobbit. - Zos... zostawiłem go w do... domu...
- Nie wierzę ci... - jeździec przeszukał starannie Bilba, nie omieszkając nawet chwycić go za nogi i potrząsnąć nim w powietrzu. - Gdzie jesst Pierśścień...?!
- Przy... przysięgam, że go nie mam. Jest w mo... moim domu, w Back... Back... Backend - wykrztusił hobbit. - To około dwa ty... tygodnie drogi s... stąd pieszo...
- Ważna informaccja... A teraz umieraj, hobbicie... - ich "wybawca" szykował się do zadania ciosu, gdy zza drzew wyskoczyły elfy, z którymi tak niedawno biesiadowali. Rzuciły się na ubranego w czerń jeźdźca, dobywając swoich cudownych mieczy. Potwór najwyraźniej przestraszył się właśnie tych broni, ponieważ po chwili zrezygnował z zabicia Bilba. Wskoczył na swego, również czarnego rumaka i pokłusował w stronę Shire.
- Nic ci nie jest, przyjacielu! - krzyknął Gildor dobiegając do Bagginsa.
- Na szczęście nic - odpowiedział wciąż roztrzęsiony hobbit.
- Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło! Przecież mogłeś już nie żyć! Gdybyśmy nie przybyli na czas, wolę nie myśleć, co by się stało... - jego rozmówcy najwyraźniej znowu powrócił humor, bo gdy Gildor przytulał go do siebie, odpowiedział:
- Nie pierwszy to już raz zdarzyło mi się otrzeć o śmierć i, znając moje szczęście, nie ostatni, więc nie rozpaczaj już więcej. Powinniśmy się cieszyć, że ja i moi towarzysze żyjemy. Mam nadzieję, że wybaczysz nam te chwile grozy, które przeżyłeś...
- Żebyś wiedział, jakiego stracha mi napędziłeś! Jesteś niepoprawny, hobbicie.
- Ha! To chyba moja specjalność! - zakrzyknął Bilbo, po czym obaj zaśmiali się głośno i szczerze.
Gildor i jego kompania opuścili ich po kilku godzinach i udali się do Rivendell, żeby zapowiedzieć ich przybycie. Czteroosobowa drużyna postanowiła zaś zaczekać do rana i dopiero wtedy udać się do celu podróży, który nie znajdował się już tak daleko. Najbardziej zdziwiła Bilba jedna rzecz. Choć krasnoludy, które również przeżyły noc pełną wrażeń, spały już, najwyraźniej zapominając o pilnowaniu go, nie czuł w ogóle potrzeby posiadania Pierścienia. Poczuł się, jakby strącił ze swych barków ciążące na nim brzemię. Pierścień nie przyciągał go już do siebie.
Następnego dnia wyruszyli dalej. Tym razem podróż przebiegała już bez żadnych niespodzianek. Po niecałych trzech dniach drużyna przekroczyła koryto Grzmiącej Rzeki i Bilbo znów poczuł otaczającą go zewsząd magię. Jej cudowna aura podniosła go na duchu i hobbit poczuł, że teraz mógłby zawojować cały świat. Porzucił jednak swoje marzenia i ruszył w kierunku dobrze znanego mu domu. Gdy już dotarł na miejsce, zapukał cichutko do drzwi. Kiedy te się otwarły zaczął mówić:
- Dzień dobry. Czy jest Elrond? Miał się mnie spodziewać...
KONIEC
© Copyright by MetFan
www.metfan.rapnet.pl